Metallica – „Hardwired… To Self-Destruct”

Wciąż nie to.

2016.11.20

opublikował:


Po latach eksperymentów i snucia opowieści o potrzebie rozwoju Metallica poddała się nagrywając płytę, której zadaniem było zadowolić fanów. Chcieli zrobić to już osiem lat temu, ale wówczas po chwilowym wybuchu radości szybko zaczęły pojawiać się głosy krytyki. Od „Death Magnetic” wielu odrzuciło brudne i chropowate brzmienie. „Hardwired… To Self-Destruct” wyeliminowało ten problem, nie ustrzegło się natomiast innych wad.

Lars Ulrich już w listopadzie 2010 roku składał pierwsze deklaracje o pracach nad następcą „Death Magnetic”. Wówczas muzycy mówili, że nowy krążek ponownie wyprodukuje dla nich Rubin. Dopiero w marcu tego roku Kirk Hammett poinformował, że Metallica pracuje jednak z Gregiem Fiedelmanem, który przy poprzedniej płycie pełnił funkcję inżyniera dźwięku i odpowiadał za miksy. Poprzednim razem muzycy przyznawali, że zawierzyli wizji artystycznej Rubina, teraz dla odmiany zdecydowali się na producenta, który zamiast kreować oblicze grupy, po prostu wcielił w życie jej koncepcje. Od pierwszych dźwięków „Hardwired” słychać, że muzycy sprawowali pełną kontrolę nad swoim dziesiątym albumem, co zaowocowało krążkiem pełnym energii i pewności siebie.

Na nowym krążku Metallica chętnie sięga do własnej przeszłości. Najcięższy na płycie – i jeden z najcięższych w całej karierze – numer „Dream No More” zaczyna się bardzo podobnie do „Sad But True”, rozpędzony „Spit out the Bone” ma w sobie coś z „Dyers Eve”, wprowadzenie do „Murder One” to luźne zapożyczenie z „One”, a w refrenie „Atlas, Rise!” słyszymy wyraźne nawiązanie do „Blackened”, choć akurat w tym przypadku grupa wyraźnie kłania się również maidenowej stylistyce.

W założeniach „Hardwired… To Self-Destruct” miało być chyba wypadkową „Master of Puppets”, „…and Justice for All” i „Czarnej”. Z drugiej strony nie znajdziecie tutaj jednoznacznego odcięcia się od „Load” i „Re-Load”, Metallica wciąż ma na uwadze te płyty zwłaszcza w kontekście ich brzmienia. Widać chęć godzenia starych fanów z tymi trochę młodszymi, ale do pełni sukcesu zabrakło większej ilości pomysłów. Podwójny album Metalliki przytłacza nie tylko ilością materiału, ale miejscami również jego jakością. Numery sprawiają wrażenie wydłużonych na siłę, zupełnie jakby zespół przychodził do fanów z komunikatem: „kazaliśmy długo czekać, ale za to dostajecie dużo muzyki”. Sporo do życzenia pozostawia w tym względzie zwłaszcza drugi dysk z monotonnymi „Here Comes Revenge” czy „Am I Savage?”. Słabo wypada będące hołdem dla zmarłego pod koniec ubiegłego roku Lemmy’ego Kilmistera „Murder One”. Poza porządnym groovem nie ma tutaj absolutnie nic fascynującego, tekst sprawia wrażenie napisanego na kolanie. Piosenka nieco lepiej wypada w wersji z klipem, kiedy możemy ją potraktować jako ilustrację do animowanej opowieści o życiu lidera Motorhead, ale na płycie niestety kompletnie się nie broni.

Tyle jeśli chodzi o słabe momenty. Na szczęście tych dobrych również na „Hardwired… To Self-Destruct” nie brakuje. Znane z singli „Atlas, Rise!” i „Moth Into Flame” przynoszą nie tylko ogromną dawkę przebojowości, ale i urozmaicenia, stając się niemal wzorcowymi przykładami na to, jak powinno się pisać długie kawałki. Oba „dorobiły” się też fenomenalnych solówek Hammetta, które są niewątpliwą ozdobą całej płyty. Kirk zdradził niedawno, że nie miał wpływu na to, jak będą wyglądać nowe numery, dlatego skupił się właśnie na solówkach. Świetnie wypada wspomniane już „Dream No More” z Hetfieldem „jadącym” w zwrotkach Ozzym Osbournem. Numer zachwyca nie tylko ciężarem, ale też siłą prowadzących go riffów i – ponownie – partią Hammetta. Dobre wrażenie zostawia po sobie ponadto zamykający pierwszy dysk utwór „Halo On Fire”. Wobec braku ballad na nowym albumie to właśnie utwór nawiązujący nastrojem do „Remember Tomorrow” z pierwszej płyty Iron Maiden służy tutaj za reprezentanta łagodniejszego oblicza kwartetu. Co ciekawe, wśród bonusów umieszczonych na trzeciej płycie znalazła się też metallikowa wersja „Remember Tomorrow”, którą mogliśmy wcześniej usłyszeć choćby na wydanej przez magazyn „Kerrang” płycie-hołdzie dla Ironów „Maiden Heaven”. Na sam koniec zespół zostawił perełkę. To nie pierwszy raz w historii, kiedy Metallica zamiast dać na koniec odrobinę wytchnienia, dobija przeciwnika serią morderczych pocisków. „Spit Out the Bone” to właściwie jedyny powód, by wkładać do odtwarzacza drugi dysk.

Gdyby Metallica wydawała płyty częściej, „Hardwired… To Self-Destruct” nie musiałaby mierzyć się z rosnącymi przez osiem lat oczekiwaniami. Z jednej strony trudno narzekać, kiedy zespół wydał najlepszy album od 25 lat. Z drugiej wciąż nie jest to płyta na miarę klasycznych dokonań kwartetu. Można ją za to traktować jako optymistyczny prognostyk przed kolejnym krążkiem, choć  patrząc na to, w jakich bólach rodziła się dziesiąta płyta, jedenastej fani mogą już nie doczekać.

PS. Edycja deluxe zawiera dostępny od dwóch lat utwór „Lords Of Summer”, który z powodzeniem mógłby zastąpić połowę numerów z podstawowego wydania. Metallica daje nam jeszcze znane z innych wydawnictw covery Iron Maiden, Deep Purple i Dio, a także kilka kawałków zagranych podczas tegorocznego Record Store Day w sklepie Rasputin w kalifornijskim Berkeley. Dla fanów przyzwyczajonych do stadionowych koncertów Metalliki taki występ musiał być przygodą życia, jego zapis jest za to atrakcyjną ciekawostką, dla której warto sięgnąć właśnie po poszerzone wydanie. Tym bardziej, że na deser kwartet dorzucił pierwsze w historii koncertowe wykonanie „Hardwired”.

Ocena: 3/5

Autor: Maciek Kancerek

 

Polecane