Macklemore – „Gemini”

Rudy idzie na solo. I wygrywa.

2017.10.05

opublikował:


foto: mat. pras.

– „This Unruly Mess I’ve Made” to nasza ostania wspólna płyta – ta wiadomość niemal sprzed roku zelektryzowała muzyczne środowisko i zaniepokoiła fanów genialnego duetu Macklemore & Ryan Lewis. Zupełnie niepotrzebnie. Co prawda Ryan od tego czasu nie dał znaku życia (pewnie dłubie coś w swoim domowym studio lub zajmuje się grafiką), ale za to pierwszy duży, solowy album Macka to naprawdę kawał dobrego… grania!

Zostawmy jednak psychofanom i nawiedzonym analitykom bitów i rymów pogłębione badania nad tym, jak bardzo stracił/zyskał (niepotrzebne skreślić) Benjamin Hammond Haggerty (czy może lepiej – jego muzyka) na rozstaniu z Lewisem. Nie wiem jak wy, ale ja w taki „szczególarski” sposób nie potrafię słuchać muzyki. Po prostu wkładam dysk do odtwarzacza i nie liczy się już nic więcej, jak tylko sama muzyka. To ona nas porusza, powoduje śmiech lub – wręcz przeciwnie łzy. Czasem z zachwytu, kiedy indziej ze złości. A już w ogóle najlepszy jest moment, kiedy na skórze pojawiają się ciarki. Macie tak samo? Przynajmniej dla mnie taka reakcja organizmu to znak, że słyszę coś wyjątkowego, wręcz doskonałego. Dlatego zdarza się to bardzo rzadko, raz na kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt płyt czy piosenek. Czy podczas „Gemini” miałem gęsią skórkę? No właśnie… nie. Ale to nie jest zła płyta! Nic z tych rzeczy. Wręcz przeciwnie – tu dzieje się tyle ciekawego, że można by tym „dobrem” obdzielić kilka innych głośnych, tegorocznych produkcji. Ale po kolei, bo…

Ten album to kolos. Superprodukcja. Aż 16 utworów i ponad godzina muzyki. Wielka muzyczna bombonierka piosenek z różnym nadzieniem, ale zawsze z taką samą polewą – o smaku komercyjnego hip-hopu. Z trapową i popową nutą. A to wszystko znakomicie zagrane, wyprodukowane i zarymowane. No i goście – długa i bogata lista imion i pseudonimów. Zarówno tych pierwszoligowych (jak Kesha czy Skylar Grey), jak i przede wszystkim młodych wilczków muzycznej sceny, dla których zaproszenie od Macklemore’a jest zaszczytem. A także szansą na wybicie się – na trudnym i ciasnym amerykańskim, popowym rynku. I tu należy się szacunek Rudemu – niemal od samego początku mecenasowi dla młodych debiutantów. Mistrzowi o zadziwiająco – jak na jego zaledwie 34 lata – grubym portfolio.

Eventim

To doświadczenie wyszarpane w znoju ciężkiej pracy, wręcz „podniesione” z ulicy przez artystę wyraźnie słychać na „Gemini”. Tym razem Mackie ze swoimi sprytnymi, wręcz akrobatycznymi rymami nie rzuca się na bity, niczym… szczerbaty na suchary. Kiedy bowiem słucham znakomitego openera „Ain’t Gonna Die Tonight” (z Erikiem Nallym na drugim mikrofonie), słyszę nie tylko te jego firmowe, euforyczne i wysokie rejestry – niczym zachwyconego dzieciaka w sklepie pełnym łakoci. Mamy tu przecież również tę pewną, subtelną elegancję, która wyjdzie (w całości) na jaw w kolejnych, bardziej spokojnych „rapsach”. Bo smykałkę do powieści ma Amerykanin znakomitą. I słuch jak nikt inny.

Wszystko to sprawia, że – tak mi się przynajmniej wydaje – coraz częściej zaciera się granica między rymowaniem, a śpiewem Macklemore’a. To pewnie również zasługa tej naturalnej lekkości w tym, co robi. I braku kompleksów. Wsparty na „Gemini” ociekającymi popem produkcjami takich zawodników, jak Tyler Dopps i Josh „Budo” Karp nasz bohater już nie ukrywa, że najlepiej czuje się w swoistym, ale stabilnym rozkroku między światem muzycznej komercji, a nowym ulicznym hip-hopem i trapem.

„Gemini” to jednak przede wszystkim zbiór znakomitych, „radiowych” piosenek – wśród których najlepiej wypadają wybijające się z tego albumu swoją wyrazistością. Jak nisko osadzony na basach „Willy Wonka”. Jak pewniaki z list przebojów w rodzaju singlowych „Glorious” i „Marmelade”. A wreszcie absolutny hicior – superpopowy „Good Old Days” z seksowną Keshą w duecie. Zwróćcie również uwagę na dramaturgię tego krążka, który na początku jest bardzo efektowny (by nie powiedzieć efekciarski), rozbuchany i trochę nagrany na popis, a z czasem zwalnia tempo. Po to, by w „dwupaku” w postaci utworów „How to Play the Flute” i „Ten Million” osiągnąć homeostazę – swoisty „narkotyczny, przymulony klimat.

Ja jednak najbardziej lubię te momenty, kiedy Mackie – jakby nie było samorodek i talenciak jakich mało – przestaję robić z siebie męski i trapowy odpowiednik Taylor Swift i porzuca te wszystkie taneczne, buczące „cykadełka”. Wówczas zaskakuje. I zachwyca. A to funkiem skrojonym jakby pod Jamiroquai w „Levitate”, a to mięsistym i nieco „bagiennym” southern rockiem (!) w „Firebreather”. Słucham tego, uśmiecham się do siebie i z przyjemnością potwierdzam wówczas swoje zdanie o tym sympatycznym, jakby nie było, rudym geniuszu, który jednak (zbyt) często ma skłonności do rozmachu i przesady. Ale… kto bogatemu zabroni?

Artur Szklarczyk
Ocena: 4/5
Tracklista:
1. Ain’t Gonna Die Tonight (feat. Eric Nally)
2. Glorious (feat. Skylar Grey)
3. Marmalade (feat. Lil Yachty)
4. Willy Wonka (feat. Offset)
5. Intentions (feat. Dan Caplen)
6. Good Old Days (feat. Kesha)
7. Levitate (feat. Otieno Terry)
8. Firebreather (feat. Reignwolf)
9. How to Play the Flute” (feat. King Draino)
10. Ten Million
11. Over It (feat. Donna Missal)
12. Zara (feat. Abir)
13. Corner Store (feat. Dave B & Travis Thompson)
14. Miracle (feat. Dan Caplen)
15. Church (feat. Xperience)
16. Excavate (feat. Saint Claire)

 

 

Polecane