CGM.pl i WIMP grają na czarno #4


2015.01.24

opublikował:

CGM.pl i WIMP grają na czarno #4

Dziś poruszamy się powoli po dekadzie 1998 – 2008. Dużo neo soulu, połamanych rytmów i klimatycznego, ciepłego hip-hopu w jedną playlistę składa Karol Stefańczyk.

Meshell Ndegeocello – „Good Intentions” (2003)

Czwarte wydanie „Gry na czarno” rozpoczynamy od utworu Meshell Ndegeocello. Pochodząca z Berlina wokalistka promowała w ubiegłym roku w Polsce swój ostatni album „Comet, Come To Me”, ale „Good Intentions” pochodzi z innej jej płyty, wydanej przed trzynastoma laty „Comfort Woman”. Wydawnictwo to uchodzi za jedno z najlepszych w karierze Ndegeocello, a to nagranie – gitarą i połamanym rytmem wygrywające fantastyczny klimat – jest jednym z dziesięciu powodów, dlaczego krytycy i słuchacze się w tym wypadku nie mylą.

Les Nubians – „Makeda” (1998)

W mojej pamięci Ndegeocello i Les Nubians stoją obok siebie. Może to przez sąsiedztwo Niemiec z Francją, ale przecież o ile ta pierwsza wcześnie przeniosła się z rodzicami do Waszyngtonu, o tyle siostry Faussart od zawsze reprezentują scenę paryską. Nie tyle więc geografia, co muzyczne fascynacje łączą to trio. „Makeda” to singiel z debiutanckiego albumu Les Nubians „Princesses Nubiennes”, a zarazem czołowy przedstawiciel złotej ery neo-soulu.

Reflection Eternal – „The Blast” (2000)

A skoro o Les Nubians mowa. W 2000 roku dziewczyny dograły swoje wokale do pięknego utworu „Love Language”, który trafił na pierwszy wspólny album Taliba Kweliego i Hi-Teka – „Train Of Thought” – wydany pod szyldem Reflection Eternal. Zostańmy więc na chwilę przy tej płycie i przypomnijmy klasyczny „The Blast”. Niewielu jest producentów, którzy wykręcali równie dobre basy co Hi-Tek. Pod względem tego, co dzieje się „na dole” ścieżki dźwiękowej, singiel z „Train Of Thought” to istny majstersztyk.

Common feat. Jill Scott, Bilal – „Funky For You” (2000)

W tym roku mija piętnaście lat od premiery dwóch ważnych krążków przedstawicieli drugiego pokolenia Native Tongues. O „Train Of Thought” wspominamy wyżej, ale „Like Water For Chocolate” to równie wspaniały, jeśli nawet nie wspanialszy album wydany w tamtym czasie. Common zaprosił do współpracy koleżanki i kolegów z grupy Soulquarians. Członkowie tego zespołu (m.in. D`Angelo, Questlove, Erykah Badu, James Poyser) maczali palce w dwóch legendarnych neo-soulowych krążkach z tego samego roku – „Voodoo” i „Mama`s Gun” – a „Like Water…” uzupełnia tę trylogię kanonicznych pozycji przełomu wieków.

Lucy Pearl feat. Q-Tip, Snoop Dogg – „You” (2000)

Soulquarians mieli to do siebie, że byli bardzo ruchomym kolektywem. W skład grupy wchodzili też m.in. Raphael Saadiq i Q-Tip. Saadiq w 1999 roku powołał do życia supegrupę Lucy Pearl, zapraszając do współpracy DJ`a A Tribe Called Quest Alego Shaheeda Muhammada oraz… D`Angelo. Ten jednak z powodu napiętego grafika odszedł wkrótce z zespołu, a jego miejsce zajęła Dawn Robinson z En Vogue. W takim składzie trio wydało w 2000 roku imienny krążek, a jednym z singli był łagodny, uroczy utwór ze zwrotkami Q-Tipa i Snoopa.

The Foreign Exchange feat. Oddissee, Sean Boog, Kenn Starr – „The Answer” (2004)

Gdy działalność Soulquarians straciła na tempie, słuchacze zaczęli rozglądać się za kimś, kto wypełni lukę po kolektywie i zadba o tereny przygraniczne między hip-hopem a soulem. Odpowiedź przyszła z Holandii. Tamtejszy producent Nicolay skontaktował się przez internet z Phonte`em, raperem z uznanego tria Little Brother, i drogą mailową napisali „Connected”, jedną z bardziej klimatycznych płyt XXI wieku. Brzmienie Nicolaya jest wzorowe: bas wylewa się tutaj strumieniami, sample tworzą przestrzeń, a wyraziste bębny chronią tę oniryczną muzykę przed rozmyciem i mdłością. Questlove i spółka bez wątpienia są dumni.

J Dilla feat. Dwele – „Think Twice” (2001)

Dumny byłby jednak przede wszystkim J Dilla, bo te bity to przede wszystkim jego szkoła. Surowy, oszczędny, a jednocześnie piekielnie głęboki i bujający styl mogliśmy już poznać na „Beats, Rhymes & Life” A Tribe Called Quest (1996), potem na „Fantastic Vol. 2” Slum Village (2000), ale kulminacja przypadła na „Welcome 2 Detroit”. To bodaj ostatni moment, gdy Dilla – jeszcze jako Jay Dee – lubuje się jeszcze w harmonii, cieple i pełni brzmienia. Już chwilę później trafi do Stones Throw, nagra płytę z Madlibem i jego muzyka nabierze szorstkości, sample zaczną szumieć, a bębny trzeszczeć. Choć, oczywiście, nadal będą to rzeczy piękne i przełomowe. Na tle jego późnych rzeczy „Think Twice” brzmi jak rzecz z innej galaktyki.

Waajeed feat. Monica Blaire – „Knives Out” (2006)

Bez względu jednak na to, czy mówimy tu o wczesnym, czy późnym Dilli (choć nie na miejscu jest być może używać tych kategorii w przypadku osoby, która zmarła, mając zaledwie 32 lata), producent ten zainspirował liczne grono producentów, w tym niemal całą XXI-wiecznę scenę Detroit. Duet Platinum Pied Pipers wziął od Jaya Dee wiele: wyrazisty rytm, brudne syntezatory, ucho do soulowych wokali, sympatię dla gatunków sąsiednich (elektronika, bossa nova, r&b, rap). Wydali dwie płyty: absolutnie wybitne „Triple P” (2005) i „Abundance”, o którym słuchacze szybko zapomnieli. „Knives Out” to solowa producencka robota Waajeeda, jednego z członków PPP. Rzecz pochodzi z albumu „Exit Music: Songs With Radio Heads”, wypełnionego kowerami Radiohead.

N.E.R.D. – „Run To The Sun” (2002)

Pharrell Williams, jeśli mnie pamięć nie myli, nie miał jeszcze okazji nikogo kowerować. Nic dziwnego, to w końcu osobowość, człowiek-orkiestra i wizjoner – gość, któremu wystarczą jego własne melodie. Swoimi pomysłami mógłby obdarzyć połowę singli na listach przebojów, a pewnie i tak zostałoby mu kilka sztosów na b-side`y. Gdy w 2002 roku wydawał pierwszy album N.E.R.D., był już gwiazdą i obok Timbalanda najważniejszym producentem mainstreamu. „In Search Of…” to płyta pod wieloma względami esencjonalna, zdradzająca ówczesne fascynacje The Neptunes określonym brzmieniem bębnów, krótkimi klawiszowymi motywami i funkującymi riffami.

Pharoahe Monch feat. Mr. Porter, Dwele – „So Good” (2007)

Jeszcze kilka lat temu narzekaliśmy, że brakuje na scenie Pharoahe Moncha – jego pierwszy („Internal Affairs”) i drugi („Desire”) krążek dzieliło osiem lat przerwy. Dziś, gdy raper regularnie dostarcza nam nowego materiału, narzekamy, że co prawda jest obecny, ale jakoś tak niewyraźnie. W ubiegłym roku wydał „PTSD” i krążek ten, choć solidny, przeszedł bez echa. Nic dziwnego: więcej w nim słychać było rzemiosła niż błysku. Na płycie Monch opowiada o problemach z depresją, o myślach samobójczych. Może stąd wzięła się przeciętna jakość krążka? Cóż, pozostaje mieć nadzieję, że ten nowojorski MC – bez wątpienia jeden z najwspanialszych w swojej generacji – jeszcze będzie w stanie zachwycić nas tak jak w 2007, gdy powrócił z doskonałym, wszechstronnym „Desire”.

4Hero feat. Darien Brockington, Phonte – „Give In” (2007)

Nie od dziś wiadomo, że wszelkie szufladki obce były też brytyjskim DJ`om. Londyński kolektyw 4Hero miał duży wpływ na oblicze drum`n`bassu i jungle, ale od początku XXI wieku konsekwentnie brnął w bliższe nam gatunki: nu jazz, brokenbeat, soul. Wydane w 2007 roku „Playing With The Changes” jest pod tym względem chyba ich szczytowym osiągnięciem (ewentualnie opublikowane sześć lat wcześniej „Creating Patterns”). Sposób, w jaki użyto w „Give In” smyczków i klawiszów, powinien być wzorem dla wielu polskich producentów. To naprawdę nie musi być łzawe.

Silhouette Brown – „Check It (Calling You)” (2005)

Zostańmy jeszcze przez chwilę 4Hero i posłuchajmy efektów współpracy tego kolektywu z innym znanym na angielskiej scenie: Bugz In The Attic. Takie połączenie nie mogło zaowocować niczym słabym. Na imiennym krążku fascynacja kobiecymi wokalami rzuconymi na połamane podkłady jest widoczna jeszcze bardziej. Posłuchajcie tylko, co dzieje się z sekcją perkusyjną w „Check It”, jak blisko jest ona jazzowych solówek. Przyjrzyjcie się pejzażom, które rozpościerają się w tle nagrania. Oddajcie szacunek wokalistce, która fantastycznie panuje nad całością. Wreszcie posłuchajcie całego „Silhouette Brown”, bo jest dostępny na WIMP-ie.

Blackalicious – „Sleep” (1999)

Niby zmiana klimatu, niby bardziej konserwatywnie i hip-hopowo, ale „Sleep” to nadal muzyka bardziej nocy niż dnia, bardziej jesieni niż lata, bardziej łóżka niż klubu. Miarowy, utrzymany w średnim tempie podkład, delikatne klawisze i rozlewająca się w tle trąbka usypiają. I dobrze, bo tak miało być – to w końcu moment, kiedy album Blackalicious „Nia” ma się ku końcowi, Gift Of Gab zarapował już swoje najlepsze wersy, a kolejne zostawił na następne albumy, o których – miejmy nadzieję – jeszcze nie raz i nie dwa przyjdzie nam wspomnieć.

Polecane

Share This