Sam Smith – „The Thrill Of It All”

Diabłu (soulową) świeczkę, a Bogu (gospelowy) ogarek?

2017.11.03

opublikował:


foto: mat. pras.

Dużo stylowego, białego soulu, oczywiście w popowej i – nie bójmy się tego powiedzieć na głos – komercyjnej konwencji – właśnie w taki (udany! a jakże!) sposób przypomina nam się na swoim drugim krążku angielski talenciak Sam Smith. Więc choć jego „The Thrill Of It All” nie jest żadną rewolucją, ani tym bardziej odkryciem na miarę (muzycznego) koła, to zignorować tę płytę nie tyle nie sposób, co po prostu nie warto. Dla własnego dobra. Lub zła. Wybór (oczywiście) należy do Was!

Zanim o tym co fajne, to powiedzmy to sobie jasno i wyraźnie – ta zgrabna, „bezpieczna” muzyka, w dodatku jeszcze lepiej zaśpiewana niż zagrana, nigdy nie wywoła rewolucji. Bo nie musi. Nie taka jen rola. Sam Smith nie jest Joe Strummerem czy Jello Biafrą – facetami, którzy mogli poprowadzić tłum na barykady. Ten zjawiskowy Brytol nie stanie się również nigdy Louisem Armstrongiem, Milesem Davisem, czy – nawet – Stevie Wonderem. Czyli czarodziejami głosu, wokalnej frazy i klimatu, który malowali tak pięknie swoimi muzycznymi opowieściami. Ale choć nasz zaledwie 25-letni, niedawny debiutant nie ma takiej magii w głosie co wyżej wymienieni, to przyjąć zaproszenia do jego świata wprost nie wypada odmówić. Dzieje się tu tyle niezwykłych rzeczy, że powiedzieć, iż warto było czekać na jego nowy krążek, to… jakby nic nie powiedzieć.

Eventim

Pamiętacie jego debiut „In the Lonely Hour” z 2014 roku? Ta płyta rozeszła się na świecie w oszałamiającej ilości ponad 12 milionów egzemplarzy, a Sam Smith stał się międzynarodową gwiazdą i jednym z najbardziej rozpoznawalnych głosów na scenie muzyki pop – obsypanym najważniejszymi nagrodami muzycznymi – m.in. Golden Globe, Brit Awards i Grammy. Również w Polsce, gdzie raczej nie ceni się białych, soulowych pieśniarzy, „In The Lonely Hour” zdobył status potrójnej platynowej płyty! Słabo? No właśnie…

– Przeżyłem już raz to szalone tornato. Wszedłem w nie trzy lata temu, zresztą na swoje własne życzenie. Pomyślałem więc: co mi szkodzi – spróbuję jeszcze raz, i dam się porwać temu wirowi. Ale kiedy tworzyłem ten album, nie próbowałem nagrać jakiegoś wielkiego popu – po prostu starałem się stworzyć coś bardzo osobistego, własnego. I szczerego. Niczym pamiętnik – mówi dziś Smith.

Przy tworzeniu nowego materiału ponownie połączył on siły z ze swoim wieloletnim przyjacielem Jimmym Napesem. A ponadto zaprosił do współpracy takich producentów, jak m.in. Malay, Jason „Poo Bear” Boyd i odkryty przez niego samego Yebba. A z drugiej strony w „The Thrill Of It All” maczał palce sam Timbaland – współautor podniosłego, może nawet patetycznego soulu z gospelowym szyntem, czyli „Pray”.

 

I właśnie muzyką gospel, jak żadną inną stylistyką, naznaczony jest drugi krążek Anglika. Te natchnione wiarą melodie słyszmy w otwierającym całość singlu „Too Good at Goodbyes”, ale sporo go też w „One Last Song”. Chwała Panu! Na szczęście rozmodlony Sam jest tak samo wiarygodny, jak wtedy, kiedy śpiewa o bardziej przyziemnych sprawach i uczuciach, jak choćby w porywającym, wreszcie (!) – bo to siódmy numer w tym zestawie – seksownym (jak diabli!) „Baby, You Make Me Crazy”. No jest tu ogień, proszę Państwa! I to taki, który idzie w serce, duszę i… lędźwie. Chwalmy… diabła!

A już zupełnie serio – nie wiem, kogo ta płyta nawróci, a kogo zepsuje, ale zarówno ognia, jak i miłości na niej sporo. I pal – nomen omen – licho ten podejrzany, „techniczny” soul Samika, ale facet ma to „coś”. Ten bajer. I nie sposób go nie lubić. Choć pewnie znajdą się i tacy, którzy potraktują jego songi (tylko) jako miły wypełniacz dnia czy (bardziej) wieczoru…

Artur Szklarczyk
Ocena: 4/5

Tracklista:

1. Too Good at Goodbyes
2. Say It First
3. One Last Song
4. Midnight Train
5. Burning
6. HIM
7. Baby, You Make Me Crazy
8. No Peace
9. Palace
10. Pray

Polecane