Rok po premierze „Wojtka Sokoła” – rap literatura o sobie i Polsce

Marcin Flint sprawdza, czy "Wojtek Sokół" wytrzymuje próbę czasu.

2020.02.18

opublikował:


Rok po premierze „Wojtka Sokoła” – rap literatura o sobie i Polsce

fot. P. Tarasewicz

Właśnie minęło dwanaście miesięcy od premiery jednej z najgłośniejszych płyt 2019 roku. Dała jakość, odróżniła chłopców od mężczyzn. Poniżej o tym dlaczego można jej nie lubić, ale trzeba szanować.

15 lutego to dla wielu przede wszystkim kac po winie i wyrzut sumienia po rachunkach z kwiaciarni oraz restauracji, opłaconych na fali walentynkowej euforii. Ale sentymentalni fani hip-hopu opłakują wtedy śmierć jednego z najzdolniejszych nowojorskich adeptów mikrofonowej sztuki, upamiętnioną w Polsce wersami Ostrego: „15 lutego 1999, miałem 19 lat i rap zginął z Big L’em”. Undergroundowi kolekcjonerzy, przynajmniej ci z patriotycznym zacięciem, zdmuchują kurz z płyt Synów, Mady (Zetenwupe/WCK), Dużego Pe i Michała Kisiela, krążków obchodzących wówczas swoje rocznice wydania. W 2019 do puli związanej z tym dniem dołączyło jeszcze jedno wydarzenie do pamiętania. A że hip-hop uciekł daleko od postaci, w jakiej Big L byłby go w stanie rozpoznać, można mieć wrażenie, że to ono będzie w następnych latach wymieniane jako pierwsze. 15 lutego premierę miał bowiem w końcu pierwszy, samodzielny długograj Sokoła.

Na to solo czekano 20 lat wcześniej, jeszcze w czasach Zip Składu. Już wtedy było dobrze słychać, że raper wybija się głosem, plastycznością wywodu, charyzmą, ale lepiej było nie mówić tego za głośno w prawilnym towarzystwie. Wiadomo, ekipa, kolektyw, nikt gorszy, nikt lepszy, gwiazdy to na plakatach, a liderzy – w wieżowcach lśniących w słońcu. Zresztą solowy numer na „Chlebie powszednim” miał akurat Fu, nie Sokół – ten drugi w pojedynkę zrobił tylko jeden z bitów. Następnie pochłonęło go WWO, jedno z zipowych ogniw, w którym dzielił mikrofon z Jędkerem. No, nie zawsze, bo już na debiucie z 2000 r. „Desiderata” była tylko jego. Podobnie singlowy, pochodzący już z następnego krążka i opatrzony spektakularnym jak na tamte lata klipem „Sen”. Cóż, należy średnio elegancko zauważyć, że Emade, Eldo, Vienio z Pelem czy 15 minut Projekt zapraszali w tamtych czasach wyłącznie Sokoła. On zaś pracował na wspólny brand. Jeden z najsłynniejszych numerów sygnowanych nazwą grupy, uświetnione piętrową, wielowątkową narracją „Każdy ponad każdym” nawinął na podkładzie White House’u w pojedynkę. Nic jednak dziwnego w tym, że kolejne (i zarazem ostatnie) WWO z 2005 r. to podwójna płyta zrobiona tak, żeby każdy raper miał swoją. To było takie „razem, a jednak osobno”, jak Outkast (ale jakże inaczej). Potem przy dwóch płytach TPWC (kolejne ogniwo) było dla odmiany „osobno, niemniej razem”, tym wspólnie z Pono. Dalej to już względnie świeże historie, ta czarno-biała z Marysią Starostą, żeniąca życie prywatne z zawodowym, opowiadana na dwa różne sposoby i ta z Hadesem, łącząca kulturę wysoką z niską, różewiczowska, dla Narodowego Centrum Kultury. Dopiero niespełna miesiąc przed 42 urodzinami raper zdecydował się wreszcie wziąć pełnię odpowiedzialności za album. Wydał go nawet we właściwie nieaktywnym już wydawniczo Prosto.

Sentyment? Na pewno. Bo nawet jeśli sentymenty mają u Sokoła formę blizn, to i tak nie sposób od nich uciec. Wojtek nie ma złudzeń co do tego, co było, jest i będzie. Niewiele u niego wiary w człowieka, więcej wydaje się przekonania, że gatunek ludzki deewoluuje, zawsze był nikczemny, jest za to coraz głupszy. On to reżyser, bez specjalnej sympatii do aktorów skacze po osi czasu tej sztuki od scenografii do scenografii. Od szarości bloków nastawianych przez „czerwonych”, do świńskiego różu i „internaziomalskiej” pistacji. Od czerni i ecru pierwszych WWO do obecnego „pantone silver i warm red”. Od sztucznego złota do eskimoskiej bieli, tej, od której można oślepnąć. Z perspektywy właściciela butów Jimmy Choo i użytkownika wanny w hotelu Shangri-La opowiada trochę o czasach, w których symbolem luksusu były mu Corona i łosoś do kanapek. Pisze swój warszawski bedeker pochylonym pismem, z całym tym przaśnym noir przeobrażającej się Polski w tle, przy czym jednak zawsze stylowo. Z jednej strony Pejzaż opakuje mu wąsy i łysinę Zauchy w najmodniejsze, nostalgiczne opakowanie. Z drugiej z przyszłości przyleci Hewra z własnym producentem i własnym kawałkiem kosmosu, za to bez skarpetek, klapków i pluszu.

Tu zgredy, tam małolaty, a gdzieś pomiędzy słuchany przez obydwa obozy Sokół, z uchem na przeszłość, okiem na przyszłość i świadomością, że tu i teraz trwa bankiet, na który zresztą napada z Taco Hemingwayem i PRO8L3Mem. Nawiasem mówiąc, nie miałem do „Napadu na bankiet” przekonania – najsprytniejszy wydawał mi się w nim tytuł, humor odbierałem jako wysilony, niewybredny, slapstickowy. Teraz, abstrahując już od tego, że wersy na temat „lokalnych Travisów Scottów” wydają mi się celniejsze niż kiedykolwiek, odkąd pojawiły się wyniki udowadniające, że taką muzykę mógłby robić i pisać komputer, to postrzegam ten kawałek jak deklarację. To jest połączenie sił gości, który przedkładają jakość nad „chybił trafił”. Owszem, można zrobić koncert z mniejszych rozmachem, klip nakręcić taniej, okładkę i mastering załatwić po znajomych. Ale te typy nie chcą tego robić, spierają plamę bylejakości z rapu, chcą ekskluzywności.

Jaka jest płyta 2019 roku? – z głupia frant zapytał mnie kumpel pod koniec stycznia. Odpisałem mu bez zawahania: – Sokół. Jest mega skomponowany, to <książkoalbum>. Nigdy nie był tak równy. Ja wybierając numery roku uwzględniałem „Pluszowego”, „Za ręce”, „Hybrydę”, „Pomyłkę”, ‚Sprytnego eskimosa”, a zostaje przecież jeszcze „Z tobą”, „Koniec gatunku”, „Nie da na da”, „MC Hasselblad”. Bez pudła to jest bitowo, tekstowo, koncepcyjnie. Allschool. – To inaczej w takim razie, co cię trafiło najbardziej, bez obiektywizmu i porównań, po ludzku? – dociekał kumpel. I wtedy dopiero przyznałem, że Koza i Miętha, czyli ryzykowny eksperyment oraz materiał bardzo muzyczny, taki do zapętlenia, nienudzący się. To jednak nie tym płytom, a „Wojtkowi Sokołowi” wystawiłem 10/10. Wcześniej zdarzało mi się to rzadko i zawsze po roku przychodziły pierwsze wątpliwości – czy aby „dycha” dla „Nawiasem mówiąc” nie jest dla Łony i Webbera taką „oscarową”, bezpieczną nagrodą za całokształt, czy „Wilk chodnikowy” Bisza, na którym jest mnóstwo takich sobie bitów i średnie brzmienie, nie trafił po prostu w wyjątkowy moment mojego życia, nie spoił się ze mną, czy „CKCUA” Eldo to nie był laur na wyrost, za rozmach, koncept i niedosłowność? I tu jest paradoks, bo maksymalnej oceny dla Wojtka jestem akurat zupełnie pewny. A zarazem spośród tych wszystkich wymienionych krążków, ten jego najmniej lubię.

Cała ta płyta to produkt, którego możesz tak po ludzku, subiektywnie nie lubić, ale musisz go uszanować, bo obiektywnie niczego mu nie zarzucisz. To markowa marynarka w świecie gówniarzy próbujących wszędzie wbić na przypał w krótkich spodenkach. Może to wydawać się ciut bezduszne, bo tu wyrugowano przypadek, czatowanie na farta. Jeżeli na „Wojtku Sokole” pojawia się dajmy na to Magiera, to nie ze względu na starą znajomość z czasów drugiego WWO, a dlatego, że jest w sztosie i jak na zawołanie dostarczy dobrych, nieanachronicznych numerów. Dla mnie najważniejszym materiałem promocyjnym po płycie jest ten dla „Estrady i Studia”. Nie przeczytasz tam pijackich historii, anegdotek. Przeczytasz za to, że brzmienie jest „pełne, nasycone, ale bez nieprzyjemnej, jaskrawej góry, tak powszechnej na większości utworów z list przebojów”, dowiesz się o „długich, eleganckich przesterach” i „pełnopasmowym wokalu z bogatym dołem”.

Ewentualnych przeciwników albumu prosto sterroryzować liczbami z podsumowań roku. „Wojtek Sokół” był pierwszy według CGM Rap Podcastu, drugi w Newonce, trzeci według Interii i w rocznym rankingu sprzedażowym OLiS, jednym z pięciu w rapowych nominacjach do „Fryderyka”, szósty w plebiscycie „Wyborczej”, dziesiąty w autorskim zestawieniu opublikowanym przez „Politykę”. Poza CGM-em i rzecz jasna „Fryderykami”, wszystkie te rankingi są gatunkowo otwarte. To ważne, bo rap po tych wszystkich latach nadal jest dla krytyków hermetyczny i trudno mu imponować. Tu się udało.  – Dostaliśmy Sokoła kompletnego, pewnego siebie, zaskakująco nieprzebojowego, wiedzącego co i po co chce opowiedzieć. Literacko – trzymającego samego siebie w ryzach; Sokół szanuje ślinę i stawia kropki dokładnie tam, gdzie trzeba – pisał Jacek Sobczyński. – Tylko komuś takiemu mógł się udać album autobiograficzny, który zarazem opowiada sporo o współczesnej Polsce – dodawał Jarek Szubrycht. Chwalono nawet okładkę, zaliczoną w ramach branżowego konkursu Cover awArts do grona dziesięciu najlepszych.

Sokół może sobie nieco pluć w brodę, bo wydaje się, że zamieszanie wokół jego albumu, wszystkie te koncerty i zaproszenia w gości, które za sobą pociągnął (patrz inni zwycięzcy 2019 – Kali i Pezet), szum w podsumowaniach, rzuciły się cieniem na singiel „Zorro”, zbliżający się kiedy piszę te słowa do zaledwie niezłych 440 tysięcy wyświetleń na YouTube. Sypiający gdzie bądź, nieokrzesany zip ze Śródmieścia Południowego i korzystający z życia, rzutki biznesmen, obywatel świata w „realu” mogliby się nie dogadać. Na płycie „Wojtek Sokół” mówią jednym efektownym głosem, odbijająca się echem jeszcze 12 miesięcy po premierze w kraju 400 rapowych premier rocznie. I niech to podkreśli jej fenomen.

Marcin Flint

Polecane