Greta Van Fleet – „From The Fires”

Hard rockowy debiut sezonu.

2017.11.27

opublikował:


foto: mat. pras.

O Bożeno! Co za zespół! Co za płyta! Tych czterech młodziaków swoją debiutancką, podwójną EP-ką dosłownie rozwaliło hard rockowy bank! Mnie, choć wychowałem się na punk rocku, od razu skradli serce. Wy również sprawdźcie czym prędzej ich „From The Fires” – zanim wszyscy zaczną, „na wyścigi”, popisywać się na swoich „fejsbukach”, że pierwsi odkryli Gretę Van Fleet!

A jeśli już o „odkryciach” – mam wrażenie, że ci czterej 20-latkowie wynaleźli w swojej sali prób czy innym garażu… wehikuł czasu! Ich muzyka brzmi bowiem tak, jakby nagrali ją gdzieś na początku lat 70. – tyle w niej stylowego, a co najważniejsze – zagranego od serca blues rocka i hard rocka. Ale po kolei…

Nazywają się jakoś dziwnie, ale wiadomo – nie śmiejemy się z nazwisk. To słabe. Zwłaszcza, że wszystko wskazuje na to, że są naszymi dalekimi rodakami. Bliźniacy Josh Kiszka (wokal) i Jake Kiszka (gitary) mają dziś po 21 lat, a wspiera ich młodszy brat Sam Kiszka (bas) oraz Danny Wagner (perkusja). Ktoś napisał, że wyglądają jak One Direction, a grają, jakby byli reinkarnacją Led Zeppelin. I coś w tym jest! A przede wszystkim słychać tu wielki talent, pasję i…bezczelność! Lubicie to?

Ja z miejsca kupiłem ich pomysł na samych siebie. Czyli gramy tak, jakby od – dajmy na to – 1975 roku w muzyce nie zdarzyło się nic ciekawego. A więc pod każdą kompozycję kładziemy bluesowy fundament, a na nim budujemy konstrukcję z rockowych, psychodelicznych riffów. To fakt – gitary grają tu tak pięknie, że Jimmy Page zaraz osiwieje z zazdrości (czy raczej wyłysieje, bo siwy jest już od dawna). Lub wściekłości. Że smarkacze okradają go na bezczela, w biały dzień…

Eventim

A już bez żartów – nie wiem, czy Kiszka Brothers złapali Pana Boga za nogi? Albo – jak wolicie – zawarli pakt z diabłem. Wiem natomiast, że mogą też zagrać jak Guns n’Roses („Flower Power”), czy brzmieć jak Rolling Stonesi w wersji turbo („Safari Song”). I nie tylko potrafią pędzić przed siebie na złamanie gryfów i zerwanie strun, ale z łatwością odnajdują się również w spokojniejszych tematach („Meet On The Ledge”, „Black Smoke Rising”).

No i ten wokal Josha! Może to zabrzmi patetycznie, ale co mi tam – walę prosto z mostu – taki głos zdarza się raz na dekadę. Nie dość, że chłopak potrafi zaśpiewać prawie wszystko, to bierze szturmem, na pełnym falsecie, najwyższe „górki”. Tak wysokie, że nawet nieodżałowany Fredek Mercury mógłby mieć problemy z dźwignięciem tych ultra-wysokich rejestrów. Normalnie szatan, nie wokalista!

Bo nie tylko drze się i wyje z pasją w niebogłosy, ale również z lekkością „udźwignie” spokojniejszy temat. Najlepiej taki z większym, seksownym vibe’em. Jak w „A Change Is Gonna Come”, w którym wije się, niczym wąż. Albo inny Steven Tyler. A jeśli w kolejnym w zestawie, singlowym „Highway Tune” nie usłyszycie tej dzikiej i efektownej (czy raczej efekciarskiej?; no nie dam się za to pokroić!) szamańskości, to… po co ja wam to wszystko piszę? Odpalam jeszcze raz „From The Fires”, a wy… róbcie co chcecie!

Artur Szklarczyk
Ocena: 4,5/5

Tracklista:
1. Safari Song
2. Edge Of Darkness
3. Flower Power
4. A Change Is Gonna Come
5. Highway Tune
6. Meet On The Ledge
7. Talk On The Street
8. Black Smoke Rising

Polecane