10 najważniejszych płyt: Kasia Lins

Artur Szklarczyk: "Tak wspaniałej selekcji naprawdę się nie spodziewałem"

2018.08.06

opublikował:


10 najważniejszych płyt: Kasia Lins

foto: archiwum prywatne Kasi Lins

Ambitna, poszukująca, nieoczywista wokalistkapisałem w lutym br. o Kasi Lins w recenzji jej znakomitego albumu „Wiersz ostatni”. Dlatego ucieszyłem się ogromnie, kiedy Kasia przyjęła zaproszenie do cyklu „10 najważniejszych płyt”. Znając twórczość i muzyczny gust naszej kolejnej bohaterki, byłem spokojny o poziom tego zestawienia – wiedziałem, że to będzie bardzo dobry zestaw. Ale tak wspaniałej selekcji naprawdę się nie spodziewałem!

Płyty ułożyłam w kolejności przypadkowej, każda z nich wywarła na mnie bezpośredni wpływ – na różnych etapach mojego niedługiego życia – zaczynając od wieku szkolnego, kończąc na kilku miesiącach wstecz. Melancholia, mrok, dym, erudycja, bluesowa surowość i wrażliwość. To czuję, tego szukam… Jednak z racji zredukowania liczby płyt do dziesięciu, ograniczyłam swój wybór do muzyki wokalno-instrumentalnej, pomijając wszystkie wpływy klasyczne oraz jazzowe, które odegrały ogromną rolę w kontekście mojego muzycznego rozwoju i wrażliwości.

Fiona Apple – „When the Pawn…”, 1999

Fiona to moja ikona, artystka niezłomna. Na każdą płytę każe czekać kilka lat, ale zawsze daje gwarancje jakości, muzycznej i lirycznej doskonałości, uczuciowości i szczerości. Nieprzeciętna songwriterka z bardzo indywidualnym kompozytorskim i interpretacyjnym stylem. Można by ją sportretować milionem epitetów najwyższej próby, ale chyba to co urzeka mnie w niej najbardziej to fakt, że od początku swojej kariery konsekwentnie nie mizdrzy się do słuchacza, pisząc piosenki, nie będące wynikiem jakiejkolwiek kalkulacji. Przez to zawsze pozostaje lekko w cieniu sławy, a to z kolei pozwala jej zachować autentyczność i uniknąć presji spełniania oczekiwań.

 

Joni Mitchell – „Night Ride Home”, 1991

Pamiętam moment, w którym zostałam obdarowana swoim pierwszym fizycznym egzemplarzem płyty Joni Mitchell. To był dzień obrony pracy magisterskiej, a sprezentował mi ją nasz niezastąpiony wykładowca historii jazzu. Mimo, że już wcześniej lubiłam poszczególne piosenki Joni, dopiero ten moment sprawił, że zagłębiłam się w jej obszerną dyskografie. Teraz jestem posiadaczką całej kolekcji, którą regularnie odtwarzam, ale miejsce szczególne zajmuje z pewnością płyta „Night Ride Home”, czyli ta, od której zaczęła się moja jednostronna przyjaźń z tą wybitną songwriterką.

 

Stevie Wonder – cała twórczość

Wychowałam się na dźwiękach Steviego, poczynając od jego nastoletniej twórczości z lat 60., kończąc na ostatniej płycie, której zapewne słuchałam już w sentymentu. Jego talent, przenikliwość, wrażliwość, fraza, barwa to objaw geniuszu, którym to geniuszem niewątpliwie jest. Takie talenty, jak Stevie czy Michael Jackson nie pojawią się szybko na tej małej planecie…

 

Alicia Keys – „Songs in A minor”, 2001

Muzykę Alicii poznałam zaraz po wydaniu jej pierwszego singla, kiedy byłam jeszcze w szkole podstawowej. Pamiętam, że chodziłam na przerwach z walkmanem i kazałam wszystkim rówieśnikom słuchać płyty „Songs in A minor” tłumacząc, które frazy w danej piosence są istotne. I w którym momencie powinni się szczególnie skupić. Myślę, że pierwsze płyty Alicii były doskonałym wzorcem dla grającej na pianinie i śpiewającej 11-latki – będącej na etapie rozwijania swojej muzycznej wrażliwości. To ona zaszczepiła we mnie miłość do bluesa i soulu, bo potrafiła go podawać w bardzo przystępny sposób – co szczególnie istotne w kontekście mojego ówczesnego wieku.

 

Erykah Badu – „Baduizm”, 1997

Ta pani ma specjalne miejsce w dziale zasług dla mojego muzyczno-lirycznego rozwoju, a płyta „Baduizm” jest dla mnie albumem szczególnym. Nie tylko ze względu na wybitną treść i innowacyjne rozwiązania aranżacyjno-melodyjne. Ten album wprowadził mnie do świata Eryki Badu i pozwolił spojrzeć na piosenkę jako na kompozycje z otwartą formą, improwizowaną frazą i treścią, która to treść ma wartość równorzędną z muzyką. Pionierska płyta otwierająca nurt dla gatunku zwanego neo-soulem. Dziś klasyka.

 

Trixie Whitley – „Fourth Corner”, 2013

Trixie to wokalistka, instrumentalistka, songwriterka i autorka tekstów. Zanim wydała pierwszą solową płytę długogrającą, była częścią rock-soulowej grupy Black Dub. To chyba dzięki Trixie zwróciłam się ku gitarowym brzmieniom, osadzając piosenki w prostszym biciu – przełamanym kołyszącą linią wokalu. Ultra-zdolna, bezkompromisowa artystka, w której muzyce wyraźnie słychać wpływ korzennego rocka, soulu i bluesa. Jest surowo, melancholijnie, emocjonalnie i mrocznie. Zestaw idealny.

 

Amy Winehouse – „Frank”, 2003

Wpływ Amy na moje pokolenie jest bezgraniczny. Fascynacja postacią, którą wykreowała Winehouse, nie ominęła również mnie. Pominę opisywanie jej talentów wokalno-scenicznych jak i cech osobowościowych czy charyzmy, bo chyba każdy zdaje sobie z nich sprawę. Amy była wielka i mimo rozlicznych prób jej naśladowania, które często obserwuję, pozostanie niezastąpiona. Dla mnie szczególne znaczenia ma jej pierwszy album długogrający, czyli „Frank”, który otworzył mi drzwi do poznania świata jazzu.

 

Billie Holiday – „Lady in Satin”, 1958

Mistrzyni opowiadania historii i jeden z najbardziej rozpoznawalnych głosów świata jazzu i bluesa. Lady Day – jak nazywano Billie Holiday – najczęściej poruszała tematykę narkotykowo-alkoholową, opowiadała o swoich rodzinnych dramatach, tragediach dzieciństwa, rasizmie który dotykał jej bezpośrednio, a który w czasie rozkwitu jej popularności przeżywał akurat swój renesans. Myślę, że nawet jeśli przekaz werbalny nie byłby z jakichś względów dla kogoś zrozumiały, to siła wyrazu Billie jest na tyle przenikliwa, że rozkuwa serca nawet tych najbardziej emocjonalnie-opornych słuchaczy.

 

David Bowie – „Blackstar”, 2016

To dość przekorna sytuacja, ale Bowiego zaczęłam słuchać od „Blackstar”, jego ostatniej płyty. Dopiero ten rodzaj emocjonalności, która wręcz wylewa się z tych przedśmiertnych pieśni sprawiła, że zechciałam zagłębić się w jego poprzednie albumy. „Blackstar” to płyta wybitna w całości, zarówno w warstwie muzycznej jak i tekstowej. Przesłuchana przeze mnie dziesiątki razy, a wciąż tajemnicza. Mocno improwizowana i eksperymentalna, dzięki czemu zapewne wciąż do okrywania i interpretowania na nowo. Ważna dla mnie ze względu na jej odważną formę tj. improwizacje zachowujące kształt piosenki i ciężki, mroczny charakter.

 

The Smiths – „The Queen is Dead”, 1986

Klasyka, która zadziałała na mnie stosunkowo niedawno, a od której nie mogę się już uwolnić. Można powiedzieć, że Morrissey uzależnił mnie od siebie, a zrobił to w idealnym czasie – kiedy rozpoczęłam pisanie tekstów na kolejną płytę. Chyba na lepszego mentora nie mogłam trafić.

Opracował: Artur Szklarczyk

Polecane


Share This