Acid Drinkers: „Nasza opinia rock’n’rollowych wesołków może ucierpieć”


2016.09.25

opublikował:

Acid Drinkers: „Nasza opinia rock’n’rollowych wesołków może ucierpieć”

foto: Rafał Kudyba / mfk.com.plFoto: R. Kudyba / mfk.com.pl

W piątek do sklepów trafi „PEEP Show” (Paralysing Expansive Energetic Power Show), siedemnasty (licząc dwa coverowe „Fishdicki”) album w karierze Acid Drinkers. Titus opowiedział nam nie tylko o płycie, ale także o obowiązkach rockersa i o tym, że trudno grać w jednym zespole z synem. Korzystając z okazji, że rozmawialiśmy w 30. rocznicę założenia Acid Drinkers, zapytaliśmy muzyka, co pamięta z dnia, w którym postanowili z Litzą zostać gwiazdami rocka.

 

 

Po bardziej rock’n’rollowym „25 Cents for a Riff” nagraliście cięższą znacznie mocniejszą płytę. To nie pierwsza taka sytuacja w historii Acid Drinkers. Czy to przemyślana strategia, że po lżejszym krążku musi być walec?

Titus: To wychodzi samo z siebie, zwłaszcza przy tym albumie. Na „25 Cents for a Riff” wszyscy komponowaliśmy. Ja przyniosłem numer tytułowy, Popcorn przyniósł dwa-trzy pomysły, Ślimak też, a Jankiel przyniósł te rzeczy, które śpiewał. Wyszedł nam album, na który każdy dorzucił coś od siebie. Tym razem powiedziałem chłopakom: „zróbmy bardziej jednorodny materiał”. Nie musiało to wcale oznaczać, że będzie taki mocny, bo zaczęliśmy z Popcornem z zupełnie innej beczki, znacznie delikatniejszej, ale w którymś momencie Popcorn zaczął podsyłać mi nowe pomysły. No i przy nowych pomysłach żarty się skończyły. Myślę sobie: „aha, skoro to wychodzi tak samo z siebie, to powiem mu, żeby zakomponował cały album sam, żeby to było jednorodne”. Żeby to wyszło spod jednej łapy i szło w tym kierunku. I właśnie dlatego to wyszło takie jakie wyszło.Przed laty podobnie wyszło wam z „High Proof Cosmic Milk”, tyle że wtedy prym wiódł Litza.

Tak, wtedy to on pisał riffy. Nie zapominaj jednak, że to, co dzieje się z tymi numerami dalej, to już jest robota zespołowa. Mimo wszystko jednak bardziej niż obok „High Proof” postawiłbym nowy album obok „Wersetów” („Verses of Steel” –  przyp. red.), może w pewnym sensie obok „Infernal Connection”. Podobne tempa, podobna dynamika. Przy „High Proof” z różnych powodów byłem mniej zaangażowany. Tutaj angażowałem się straszliwie, więc pewnie również dlatego wolę postawić „PEEP Show” obok „Wersetów” i „Infernala”.

„PEEP Show” to płyta ciężka również tekstowo. Śpiewasz o polityce, księżach-pedofilach. Nie boisz się, że opinia rock’n’rollowych wesołków, którą macie od lat, sprawi, że te teksty nie będą mieć wystarczającej siły rażenia, że fani nie potraktują ich z należytą powagą?

Nasza opinia rock’n’rollowych wesołków może ucierpieć przy ciemnych chmurach zbierających się między wersami (śmiech). Na szczęście dalej jesteśmy wesołkami, tak mi się wydaje. Szczerze mówiąc opinie na temat mojej muzyki, moich tekstów, niewiele mnie interesują. Z reguły artycha – bez względu na to czy przez duże czy małe „a” – nie interesuje się tym, co mówią na jego temat. Nigdy nie liczyłem się z opiniami.

To wasz czwarty album z Jankielem w składzie. Więcej ma tylko Litza. Czy to znaczy, że możemy mówić o stabilizacji w Acid Drinkers?

Czy odpowiada mi stabilny skład… hmmm… Dobre pytanie (śmiech). Dodałbym do tego także inne: czy w ogóle potrzebuję stabilizacji i czy mi ona odpowiada? (śmiech)

To znaczy, że Jankiel powinien zacząć się obawiać o swoje miejsce w składzie?

Nieee, myślę, że nie. Tak jest dobrze. Ten skład jak najbardziej mi pasuje (śmiech).

Od lat udaje się wam trzymać dwuletniego cyklu wydawniczego, co przy ilości koncertów, które gracie, jest dużym wyzwaniem. Mało bandów gra więcej koncertów niż Acids.

Uwielbiam to robić. Nie mogę siedzieć na dupie, bo mam wtedy głupie pomysły. Gramy na tyle dużo, że gdybyśmy wałkowali w kółko te same numery, ludzie mogliby się znudzić, dlatego wciąż szykujemy nowe. Płyta Acid Drinkers powstaje z reguły około trzech miesięcy. Przy „PEEP Show” postanowiliśmy dać sobie trochę więcej czasu. Zaczęliśmy próby zaraz po koncercie na finale Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w Gnieźnie. Zakończyliśmy je tuż przed wejściem do studia, bodajże w czerwcu. Miksy kończyliśmy w sierpniu. Nie licząc nagrywania wyszło pięć do sześciu miesięcy sympatycznych prób przerwanych oczywiście wiosenną trasą koncertową.

Oraz przygotowaniami do koncertu „Tribute to Lemmy”, który zagraliście na festiwalu w Jarocinie.

Faktycznie, poświęciliśmy na to ponad tydzień, w sumie to prawie dwa. To była prawie godzina grania, więc musieliśmy poważnie do tego przysiąść. Dla mnie i Popcorna to nie było z tym większego problemu, bo my Motör mamy dość mocno osłuchany od dziecka, aczkolwiek dla Ślimaka, który zdeklarowanym fanem Motörhead nigdy nie był, było to dziewicze podejście do niektórych numerów.

Napracowaliście się nad okolicznościowym setem w hołdzie Lemmy’emu, w 2014 wykonaliście w Cieszanowie całe „Infernal Connection”, w Poznaniu wspólnie z Litzą „Are You a Rebel?”, wcześniej też zdarzało wam się przygotowywać specjalne programy na pojedyncze występy. Nie korci cię, żeby te koncerty rejestrować i wydawać?

Zawsze obudzę się z tą myślą dzień po koncercie. Wcześniej nigdy nie przyjdzie mi to do głowy, nie wiem dlaczego. Wiem, że Antyradio rejestrowało Jarocin, ale nie wiem, co z tego będzie. Widzisz, to jest chyba problem, że nie potrafię myśleć przyszłościowo. Ale kurka wodna, zatrudniam tłum ludzi, którzy mają myśleć i nie potrafią (śmiech). Ja wolę się skoncentrować na dźwiękach, na przygotowaniu zespołu, a tu muszę jeszcze myśleć, co z tym wszystkim zrobić. To nie za dużo jak na jednego rockersa?

Zawsze możesz te koncerty powtórzyć. Chyba że boisz się, że przy drugim podejściu uleci spontaniczność.

Nie, myślę, że to nie byłby problem. Gdybyśmy robili to 101 raz, to wtedy tak. Ale drugi to jeszcze ok. Może faktycznie jest to pomysł, żeby zacząć przygotowywać takie rzeczy i rejestrować je. Taki projekt jak „Tribute to Lemmy” chętnie bym gdzieś powtórzył. Był nawet taki plan na Śliwka Fest,  ale impreza nie wypaliła w tym roku. Może kiedyś. Póki co czerpiemy z tych jednorazowych projektów. Po koncercie z piosenkami Lemmy’ego włączyliśmy do regularnych setów, wykonujemy np. „Sacrifice” Motörhead czy „Shake Your Blood, które Lemmy zrobił z Dave’em Grohlem. Te numery świetnie idą! Na pewno będę starał się wyciągać kolejne z tamtego setu.

Skoro mówisz, że nie potrafisz usiedzieć na miejscu, to powiedz czy wcześniej doczekamy się trzeciej płyty Anti Tank Nun czy drugiej Titus’ Tommy Gun?

Wiesz, że nie wiem (śmiech). Chyba jednak wcześniej Zakonnica (Anti Tank Nun, czyli Przeciwpancerna Zakonnica – przyp. red.). Próby do trzeciej płyty zatytułowanej roboczo „Permanent Erection”, czyli „Notoryczny wzwód” zaczęły się przedwczoraj (rozmawiamy 21 września – przyp. red.), przy czym ja nie muszę być na wszystkich, bo odkąd na basie gra mój syn Maks Aleks, to zespół może grać beze mnie. I gra, komponuje, a ja póki co jedynie się przysłuchuję. Póki co jestem bardzo zajęty z Acids, ale w wolnej chwili się zbiorę, pojadę do Goleniowa, żeby docisnąć chłopakom śrubę. Materiał na drugą płytę Titus’ Tommy Gun jest gotowy i czeka na miks, ale na razie kompletnie nie mam czasu, żeby się tym zająć. Za moment zaczynamy próby do trasy promującej „PEEP Show”.

{reklama-eventim}

Jakie to uczucie grać z synem?

Pilnuję, żeby wszystko było zagrane jak trzeba. Nie opieprzam, bo jest debiutujący. Ale jest trudniej, bo często patrzę mu na łapę, co robi. Nie muszę tego robić, ale jakaś wewnętrzna siła każe mi zerkać na jego łapy, czy wszystko gra (śmiech).

Po wydaniu poprzedniej płyty mówiłeś, że nagraliście dotychczas 189 numerów. Na nowym krążku jest 11, czyli zamykający album „After the Vulture” jest waszym dwusetnym kawałkiem.

Ha ha, nie planowaliśmy tego. Ale zawdzięczamy ten numer Ślimakowi. Ja chciałem zamknąć płytę po dziesiątym kawałku, czyli po „Niebiańskim piekłojebcy” („Heavenly Hellfucker” – przyp. red.), ale Ślimak mówi: „czekaj, czekaj, ja tu jeszcze coś mam”. Ten numer bardzo odstaje klimatem od pozostałych, ale podszedł nam, dlatego jest na płycie. Ale na pewno nie myśleliśmy, że chcemy nim podkreślić fakt, że to nasz dwusetny numer.

Nie wiem, czy pamiętasz, ale dziś 30. rocznica waszego spotkania z Litzą przed koncertem Iron Maiden w Poznaniu, czyli de facto 30. urodziny Acid Drinkers.

Aaa, to już 30 lat. Czasami błędnie się pisze, że to było nasze pierwsze spotkanie. Nie. Spotkaliśmy się wcześniej, ale to właśnie wtedy przed Ironami zdecydowaliśmy się założyć zespół. Pamiętam, że pogoniliśmy te bilety pod Areną. To była trasa „Somewhere On Tour”, ja widziałem Ironów wcześniej na „World Slavery Tour”, więc w sumie miałem to zaliczone. Pamiętam, że wymyśliliśmy, że zamiast chodzić na takie koncerty, sami chcielibyśmy je grać. Pogoda była podobna jak dziś – trochę słonecznie, ale nie za gorąco. Tyle pamiętam z tego dnia. Nie pytaj mnie tylko, czy spodziewałem się, że po 30 latach wciąż będę to robił, bo to był okres, kiedy nie wybiegałem w przyszłość bardziej niż trzy, cztery wina (śmiech).

Skoro jesteśmy przy winach… coraz więcej zespołów firmuje swoimi nazwami alkohole. Tymczasem Acid Drinkers, grupa wybitnie kojarząca się z trunkami, wciąż nie ma swojego napoju.

Takie pomysły chodzą od lat. Tylko ja nie mam ani energii, ani biznesowych umiejętności, ani ochoty, żeby bawić się w robienie Geschäftu. Od tego jest management, od tego są odpowiedni ludzie. Ja mogę takie rzeczy jedynie zaakceptować, ale jako basiście i wokaliście nie chce mi się tego robić. Nie mamy swojego alkoholu, za to wciąż zdarza się, że dostajemy go od fanów. Ostatnie wino dostałem trzy tygodnie temu przed koncertem w Głogowie. Jako że sam ostatnio raczej nic nie piję, podarowałem to wino moim bliskim znajomym fanom, którzy wypili je natychmiast (śmiech).

{facebook}

 

 

Polecane

Share This