Quebonafide i QueQuality – “Hip-Hop 2.0”

Szkodliwa aktualizacja.

2016.06.24

opublikował:


Quebonafide i QueQuality – “Hip-Hop 2.0”

„To nie jest hip-hop. To nigdy nie będzie hip-hopem”, mówił kiedyś na jednej z imprez Pih, zabierając mikrofon Quebonafide. „To jest hip-hop”, zapewniał wówczas Quebo. Dziś, półtora roku po tamtym incydencie, raper z Ciechanowa dodaje jakby: to NADAL jest hip-hop. Tyle że hip-hop 2.0. Dowodem na to, że gatunek wkracza w kolejną fazę, ma być wydana właśnie składanka reklamująca wytwórnię QueQuality.

Fakt, że w tytule albumu postawiono tak mocną deklarację, sprawia, że niniejsza recenzja siłą rzeczy musi ciążyć ku ogólniejszym wnioskom. Na przykład takim, które przyniosłyby odpowiedź na pytanie: czym jest hip-hop 2.0? Czym się on różni od swojego poprzednika? Osoba patrona – pełnego niespożytej energii, kreatywnego Quebonafide – mogłaby sugerować, że hip-hop 2.0 to „hip-hop bardziej”: jeszcze lepszy technicznie, jeszcze bardziej „umuzyczniony” i nowatorski, jeszcze bardziej świadomy swoich ograniczeń, które należy przekroczyć. Ach, żeby tak było. Tymczasem wrażenia, jakie zostawia po sobie składanka QueQuality, są zgoła inne. Hip-hop 2.0 to nadal „hip-hop bardziej”, tyle że: bardziej sprasowany, bardziej jednowymiarowy, bardziej zadufany w sobie. Ledwie markujący jakąkolwiek rewolucję.

Zaproszeni raperzy właściwie wpadają w te same pułapki. Z jednej strony są więźniami własnych, przeciętnych biografii i statusu społecznego. Niby chcą opowiadać o hardkorowych doświadczeniach, które za sobą mają, ale stać ich tylko na smutne dramy damsko-męskie (Deys) albo enigmatyczne zapewnienia o byciu „złym dzieckiem z dobrego domu” (Filipek). Z drugiej strony z nadzieją patrzą w przyszłość i szczyty, które na nich czekają. Póki co jednak potrafią się tylko pochwalić tym, że trafili na kanał Que (PlanBe) albo zebrali kilka ciepłych słów od wpływowego dziennikarza (Nieznanyklarenz). Ewentualnie zapewnić o gwiazdach i chmurach, które na nich czekają. No, i hejterzy, rzecz jasna. Ci nie czekają, oni już są. Wszędzie. Śledzą każdy twój post na Facebooku. Czają się tylko, by wpieprzyć cię na minę, a potem wyśmiać. Tak, nawet ci młodzi raperzy dogrywający się na składankę młodej wytwórni – nawet oni muszą już przeżyć swoją infamię.

Ktoś może powiedzieć, że to kwestia wieku i że dlatego nie nawijają o niczym innym. A obsesja sławy (już-jej-osiągnięcia, czekania-na-nią lub olewania-jej-ciepłym-moczem) – że to gorący temat, z którym każdy młody musi się zmierzyć. Tyle że ja tego nie kupuję. Wiek? Można wymienić wiele wybitnych płyt (rapowych, nierapowych, polskich, niepolskich) pisanych w wieku dwudziestu lat. Sława? Na nią przyjdzie jeszcze czas. Póki co trzeba zasuwać. Samym rymowaniem o byciu na szczycie nie przebijesz się do panteonu.

„Mi imponuje ten kto się nie boi pracy/ Dzisiaj mi imponują ludzie, którzy są jacyś”, rymuje Quebo w otwierającym składankę utworze. Biedny, nie dość, że ma leniwych, ograniczonych, rozkochanych w sobie (i przez to przeceniających własne możliwości – patrz np. przykład fatalnie rozśpiewanego Igrekzeta) kolegów, to jeszcze wszyscy podciągnięci są pod jeden model. O niewielu można powiedzieć, że są jacyś. Może o Guziorze, który ma wciągający, hipnotyzujący styl, ale chyba łatwo podatny na wyczerpanie. Może o Kaz Bałagane, który – o czym już wspominałem, recenzując jego solówkę – na własny sposób czyta francuski, nowoczesny rap. Może o Wacu Toja i jego przebojowych refrenach. Na pewno jednak brakuje oryginalności Szesnastemu, który do złudzenia przypomina Bonsona; o PlanieBe, Emasie, Kartkim nie wspominając.

Przykre wrażenie zostawia ta płyta. Przykro się słucha tego, jak sformatowani, urobieni pod jeden wzorzec są ci nasi polscy freshmeni. Na „Hip-hop 2.0” nawet ci, którzy dotychczas sprawiali wrażenie oryginałów, jakoś tracą pazury i wpadają w mechaniczne tryby hi-hatów, basów i pogłosów. Do kogo piję? Ot, choćby do Nieznanegoklarenza, który jeszcze niedawno sprawiał wrażenie kontynuatora przerwanej tradycji Blend Records, tu natomiast dostosowuje się do reszty, hamując się ze swoim oryginalnym offbeatem i stawiając na modne podśpiewywanie. Ale piję też do gospodarza, Quebonafide, który – mam nadzieję – najwięcej pomysłów zostawił na swój międzynarodowy projekt, a puszczone na składankę zwrotki są ledwie odrzutami napisanymi pod (w większości) trapowe dyktando „Hip-hop 2.0”. Jeśli jednak tak ma wyglądać jego projekt odnowy polskiej sceny, zaczynam rozumieć, o co chodziło Pihowi. Bo z hip-hopem jest jak z Windowsem – aktualizacja nie zawsze musi mu wyjść na dobre.

Polecane