Eminem – „Revival”

Rap wieku średniego. Ale na pełnej k****e.

2017.12.15

opublikował:


Eminem – „Revival”

foto: mat. pras.

„Bo artysta syty nie ma nic do powiedzenia. Chce picia i jedzenia, nie chce nic zmieniać. Artysta głodny jest o wiele bardziej płodny” – zauważył, zresztą bardzo celnie, już 18 lat temu Kazik w utworze „Las Maquinas de la Muerte”. Czyli wtedy, kiedy Eminem dopiero debiutował (oficjalnie) w show-biznesie. Słowa lidera Kultu można by dziś odnieść do najnowszej płyty Slima Shady’ego, gdyby… nie jeden szczegół! Oto artysta, którego najnowsze „rapsy” są całe z gniewu i wkurzenia. Bo już muzycznie i bitowo na „Revival” jest różnie, a najczęściej komercyjnie i przebojowo. Ale czy to wada?

Dla fanów może tak. A zwłaszcza tych, którzy zatrzymali się na trzech pierwszych krążkach białego rapera i nie zauważyli jego artystycznej (r)ewolucji na albumie „Recovery”. Czyli albumie, którym zredefiniował swoją muzyczną drogę. Nie tylko odstawił używki, ale również – doborem producentów i zawartością tekstową – wysłał komunikat do fanów: „Nie palę za sobą mostów, ale idę przed siebie – jeśli i wy (w domyśle – fani) pójdziecie ze mną, to… super; jeśli nie – trudno. Nie będę płakał”.

No oczywiście, wiadomo – poszedł wówczas (a jeszcze bardziej na następnym LP „The Marshall Mathers LP 2”) w „komercję”. Postawił na bardziej „oczywiste”, by nie powiedzieć popowe i rockowe (!) bity, ale obronił – przynajmniej w opinii słuchaczy o otwartych głowach – swoją wiarygodność szczerym, pełnokrwistym przekazem. Tymi szybkimi i celnymi rymami karmionymi wkurzeniem, niezgodą na politykę, sytuację społeczną w Ameryce, a wreszcie na ludzką krzywdę. I tak jest również na „Revival” – płycie, której premierze towarzyszyły głównie nieprzychylne zapowiedzi skupiające się wokół „kontrowersyjnej”, ale bogatej listy gości. I jednemu zaskakującemu samplowi z klasycznego rockowego hymnu. Ale po kolei…

Nagrywając „Revival” Eminem zaprosił do studia artystów spoza swojego, hip-hopowego kręgu – Beyonce, P!nk, Alicię Keys, Kehlani, Skylar Grey, Eda Sheerana i rockową grupę X Ambassadors. Słabo? Czy tylko mnie się wydaje, że to najlepsza „lista płac”, z jaką mieliśmy do czynienia w rapie w tym roku? A może dekadzie? No właśnie – te „fjuczeringi” nie tylko współtworzą zawartość dziewiątego krążka Ema, ale również ustawiają jego odbiór – jako komercyjnego, „piosenkowego” albumu. I tak jest w rzeczywistości. Ale zarazem to tylko pół prawdy o tym materiale.

W tym wyładowanym po brzegi, pękatym zestawie numerów – aż 19 „indeksów” o łącznym czasie trwanie niemal 78 minut (!) – oczywiście wspomniane duety „wystają” z całości najbardziej. Wpływają też zarazem na jego eklektyczność. „Czy to jest jeszcze hip-hop?” – zapytają najbardziej ortodoksyjni fani? Dlaczego nie? Posłuchajcie zwrotek „Nowhere Fast” w duecie z Kehlani czy „Need Me” z wokalem P!nk – czy słyszycie, żeby Slim przeszedł obok swoich rymów? Bo ja nie.

Eventim

Bywa też, że w niektórych utworach – jak w „Walk on Water” z Beyonce (opowieść o frustracji wywołanej obojętnością mediów w ostatnich latach – z doskonałym wersem „Chodzę po wodzie/Ale tylko wtedy, kiedy zamarznie”) gospodarz krążka oddaje pierwszeństwo znakomitemu gościowi – z korzyścią dla utworu, jak i całego materiału. Ale to wciąż jego autorski album! Czego dowodem zarówno dosadne teksty – takie jak w „Untouchable”, który jest krytyką rasizmu w Ameryce oraz nadużywania broni przez policję wobec młodych Afroamerykanów.

Odrębny temat to producenci i autorzy, których Marshall poprosił o podkłady. A co za tym idzie – użyte przez nich sample. I właśnie tu pojawiają się największe kontrowersje. A fani, którzy jako pierwsi usłyszeli „Revival”, komentują (zwłaszcza na Twitterze), że „o wiele za dużo rocka w tym rapie”. Dostaje się zwłaszcza Rickowi Rubinowi za wklejenie, niemal „jeden do jednego” – refrenu z „I Love Rock ‘n’ Roll” w „Remind Me”. I równie gitarowy „Heat”. Ostry atak „dywanowy” poszedł również w kierunku Alexa da Kida, który zebrał już cięgi za poprzednie produkcje na „The Marshall Mathers LP 2”. Tym razem fan riffów podrzucił Eminemowi m.in. utwór „Bad Husband” z udziałem grupy X Ambassadors. Czy udany? Mam mieszane uczucia.

A co w takim razie powiecie na – znów potraktowany niemal dosłownie – fragment „Zombie” z repertuaru The Cranberries w numerze o “In My Head”? Czy – nie bójmy się tego słowa –rapcore’owy i wspomniany już „Untouchable”? Lubicie taki, „odklejony” od ulicy, ale – mimo użytych środków – zaskakujący, wciąż poszukujący rap i pełen adrenaliny rap wieku średniego. Nagrany przez sytego artystę, ale na pełnej k****e? Jeśli tak, to „Revival” sprawi wam wiele frajdy.

Artur Szklarczyk

Ocena: 4/5

Tracklista:

1. Walk On Water feat. Beyoncé
2. Believe
3. Chloraseptic feat. Phresher
4. Untouchable
5. River feat. Ed Sheeran
6. Remind Me (Intro)
7. Remind Me
8. Revival (Interlude)
9. Like Home feat. Alicia Keys
10. Bad Husband feat. X Ambassadors
11. Tragic Endings feat. Skylar Grey
12. Framed
13. Nowhere Fast feat. Kehlani
14. Heat
15. Offended
16. Need Me feat. Pink
17. In Your Head
18. Castle
19. Arose

  • kris

    Dla mnie płyta zajebista:)Recenzja trafna.Pozdrawiam

  • Greg ,

    Może podkłady to już nie Hip-Hop ale w zamian dostajemy szczerego Eminem’a. Jedyne do czego ja się mogę przyczepić to w numerach takich jak ‘ believe’ i ‘ untouchable ‘ flow się nie klei do bitu. Poza tym to krążek fajy.

    A i fajna recenzja 😉

  • 1899

    *Z gory przepraszam za brak polskich znakow.

    Czytajac te recenzje, zastanawiam sie, czy aby na pewno chodzi o te sama plyte?
    Revival to ewidentnie najgorszy krazek w karierze Eminema, poczynajac od Infinite, ktory na tamten czas bronil sie chocby technika rymowania.
    Czy lista gosci jest “najlepsza…”? Z pewnoscia bylaby, gdyby gospodarzem albumu byla Iggy Azalea, a nie ponad 40-letnia, zywa legenda hip-hopu.
    Szumnie zapowiadano wiekszy udzial Dre przy powstawaniu albumu. O ile sie nie myle, ten wyprodukowal… 26 sekundowe intro do jednego z kawalkow i… Tyle. Na jednym z featow mial byc 2Chainz i choc nie jestem jego wielkim fanem, wszystko byloby lepsze niz bezplciowy PHresher(kto?). Nie ma Dre, nie ma 2Chainza, ani zadnego innego rapera. Danny Brown? Big Sean? Royce? Samo Detroit daloby tej plycie przynajmniej porzadne featuringi, ale nie, zamiast tego mamy Pink.
    Sadzac po rozmaitych przytykach w strone nowej szkoly, jednym z celow Eminema bylo pokazanie swiatu, ze wciaz zyje, ma sie dobrze i nie ma zamiaru schodzic z tronu. Szkoda, ze kompletnie mu to nie wyszlo, bo zalety tej plyty, takie jak kilka porzadnie(tylko) brzmiacych utworow, czy szczerosc w tekstach leza i kwicza pod ciezarem zenujacych zartow, nietrafionych linijek, produkcji brzmiacej jak popluczyna po Recovery i tego nieszczesnego sampla z ‘I love Rock…”.
    Pierwsze pytanie jakie czlowiek zadaje sobie po przesluchaniu Revival to “o czym wlasciwie jest ta plyta”? Na okladce-flaga USA, wiec bedzie o polityce? Nie! Ciezko szukac na tej plycie drugiego White America czy chocby Mosh. Populistyczna wzmianka o dyskryminacji czarnych, zart(?) o Ivance Trump zamknietej w bagazniku i juz, znowu slyszymy o corce i niegdysiejszej lekomanii autora. Wszystko to okraszone niewypowiedzianym patosem i bezplciowymi wokalami gosci, na tle ktorych chyba tylko Ed Sheeran i Bijons wypadaja jako tako.
    Jak jestem wieloletnim fanem Em’a, tak ta plyta jest zla pod kazdym wzgledem. Tak niespojna, ze momentami brzmi jak mixtape, zas muzycznie popowa i mdla az do bolu(ktory to bol lagodzi sentyment do Cranberries jak i samego Eminema).
    Po Revival oczekiwalem odswiezenia stylu i przede wszystkim wiecej artyzmu, mniej rzemiosla. Dostalem kolekcje odrzutow z dwoch poprzednich plyt i rozczulajacy widok idola z dziecinstwa, ktory wyraznie nie radzi sobie z tym, ze kompletnie nie ma juz o czym rapowac.
    Coz, pozostaje wierzyc, ze to nie jego ostatnie slowo.

    • Grzech Celoo

      “Coz, pozostaje wierzyc, ze to jego OSTATNIE słowo…”…oby..

  • Pingback: Nowy klip Eminema()

Polecane