>

10 najważniejszych płyt: Daniel Spaleniak

Pochodzi z Kalisza, ma zaledwie 26 lat, a jego muzykę zna cały świat.

2019.10.15

opublikował:


10 najważniejszych płyt: Daniel Spaleniak

fot. mat. pras.

Pochodzi z Kalisza, ma zaledwie 26 lat, a jego muzykę zna cały świat. A zwłaszcza serialomaniacy, którzy uwielbiają np. produkcje stacji Netflix i Hulu. Dźwięki stworzone przez Daniela Spaleniaka – bo o nim mowa – słychać w takich serial, jak m.in. „Ozark”, „Sekta”, „Elementary”, „The Path”, „Shut Eye”, „Good Behavior”, „The Royals”, „Unreal” czy „Youth & Consequences”. Jego ilustracyjna muzyka – powstała na styku post-rocka, nowej kameralistyki, a nawet akustycznego ambientu – wypełnia cztery jego autorskie płyty, z których najnowsza – „Burning Sea” – ukazała się w lutym tego roku. Jeśli lubicie nieoczywiste, ale piękne i intrygujące granie, to muzyka Daniela was zachwyci.

Specjalnie dla cgm.pl Daniel wybrał – naszym zdaniem fantastyczny, bardzo „klasyczny” i pełen „killerów” – zestaw swoich ulubionych płyt. A przy okazji powiedział nam, że pracuje intensywnie nad nowym albumem, który ukaże się w przyszłym roku. – Dodatkowo robimy wspólną płytę z Tomkiem Mreńcą. Na razie jednak nie wiadomo, kiedy będzie jej premiera. Ale mogę zdradzić, że płyta będzie inspirowana muzyką filmową – mówi Daniel.

The Beatles – „Abbey Road”, 1969

Beatlesów nikomu chyba przedstawiać nie muszę. Uwielbiam ich odkąd byłem dzieciakiem i nieustannie do nich wracam. A „Abbey Road”… Nie wiem nawet jak mam wyrazić to co czuję słuchając tej płyty! Tutaj zawarte jest wszystko to za co kocham Beatlesów – niesamowite brzmienia, przepiękne harmonie, zaskakujące kompozycje. Płyta jest wspaniale wyprodukowana, (czasami trudno nawet uwierzyć jak dobrze), dzięki czemu broni się do dziś, a przecież od jej nagrania minęło właśnie 50 lat!

Radiohead – „In Rainbows”, 2007

Na tą płytę trafiłem kiedy byłem w ogromnym dołku… I szczerze mówiąc – dzięki temu, że leciała zapętlona w moich słuchawkach 24h na dobę – dałem radę się podnieść. „In Rainbows” zawdzięczam wiele. Album ten jest dla mnie osobnym światem, w który się zanurzam i nie chcę z niego wyjść. Utkana z małych detali i precyzyjnie wyprodukowana, płyta ta jest przykładem tego, jak pomysłowo podejść do aranżacji, a jednocześnie nagrać album niesamowicie „chwytliwy”.

The Beach Boys – „Pet Sounds”, 1966

„Pet Sounds” to kolejny na tej liście przykład płyty kompletnej. Wydana rok przed „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” Beatlesów, przygotowuje grunt pod to, co planują dla nas Lennon i spółka. Jednak płyta Briana Wilsona jest czymś zupełnie innym. Jest dużo bardziej przystępna, melodie bardziej chwytliwe, na czele z jednym z najpiękniejszych utworów w historii muzyki rockowej, czyli „God Only Knows”. Słuchając tej płyty mamy do czynienia z dziełem wybitnym – nie bez powodu „Pet Sounds” zajmuje drugą pozycje na liście najlepszych płyt wszech czasów według magazynu „Rolling Stone”.

Nick Cave and The Bad Seeds – „Push the Sky Away”, 2013

Do momentu wydania tej płyty twórczość Nicka Cave’a i jego zespołu znałem dość wybiórczo. Od czasu do czasu trafiałem na utwór, który mi się podobał, jednak nigdy nie potrafiłem się w tej muzyce całkowicie zatracić. Kiedy na rynku pojawił się album „Push the Sky Away” zostałem dosłownie zmieciony z powierzchni ziemi. Album ten jest dowodem na to, że czasami minimum środków wystarczy, aby rozbić bank.

Nils Frahm – „Encores 1”, 2018

„Encores 1” to moje pierwsze zetknięcie z Nilsem Frahmem (obecnie, co mnie samego zaskoczyło, mam 6 jego winyli, a moja kolekcja wcale duża nie jest). Trudno wyrazić słowami jak bardzo zachwyciła mnie ta epka. Płyta towarzyszyła mi w pierwszych miesiącach po przeprowadzce do Warszawy. Był to dla mnie czas pełen sprzecznych emocji. Nadzieja na nowe łączyła się ze smutkiem za tym, co minęło. Był to czas pięknej melancholii, a muzyka Frahma łączyła w sobie wszystkie te emocje w zupełnie niezwykły sposób.

Warhaus – „We Fucked a Flame Into Being” i „Warhaus”, 2016/2017

Ciężko o muzykę, która byłaby bardziej cool. Chyba to samo mogę powiedzieć o jej twórcy –
Marteenie Devoldere. Razem z wokalistką Sylvie Kreusch (pojawia się na obu płytach gościnnie, ale tak naprawdę stanowi immanentną część Warhaus), tworzą niesamowicie charyzmatyczny i uwodzicielski duet. Z głośników wylewa się namiętność, a my czujemy się jak zahipnotyzowani uczestnicy flirtu. Piękne uczucie.

Simon & Garfunkel – „Sound of Silence”, 1966

I znowu wracamy do roku 1966. Aż trudno uwierzyć, ile w tym czasie powstało legendarnych albumów! Jednym z nich jest właśnie „Sound of Silence”. Songwriterski popis duetu Paul Simon & Art Garfunkel do dzisiaj zachwyca pięknem folkowych melodii i prostotą aranżacji. Nie wiem dlaczego obecnie tak często narzeka się na krótkie albumy? Ja osobiście je uwielbiam, a ten 28 minutowy „strzał” jest dowodem na to, że czasami mniej znaczy więcej.

Devendra Banhart – „Mala”, 2013

Myślę, że „Mala” to najbardziej intymna, emocjonalna i szczera płyta Devendry Banharta. Nastrojowa, pełna emocji, delikatna, formalnie oszczędna, a zarazem tak intensywna, wzrusza mnie za każdym razem, kiedy jej słucham.

John Lennon – „Imagine”, 1971

Na tym albumie Lennon w bardzo bezpośredni sposób mówi nam, co myśli o otaczającym go świecie. Prowokuje i wymierza ciosy z jednej strony. Z drugiej natomiast wyznaje miłość i przyznaje się do swoich słabości. Nie przepadam za zbytnią dosłownością w tekstach, ale akurat w tym wypadku kupuję to w całości. Muzycznie jest podobnie – jest blues, jest rock’n’roll, nie ma zbędnych kombinacji czy nadmiernie rozbuchanej produkcji. Ma być prosto i szczerze, do bólu. No i to działa.

Bob Dylan – „Highway 61 Revisited” i „Bringing It All Back Home”, 1965

Przyznam szczerze, że miałem ogromny problem z wyborem, którą z tych płyt lubię bardziej, więc zwyczajnie poddaję się i stawiam je tu razem (podobnie kilka pozycji wcześniej zrobiłem z Warhaus). Zdziwiłem się też bardzo, że obie te genialne płyty wyszły w jednym roku. W tych czasach taki zabieg byłby już niemożliwy. Ale nie w latach 60.! Tak więc po pięciu miesiącach od wydania pierwszej „elektrycznej” płyty (która doprowadziła do wściekłości większość fanów Dylana), dostajemy „Highway 61” – jedną z najlepszych płyt w historii muzyki rockowej. Dla mnie oba te albumy są genialne i zwykle słucham ich jeden po drugim, np. jadąc gdzieś daleko autem. Jak bardzo banalne by to nie było, to robię to z wielką przyjemnością….

Oprac. A. Szklarczyk

Polecane