Jessie Ware – „Glasshouse”

Tak bym chciała divą być…

2017.10.21

opublikował:


foto: mat. pras.

Niezwykle lubiana i często odwiedzająca nasz kraj Jessie Ware przypomina się nowym, trzecim już w jej dorobku albumem. A że w czasie, który minął od wydania jej poprzedniego krążka „Tough Love” w życiu prywatnym artystki sporo się działo, więc siłą rzeczy najnowsze jej piosenki obracają się oczywiście wokół takich spraw, jak rodzina, związki i przyjaciele. Z wielką korzyścią dla tekstów, ale również pięknej muzyki.

Jak urodziwa Brytyjka mówi sama, „Glasshouse” powstawała w Los Angeles, gdzie spotkała się z wieloletnim współpracownikiem Bennym Blanco. W trakcie sesji nagraniowej wokalistka była w ciąży, a potem została matką. „Kiedy maleństwo skończyło 2,5 miesiąca, pojechałam do Kalifornii komponować. Zagrałam Benny’emu co napisałam, a on spytał: – Dlaczego nie zrobisz tego, co na debiutanckim krążku? Wróć do tego oldschoolowego brzmienia, które idealnie pasowało do Ciebie” – wspomina Jessie prace nad płytą.

No tak – „Devotion” to było coś. Superdebiut. Płyta, o jakiej marzy większość początkujących artystów. Znakomicie wyprodukowany zestaw popowych piosenek zanurzonych w kobiecym, zmysłowym klimacie białego soulu i R&B. 41 milionów odsłon promującego ten materiał singla „Wildest Moments” nie bierze się znikąd. Ale też nie dajmy się jednak zwariować – przy idących w setki milionów lub ocierających się o miliard wyświetleń teledyskach najpopularniejszych gwiazd popu, nie są to znowu aż tak wielkie liczby. Bo też umówmy się i… bądźmy realistami – piękna Jessie nigdy nie „zawalczy” na showbiznesowym, muzycznym rynku z Taylor Swift, PINK czy nawet Katy Perry. To nie jej liga i nie jej rola. Ale mówiąc szczerze wcale tego po niej nie oczekuję. Już jakiś czas temu znalazła dla siebie własną stylistyczną niszę, w której czuje się coraz lepiej. O czym wspaniale przekonuje zawartość trzeciego jej albumu.

Eventim

„Glasshouse” to zestaw udanych i przyjemnych w odbiorze, eleganckich utworów ocierających się o popowe superprodukcje. Jak choćby singlowy „Midnight” – oparty na fajnym, pulsującym bicie, perfekcyjnie wyprodukowany i zmysłowo zaśpiewany przez Ware. Zresztą na całym albumie, a zwłaszcza w „pościelowej” balladzie „Stay Awake, Wait For Me”, wokalistka fajnie czaruje głosem. Ale niech was nie zmyli miłosny klimat tego utworu – artystka rozlicza się w nim z rozstania z mężem, z którym po jakimś czasie się zeszła. „To album dla mojego męża i mojego dziecka. To przeprosiny, wyznanie, list miłosny i deklaracja… Pokazuje cały mój strach i wszystkie emocje” – podsumowuje Jessie swoją najbardziej dojrzałą płytę. Album bogaty, wielobarwny, pełen różnych muzycznych smaków. I kontekstów.

Na przykład utrzymany w bluesowo-salsowym klimacie, bujający i taneczny „Selfish Love” to hołd dla Astrud Gilberto – brazylijskiej divy jazzu i bossa novy. Sięgając po taki ambitny, choć jednak wciąż popowy repertuar Angielka wydaje się mówić: dojrzałam, zarówno muzycznie, jak i mentalnie.

I to słychać. Choćby w „Your Domino” – klubowym numerze, opartym na breakbeatowym (!) – choć jednak w wersji soft – podkładzie. Ale udanym i przebojowym. I nie tylko dlatego że innym, odstającym od większości repertuaru. Lecz również dlatego, że pokazuje on kolejne, ciekawe oblicze Ware – kobiety-kameleona.

„Kiedy utwory stawały się zbyt skomplikowane, spędzałam długie godziny na słuchaniu swoich muzycznych bohaterek – Joni Mitchell, Niny Simone, Carole King i Arethy Franklin. Dodawało mi to pewności w komponowaniu” – mówi wokalistka. I to słychać. Więc jeśli checie poznać jej nowy świat i nowe piosenki, a lubicie wysmakowane, kobiece brzmienia, nie wahajcie się ani chwili – zajrzyjcie do muzycznego, ale nie tylko, świata Jessie. Być może nie doznacie magicznych doznań, ale na pewno miło spędzicie czas przy otulających dźwiękach z jej „Glasshouse” – niby szklarni, a tak naprawdę ciepłego, przytulnego domku pełnego uczuć, emocji i szczerych wyznań. No i świetnej muzyki.

Artur Szklarczyk
Ocena: 4/5

Tracklista:
1. Midnight
2. Thinking About You
3. Stay Awake, Wait For Me
4. Your Domino
5. Alone
6. Selfish Love
7. First Time
8. Hearts
9. Slow Me Down
10. Finish What We Started
11. Last Of The True Believers Ft. Paul Buchanan
12. Sam

  • spirit

    po pierwszym przesłuchaniu tego albumu byłem w małym szoku, że jeden (słownie: jeden) utwór wydał mi się słabszy od reszty i nijaki… nie wiem, czy to doświadczenie Jessie Ware, czy to po prostu „moja muzyka”, ale kliknęło prawie wszystko od pierwszego przesłuchania… uwielbiam ten album za mega osobisty „Sam”, za świetne „Your Domino”, za wszystkie single, za malutkie smaczki w poszczególnych utworach… wydawało mi się, że poprzednie dwa albumy mam już „zgrane” i rzadko kiedy do nich wrócę, bo znam na nich każdą nutę – niestety, obawiam się, że za chwilę tak samo „zgram” sobie Glasshouse, ale póki co – cieszę się nim bardzo.

Polecane