„Dawno żaden tekst mnie tak nie zirytował” – polemika do felietonu o laptopach na scenie

Materiał nadesłany przez czytelnika cgm.pl.

2016.01.04

opublikował:


„Dawno żaden tekst mnie tak nie zirytował” – polemika do felietonu o laptopach na scenie

W tym tygodniu w ramach cyklu „wasz.txt”, w którym udostępniamy nasze łamy Czytelnikom, pojawił się tekst Łukasza Kowalczyka „Laptopy na scenie” . Felieton doczekał się polemiki nadesłanej nam przez Piotra Markowicza. Dawno żaden tekst mnie tak nie zirytował – napisał do nas Piotr. Poniżej jego odpowiedź na felieton Łukasza Kowalczyka.

Łukasz Kowalczyk napisał tekst o tym, jak wyobraża sobie granie elektroniki na żywo. Przy okazji wykazał się niewiedzą, której niestety nie raczył rozwiać przed napisaniem tekstu.

Wciskanie „play” na laptopie oczywiście jest oszukiwaniem publiczności. Publika, bądź co bądź, oprócz zobaczenia swojego idola liczy też, że nie odtworzy swojego utworu, ale będzie ingerował w jego obraz, edytował brzmienie, układ, tak, by oddać nastrój chwili.

Łukasz niestety zapomniał, że wciśnięcie „play” na dowolnym urządzeniu elektronicznym do tworzenia muzyki jest możliwe od jakichś dwudziestu lat. Dałoby się to zrobić na zabytkowej empecetce 2000 albo innym dowolnym syntezatorze z funkcją aranżu z tamtych lat. Kolejny utwór wymagałby kolejnej dyskietki, ale to właściwie wszystko, co musiałby uczynić muzyk obsługujący dane urządzenie.
Mimo to Łukasza nie dziwi widok syntezatora na scenie i z marszu zakłada, że muzycy grają na żywo. Na marginesie – te pytania są jeszcze starsze. Już John Cage i inni
przedstawiciele muzyki eksperymentalnej wnosili na sceny radia,
magnetofony szpulowe czy gramofony. Czy oni „grali”, czy tylko
„odtwarzali”?

Wracając do tekstu – nie bardzo rozumiem, dlaczego brzmienia wypuszczane z laptopa mają się mijać z istotą muzyki? Żeby to uargumentować, Łukasz musiałby jakoś sprecyzować, jak wyobraża sobie pracę z laptopem. Niestety, nie raczył tego zrobić. Jeżeli do komputera podłączy się klawiaturę sterującą, to laptop staje się w tym momencie po prostu syntezatorem (w uproszczeniu). Jeśli pady w stylu MPC – staje się samplerem. Jeśli przepuszcza się przez niego sygnał – staje się multiefektem. Może też być wszystkim po trochę, bo dlaczego nie? Podejrzewam, że Łukasza nie przeraża widok gitarzysty grającego z multiefektem, natomiast producenta elektroniki z komputerem jako multiefekt – już tak.

 

„Komputerowy soft, pomimo, że już bardzo rozwinięty, nigdy nie zastąpi prawdziwego instrumentu” – pisze Łukasz. Znów jest to błędny argument, ponieważ muzyka elektroniczna nie próbuje „zastępować prawdziwego instrumentu”. „Komputerowy soft” (a właściwie elektronika) wykształcił własne środki wyrazu, do tego tak mocno zakorzenione w muzycznym mainstreamie, że nie trzeba się ścigać z „prawdziwym instrumentem”.

Łukasz popełnia więc kuriozalny błąd – ocenia muzyków poprzez to, jakich narzędzi używają. Przypomina to trochę głosy sprzed trzydziestu-czterdziestu lat, że muzyka elektroniczna nie jest prawdziwą muzyką, że jest pozbawiona duszy i tak dalej. Dzisiaj takie zdanie wywołałoby w odpowiedzi raczej uśmiech politowania niż realną dyskusję.

Zresztą, już samo rozróżnienie na instrumenty „prawdziwe” i „nieprawdziwe” wywołuje uśmiech na twarzy. Czy Beatlesi albo Pink Floyd używający taśmowych pętli korzystali w tym momencie z instrumentu „prawdziwego” czy „nieprawdziwego”? A jeśli pętle taśmowe są akceptowalne i koszerne – to dlaczego nie samplery? A jeśli samplery – to dlaczego nie komputery?

Współczesna muzyka ma już cały poczet uznanych, klasycznych płyt, na których nikt zagrał ani jednego dźwięku. Wszystkie dźwięki zostały wysamplowane. Czy te płyty są one mniej „prawdziwe” od muzyki zagranej przy pomocy instrumentów sprzed 60-70 lat?

Wracamy do punktu wyjścia – tak naprawdę o jakości koncertu decyduje to, na ile muzyk decyduje się „przetworzyć” swoje dotychczasowe dzieło, tak, by oddać emocje publiki lub też oddać emocje publice.

„Problem polega na tym, że młodzi muzycy dostają za dużo komputerów, a za mało instrumentów” – powiedział weteran sceny i rzeczywiście trochę tak jest. Zawsze zrozumienie zasad muzyki i umiejętność korzystania z wybranego instrumentu pozwala szybciej, prościej przekuwać swoje pomysły w utwory. Pozwala improwizować, samemu bądź z innymi.

Z drugiej strony żyjemy w pięknych czasach, w których każdy młody człowiek ma zaawansowane urządzenie do tworzenia muzyki w swoim domu. Może na nim tworzyć, aranżować, remiksować i od razu dzielić się ze światem swoją twórczością. Dwadzieścia lat temu tak nie było i może to trochę gubić „weterana sceny”. Nic dziwnego więc, że młodzi, zdolni muzycy wynoszą na scenę swoje pierwsze instrumenty – komputery.

Polecane

Share This