10 najważniejszych płyt (a nawet 11): Marcelina

Nie brak niespodzianek i... jest guilty pleasure.

2018.12.21

opublikował:


10 najważniejszych płyt (a nawet 11): Marcelina

fot. mat. pras.

Śpiewa, pisze teksty, bawi się muzyką i cały czas poszukuje – w niezbyt wielkim ciele Marceliny Stoszek drzemie wiele talentów i jeszcze więcej energii. Znacie ją z kilku płyt, z których ostatnia, czyli „Koniec wakacji”, ukazała się całkiem niedawno, bo pod koniec września. Nam udało się złapać tę ambitną, ale też bardzo uroczą wokalistkę tuż przed świętami. Stąd specyficzny „bonus” w jej znakomitym – naszym skromnym zdaniem – zestawieniu. Czytajcie i szykujcie się na koncerty Marceliny, która ruszy w trasę już na przedwiośniu!

Z mojej całkiem sporej płytoteki wybrałam tylko te tytuły, których słucham w całości, od „deski do deski”, bez pomijania poszczególnych utworów. Stąd tyle klasycznych albumów – i to nie tylko sprzed 20 czy 30 lat. Ciekawe, ile z nich znalazłoby się w Waszych zestawach „must have”? – pyta Marcelina…

Gorillaz – „Gorillaz”, 2001

Od lat mam swój „Top 3” płyt, które są przy mnie zawsze – gdziekolwiek jestem, dokądkolwiek jadę. Wśród nich numerem jeden jest debiutancki krążek Gorillaz. Kupiłam go, kiedy miałam 16 lat. To było tuż przed windsurfingowym obozem nad polskim morzem. Dlatego ta muzyka chyba już na zawsze kojarzyć będzie mi się z deską, żaglem, latem i wakacjami…

Pamiętam, jak zawładnął mną ten oryginalny sound Damona Albarna i jego Goryli, czyli niezwykłe połączenie elektroniki z gitarami i wokalami. Była to bodaj pierwsza płyta, która otworzyła mi głowę na brzmieniowe niuanse w muzyce, na smaczki produkcyjne. Za sprawą „Gorillaz” zaczęłam się zastanawiać, jak się robi muzykę, skąd się biorą takie, a nie inne dźwięki. Inna sprawa, że ten album w ogóle się nie starzeje, wciąż brzmi świeżo i aktualnie, dlatego mam go zawsze przy sobie…

Red Hot Chili Peppers – „Californication”, 1999

Kupiłam tę płytę chyba na tych samych zakupach, co „Gorillaz”. A może to było nieco później? Dziś już nie pamiętam… Ale ważniejsze jest chyba to, że to jeden z tych trzech moich ukochanych tytułów, które nadal są aktualne w całości – od „deski do deski”. Mam przecież takie krążki, na których są dwie lub trzy fajne piosenki, a resztę utworów po prostu pomijam. Tu mamy jednak do czynienia z przypadkiem płyty-monolitu. Skończonej całości. Ale jest też piosenka-perełka, czyli „Road Trippin’”, od której zaczynam każdą podróż, każde wakacje…

Björk – „Greatest Hits”, 2002

Kolejny album, który odkryłam jako nastolatka – zbiór największych przebojów islandzkiej wokalistki, której jestem wielką fanką. Björk nagrała ją dość wcześnie – raptem po czterech „dorosłych” płytach solowych. Pamiętam też, że do przygotowania tracklisty zaprosiła również fanów, którzy wybierali swoje ulubione piosenki. Mimo takiej różnorodności czy przekrojowości ten album jest w całości bardzo dobrze ułożony, konsekwentny i spójny.

Ktoś, kto będzie czytał moje zestawienie może odnieść wrażenie, że bardzo późno odkrywałam różne rzeczy. To prawda. Ale ja nie pochodzę z muzykalnej rodziny, w moim domu nie było kultury słuchania płyt, tak jak u innych koleżanek i kolegów z branży. Mój tata nie miał więc dyskografii Led Zeppelin, czy Niemena. Zawsze zazdrościłam koleżankom ze szkoły – tym mającym rodziców, którzy kupowali płyty i chodzili na koncerty. A one naturalnie przesiąkały tą pasją, „zarażały” się nawykiem słuchania muzyki…

Ja odkryłam dla siebie muzykę dopiero, kiedy zaczęłam jeździć sama na wakacje – czy to na obozy sportowe, czy też warsztaty jazzowe. Nauczyłam się jak słuchać analitycznie, rozkminiać jakie techniki grania czy śpiewu zostały użyte w danym utworze. I w tej edukacji chyba najważniejsze wokalnie było dla mnie rozkładanie na czynniki pierwsze głosu Björk. Co poniekąd zaowocowało miłością do muzyki innych wykonawców z Islandii.

Beyoncé – „B’Day”, 2006

Żeby nie było tylko alternatywnie to – zahaczając o mój wiek nastoletni – nie mogę nie nadmienić o Beyoncé, którą odkryłam w okresie fascynacji tzw. „czarną muzą”. Oczywiście wahałem się między Bee, a Erykah Badu, ale uznałam, że ta druga to jednak swojego rodzaju mistrzowska, choć jednak oczywistość. Taki pewnik – jeśli chodzi o muzyczne inspiracje moich koleżanek i kolegów z muzycznej sceny. Przecież każdy artysta woli pozować na osłuchanego – zwłaszcza w temacie bardziej ambitnych dźwięków (śmiech)…

A Beyoncé jest ewenementem i królową muzyki pop. I basta! Ona idealnie reprezentuje całą tę moją fascynację brzmieniami z pogranicza nowego soulu i R&B, gdzie jest miejsce zarówno dla Eryki Badu, jak i… Jennifer Lopez. Z nostalgią, ale też uśmiechem wracam do czasów, kiedy na klubowych parkietach modne były właśnie takie rytmy. Ależ fajnie się do nich tańczyło!

Jednak lata mijają, a Beyoncé nadal rządzi. Natomiast najchętniej wracam do jej wcześniejszego krążka „B’Day”, który jest eklektyczny – są tu zarówno dynamiczne utwory na mocnych bitach („Upgrade U”, „Déjà Vu”), ale też piosenki o soulowo-bluesowym korzeniu („Suga Mama”). Wspaniały album!

The Beatles – „Rubber Soul”, 1965

Nie wyobrażam sobie tej listy bez Beatlesów. Choćby dlatego, że cały czas słucham ich, wracam do nich i odkrywam na nowo. Ale tak jak powiedziałam, że dorastałam w mało muzycznej rodzinie, to jednak kasety Beatlesów były w moim domu.

Tu nie odkryję Ameryki, bo dziś czwórka z Liverpoolu to klasycy – archetyp rockandrollowego grania z hippisowskim sznytem. Ocean inspiracji, więc nic dziwnego, że wielu artystów inspiruje się nimi. Nikt też chyba nie miał tylu wspaniałych ballad co oni. I może dlatego „Rubber Soul”, ale też inne ich tytuły, to był mój osobisty soundtrack ostatnich wakacji. A były bardzo… camperowe – ze spaniem pod gwiazdami, nad jeziorem czy w lesie. Ale takie vintage’owe granie znakomicie „smakuje” również zimą – w domu, przy kominku. W takich okolicznościach słucham właśnie teraz Beatlesów i wciąż odkrywam w ich graniu coś nowego. Lubię też wreszcie „Rubber Soul” za „Michelle” – chyba moją najbardziej ukochaną balladę miłosną…

Iggy Pop – „New Values”, 1979 / Tom Waits – „Frank Wild Years”, 1987

Iggy i Tom. Łączę ich razem, bo – choć znałam ich wcześniej – to moja miłość do nich zaczęła się od fascynacji Jimem Jarmuschem i jego twórczością. W filmie „Kawa i papierosy” Pop i Waits palą, piją kawę i gadają sobie o muzie. Tu połączyły się trzy moje wielkie miłości – film, muzyka i dobra gadka.

Tom Waits pokazał mi, jak ważny jest przekaz w śpiewaniu. To było w czasach, kiedy odcinałam się powoli od śpiewających pań w stylu Beyoncé i zmierzałam w kierunku Damiena Rice’a i songwritingu. Przecież nigdy nie byłam i nie będę osobą, która ma 4 oktawy! Dlatego to muzyczno-filmowe spotkanie na szczycie, u Jarmuscha, otworzyło mi oczy! Zrozumiałam, że nie muszę być perfekcyjna technicznie – bo najważniejszy jest duch i tekst. Jak natchniona zaczęłam więc pisać własne rzeczy. Pootwierałam się na dźwięki paradoksalnie dzięki kolesiowi, który wchodzi na scenę i… charczy. I tym charczeniem skrada serce nastolatce (śmiech). Zwłaszcza piosenką „Temptation” z krążka „Frank Wild Years”. Znałam już wcześniej ten tekst z interpretacji Diany Krall, ale Tom rozpierdolił ten numer na drobne kawałki! Słuchając tego czułam, że moje ciało wręcz wpada w drgania, całe wibruje…

A Iggy Pop to wiadomo – łobuz. Punkowiec, wolny duch. Dlatego też często gubił się w życiu i swojej twórczości, jak w latach 80., kiedy złapał jakiś odpał na syntetyczne granie. Najbardziej kocham go tego autodestrukcyjnego okresu z końcówki lat 70., a już najbardziej z szaleństwa, jakie prezentował na „New Values”.

PJ Harvey – „Let England Shake”, 2011

Znałam ją jakby od zawsze, ale tak naprawdę odkryłam magię PJ bardzo późno. Kiedy 3-4 lata temu byłam na etapie piosenek na album „Gonić burzę” to właśnie Harvey i brzmienie jej płyty „Let England Shake” było dla mnie dźwiękowym kompasem. Oczywiście wyszło – jak zwykle! – inaczej. Tak zdarza się, kiedy inspiracja zostaje przefiltrowana przez Twoją duszę…

Są tu gitary, takie jak lubię, czyli rozmyte. I ten misz-masz utkany z brudnych dźwięków. A wreszcie wokal na pogłosie – kiedy tego słuchasz, to aż targa całym ciałem!

Françoise Hardy – „Tous les garçons et les filles”, 1962

Uwielbiam muzykę francuską, również współczesną. Podoba mi się, że i dziś twórcy znad Sekwany nie odchodzą daleko od tej swojej firmowej „smuty”, od tego romantycznego pierwiastka, który był w utworach Bardot, Aznavoura, ale jest dziś w muzyce grupy La Femme, ale też Charlotte Gainsbourg, która kontynuuje to, co robili jej rodzice. Lubię ten zmysłowy, czasem nierealny klimat. I to, że ten ich „rokendrol” jest subtelny, a gitarki takie delikatne.

Właśnie takie brzmienia były inspiracją dla mojej nowej płyty „Koniec wakacji” – w trakcie jej pisania słuchaliśmy z producentem Kubą Karasiem z The Dumplings sporo takich utworów, a już zupełnie skradła nam serca finałowa piosenka Françoise Hardy z filmu „Kochankowie z Księżyca”.

Alexandra Savior – „Belladonna of Sadness”, 2017

A teraz (wreszcie!) coś świeżego. Ale mocno w klimatach retro, z tym francuskim sznytem, na tej samej wrażliwej nucie… Słuchając Alexandry miałam wrażenie, że obcuję z czymś może nie starym, ale na pewno starszym, niż muzyka z 2017 roku. Oto więc „nowa”, bezczelna, wspaniała dziewczyna, która pięknie i uczuciowo śpiewa french rock. I choć wokal ma subtelny, to w ciężkich, mocnych tekstach w ogóle się nie certoli!

A zarazem nadal jest to wszystko kobiece. No i ta gitarowa, „bitlesowska” gitara w mariażu z syntetycznymi bębnami! Właśnie w taki sposób na „Końcu wakacji” chciałam tego dzikusa we mnie połączyć z elektroniką, którą najlepiej w Polsce robi właśnie Kuba Karaś. Chciałam zetknąć ze sobą te światy – a ona, Alexandra Savior, była tego katalizatorem…

Mariah Carey – „Merry Christmas”, 1994

A teraz bonusik, taki zimowy, bo za chwilę Święta. A skoro one, to nie mogę wspomnieć o płycie, którą zawsze, ale to zawsze rozpoczynam okres świąteczny. I to jest takie moje osobiste guilty pleasure.

Uwielbiam Mariah i kocham jej „Merry Christmas” – płytę, która w ogóle się nie starzeje. To są najlepsze świąteczne piosenki jakie kiedykolwiek powstały. I nic ich nie przebije. No może poza „Last Christmas” (śmiech). Dlatego właśnie – prócz polskich kolęd czy bigbeatowych pastorałek Święta kojarzą mi się właśnie z takim anglosaskimi, soulowymi piosenkami bożonarodzeniowymi.

A widzieliście książeczkę do tej płyty? Przecież Mariah w tej stylizacji jest najpiękniejszą Mikołajką na świecie! Jeśli kiedyś nagram podobny album, to też sobie sprawię taki strój i zrobię takie zdjęcia (śmiech)!

Wysłuchał: Artur Szklarczyk

Polecane


Share This