David Gilmour – „Live At Pompeii”

Nie dla ortodoksów.

2017.10.23

opublikował:


foto: mat. pras.

Gilmour to pomnik i w dodatku rzadko prezentuje nam albumy z nowymi nagraniami. Dlatego od Gilmoura oczekuje się wiele. Więcej niż od większości gwiazdeczek i nawet gwiazd. Całe pokolenia znają na pamięć sekwencje poszczególnych dźwięków, jakie wydobywał ze swoich gitar w różnych okresach Pink Floyd i na solowych płytach. Może dla niektórych młodziaków David to stary tapczan, ale trudno dyskutować z tym, że to gitarowy geniusz. Gigant. Gorzej z wokalem, ale i tutaj muzyk na Bozię gniewać się nie miał za co. Te oczywiste prawdy każą mi patrzeć na nowe „Live at Pompeii” surowszym okiem, by nie powiedzieć – krytycznie. Ale sam Gilmour prowokuje do tego. Rejestrując płytę live w legendarnym amfiteatrze, w tym samym, w którym 45 lat temu z Floydami rejestrował koncert „dla kamer” bez publiczności, koncert, który stał się równie legendarny, a już wersja „Echoes” na nim zawarta powinna znaleźć się w podręcznikach… Więc sprowokował mnie.

Po pierwsze, dzisiejsze Pompeje, to nie te sprzed blisko pół wieku. Próżno też szukać w trackliście „Echoes”. Z tamtego repertuaru są „Fat Old Sun”, jedyny numer z „Atom Heart Mother” oraz kultowe „One Of These Days”. No dobra, ale to koncert Gilmoura, a nie Floydów. Ten zaś otoczył się, nie pierwszy raz, naprawdę potężnymi muzykami (m.in.: Guy Pratt, Steve DiStanislao czy Greg Phillinganes), a wśród utworów na dwupłytowym wydawnictwie jest mniej więcej (ładniejsza) połowa „Rattle That Lock”. Sytuacja zrozumiała, bo koncerty w Pompejach odbywały się przecież w ramach trasy promującej ten album. Są też dwa rodzynki z solowego „On An Island” sprzed ponad 10 lat i oczywiście… nic z pierwszych dwóch albumów. Oczywiście, bo od lat nic z tego nie gra. A przecież mógłby, skoro decyduje się na płytę koncertową… Poza tym są Floydzi. Z okresu „postwatersowskiego” sprawdzone perełki jak „What Do You Want From Me”, „Coming Back To Life”, „Sorrow” i nomen omen – „High Hopes”. Całość dopełnia bardzo przewidywalne „the best of” wybrane z albumów „Wish You Were Here”, „Dark Side Of The Moon” i „The Wall”.

Eventim

Przewidywalność to jeden z największych grzechów tej płyty. Kurcze, przecież takie koncertówki z bardzo podobnym repertuarem już mieliśmy. Ok, zgoda, część numerów zagrana jest inaczej, faktycznie czuć ducha i radochę z wspólnego muzykowania na scenie. Zaowocowało to rozciągnięciem kompozycji, ubarwieniem improwizacjami, które może ortodoksom do gustu nie przypadną, ale w mojej ocenie są najjaśniejszymi momentami na płycie. Ot, jak choćby w „Money”, czy iście piekielnym „Run Like Hell”. Po face liftingu jest też finałowy „Comfortably Numb”, gdzie partię basisty śpiewa… basista, czyli zamiast Rogera Watersa słyszymy Chucka Leavella i to akurat jakimś najszczęśliwszym rozwiązaniem nie jest.

Gilmourowskie „Pompeje” nie mają generalnie szczęścia do „zastępstw”. Najbardziej rażący moment tego materiału to słynna wokaliza z „The Great Gig In The Sky” zarejestrowana przez Clare Torry w Abbey Road Studios gdzieś na przełomie 72′ i 73′ tu kompletnie, chóralnie, nieudźwignięta. A przecież, jeśli już tyle polskich akcentów wokół Gilmoura (i Priesner, i Możdżer, i fragmenty wrocławskiego koncertu w dodatkach), to ktoś mógł podszepnąć mistrzowi, że jest jedna osoba na świecie, która nie tylko zbliżyła się do wykonania Torry, ale nawet je przebiła. Jedna, jedyna na świecie. Polka – Ola Bieńkowska. Wtedy ten numer byłby ozdobą koncertu, a tak… brzmi strasznie.

Kolejnym zarzutem, który wymieniam z bólem, jest to, że zmarnowano szansę na pokazanie wielu klasyków w nowym wcieleniu, z jakimś nowym pierwiastkiem, choćby improwizacją wokół ogranego do granic możliwości tematu. Tak się stało na przykład z „High Hopes”, „What Do You Want From Me” czy wszystkimi częściami „Shine On You Crazy Diamond”. Nawet odśpiewane z publiką potężne w wymowie „Wish You Were Here” nie różni się specjalnie od oryginału zarejestrowanego w 1975 roku. Serio, liczyłem na jakieś zaskoczenie, że usłyszę coś „nowego” w tym numerach. A tu nic.

Ortodoksom odradzam ten album, bo chwilami wściekną się, a nie po to się słucha muzyki. Poszukiwaczom nowym wrażeń też jakoś gorąco polecić nie mogę, bo epokowych odkryć nie dokonają. Ale to wszystko nie oznacza, że „Pompeje” Gilmoura są fatalne. Nie. To w całej rozciągłości świetnie zagrana płyta. Zagrana, ale nie zaśpiewana, bo do wcześniejszych zarzutów dodać trzeba jeszcze, że i sam Gilmour wokalnie to już nie ten sam Gilmour, i by się ratować kilka razy zmusił Gilmoura gitarzystę do nieco innego, niższego, potraktowania niektórych dźwięków…

Inną istotną cechą tej płyty jest to, że rzadko trafia się tak doskonale zrealizowany i udźwiękowiony materiał koncertowy. Podejrzewam, że z obrazkiem video, a umówmy się – obrazek ma tu szczególne znaczenie przecież – całe „Live At Pompeii” zasłużyłoby na wyższą ocenę. A tak? Jest tak sobie. Niestety.

Artur Rawicz
Ocena: 3/5

Tracklista:

CD 1
„5 A.M.”
„Rattle That Lock”
„Faces of Stone”
„What Do You Want From Me”
„The Blue” – 6:33
„The Great Gig in the Sky”
„A Boat Lies Waiting”
„Wish You Were Here”
„Money”
„In Any Tongue”
„High Hopes”
„One of These Days”

CD 2
„Shine On You Crazy Diamond”
„Fat Old Sun”
„Coming Back to Life”
„On An Island”
„Today”
„Sorrow”
„Run Like Hell”
„Time/Breathe (Reprise)”
„Comfortably Numb”

Polecane