Pink Freud – „PunkFreud Army”

Jazz is not dead.

2017.12.07

opublikował:


Pink Freud – „PunkFreud Army”

foto: mat. pras.

Rockowy zespół Wojtka Mazolewskiego świętuje nowym albumem dziesiątą rocznicę wydania legendarnej płyty „Punk Freud”. I robi to z gościnnym udziałem plejady znakomitych (również śpiewających) gości. Dzięki czemu ten zarejestrowany w Muzycznym Studiu im. Agnieszki Osieckiej w radiowej Trójce koncert staje się nie tylko ważnym wydarzeniem towarzyskim, ale również artystycznym.

Na początku postawmy sobie sprawę jasno – to nie jest najlepiej zagrany i nagrany występ na świecie. A nawet w Polsce. Mógłbym nawet powiedzieć, że jeśli ktoś nie jest fanem punka lub jazzu, to raczej może sobie odpuścić słuchanie „PunkFreud Army”. I czytanie tej recenzji. Bo to raczej rzecz albo dla ortodoksów. Albo dla ludzi o otwartych głowach.

I jak? Zostaliście? Fajnie. No to lecimy dalej!

Ale najpierw mały skok w czasie. Wstecz. Był rok 2007 i jazzowa grupa Pink Freud, ceniona zarówno przez krytyków, jak i fanów, wydała swój trzeci krążek „Punk Freud”. Album ascetyczny pod względem formy, ale z emocjonalnie rozbuchanym „farszem” będącym wariacją na temat punk rocka. Te instrumentalne kompozycje kąsały swoją bezczelnością, wkurzały nieoczywistością. Łączyły ogień z wodą. Taki „miks” muzycznej, jazzowej dyscypliny z anarchistycznym szaleństwem. To właśnie na tym krążku Wojtek Mazolewski połączył swoją pierwszą, muzyczną miłość, czyli punk, z tą drugą, o wiele dojrzalszą fascynacją dźwiękami. Czyli jazzem…

– Moja przygoda z punkiem, a konkretnie muzyką Siekiery zaczęła się, kiedy miałem kilka lat. Pewnego dnia zobaczyłem w telewizji teledysk do utworu „Misiowie puszyści (szewc zabija szewca)” i… zwariowałem! To było to! Totalnie oczarowało mnie to granie – bardzo proste, wręcz plemienne. Ale zarazem głębokie, o ogromnym ładunku emocjonalnym. Tak się wkręciłem w tę muzykę, że niedługo potem założyłem swój pierwszy punkowy zespół. Nazywał się… Nóż! A później zacząłem współpracę z kapelą Iwan Groźny. Ta fascynacja punk rockiem trwa zresztą do dziś, bo jakiś czas temu z zespołem Pink Freud zrobiliśmy interpretacje utworów „Idzie wojna” i wspomnianego „Szewca”. I wcale nie wykluczam, że nie będziemy dalej kontynuować tej zabawy – zwłaszcza, że w tym roku mija 10 lat od wydania płyty „Punk Freud” – mówił mi wiosną tego roku Wojtek. Niedawno spełnił swoją zapowiedź – właśnie tym oto materiałem zarejestrowanym w studiu Programu 3 Polskiego Radia przy ul. Myśliwieckiej.

Do tego kultowego już miejsca, w którym grały takie gwiazdy, jak Tori Amos czy Sting, a swoje koncertowe płyty zarejestrowało wielu rodzimych artystów, Mazolewski i jego koledzy zaprosili: Roberta Brylewskiego (m.in. Kryzys, Brygada Kryzys Armia, Izrael), Tomka Budzyńskiego (Siekiera, Armia), Tomka Lipińskiego (Brygada Kryzys, Tilt) i Roberta Materę (Dezerter). Istny punkowy dream team. Superskład utworzony przez „ojców założycieli” polskiej sceny alternatywnej. A w roli asa w rękawie znakomity saksofonista Alek Korecki (m.in. Young Power). Absolutny Real Madryt naszej muzycznej sceny.

Eventim

W takim składzie punk-jazzowa supergrupa wzięła na warsztat utwory Pink Freud z pamiętnej płyty sprzed dekady i pożeniła je z „przebojami” swoich gości. I nic nie szkodzi, że podczas koncertu, który odbył się zupełnie niedawno, bo 30 października (płyta ukazuje się 5 tygodni po tym wydarzeniu!), Mazolewski i przyjaciele nie brzmieli czysto. Nic z tych rzeczy. A wręcz przeciwnie. Bo zgodnie z konwencją więcej tu punkowego brudu i jazzowego szaleństwa. A mówiąc najprościej – czystej, nieskrępowanej konwenansami energii. Lubicie to? Bo ja bardzo!

Kupuję taki artystyczny wybryk. W całości. I to nawet, kiedy słyszę swoją ukochaną „Niewidzialną amię”, czy „To co czujesz, to co wiesz” w mocno zmienionych, niemal free-jazzowych wersjach. Pink Freud i przyjaciele, bawiąc się konwencją mash-upu reinterpretują klasyki polskiego (punk) rocka, nadając im nowy, nierzadko intrygujący wymiar – jak w „Szarych koszmarach” czy „Centrali”. Tak, wiem. Fani z opcji „beton” będą oburzeni takim szarganiem „świętości”. Zresztą ja też mam podobne, mieszane uczucia, kiedy słyszę ikoniczny przykład polskiego proto-punka, czyli „Mam dość” z repertuaru Kryzysu w rozbujanej, szybkiej wersji – pędzącej dzięki dźwiękom dęciaków.

Ale do cholery! Nie słuchamy fug Bacha czy natchnionego brzędkolenia Pata Metheny’ego! To punk i jazz razem. A więc jakby muzyczna wolność, bunt i szaleństwo do kwadratu. Czego najlepszym przykładem combo „Canonu” z repertuaru Charlesa Mingusa i wspomnianej „Centrali” Brygady Kryzys. Dacie radę zmierzyć się z takim „odlotem”? Czy jednak wymiękacie?

Artur Szklarczyk
Ocena: 3/5
Tracklista:
1. Burbon / Spytaj milicjanta
2. Punk Freud Armada
3. Police Jazz / To, co czujesz, to, co wiesz
4. Dziwny jest ten kraj / Ludzie Wschodu
5. Punki na piasku
6. Anioły i demony / Szare koszmary
7. Sex przemoc lęk i niemoc / Mam dość
8. Punk Freud / Mój kraj
9. Canon / Centrala
10. Pink hot loaded guns / Niewidzialna armia
11. Nie pytaj mnie / Mademoiselle Madera

  • As Ap

    czy możemy już skończyć z tym mitem o punkowcach którzy nie potrafią grać? muzyka wolności to nie zgoda na błędy, a tych jest cała masa. to bardzo zła płyta i otwarta głowa nic tu nie pomoże. aranże są łopatologiczne, poziomy głośności instrumentów są od czapy, to że ktoś się czasem pomyli to akurat najmniejszy problem.

  • Pingback: Tomek Lipiński porozumiał się z Pink Freud i Agorą()

  • Mateo

    Po zawirowaniach (słusznych) związanych z wydaniem tej płyty udało mi się w końcu ją przesłuchać. Już po koncercie wyemitowanym w Trójce byłem bardzo zaciekawiony pomysłem kooperacji jakże ciekawego Pink Freud i ojców polskiej muzyki. Pomimo pojawiających się niepochlebnych recenzji mi się ta płyta mimo swoich uchybień mi się podoba (być może z sentymentu). Część aranży starych numerów bardzo mi się podoba (To co czujesz, szare koszmary, Nie pytaj mnie, Spytaj milicjanta, Centrala), część mniej (Ludzie wschodu, Mój kraj), jednak jako całość będę wracał do tej płyty. Fajny miał pomysł Wojtek Mazzolewski na odświeżenie wcześniej Zamków na piasku, tak teraz fajnie odświeżone zostały inne polskie klasyki. Ta płyta to dla mnie kolejna podróż do muzyki, która mnie ukształtowała. Szkoda, że wszystko było realizowane na wariata, bo być może dałoby się to lepiej zagrać i wydać zgodnie ze sztuką.

Polecane