>

„Dobry kierunek” – Artur Rawicz podsumowuje GoodFest

Zdaję sobie sprawę, że będziecie na mnie źli za kontekst, w jakim piszę właśnie o Was.


2013.09.03

opublikował:

„Dobry kierunek” – Artur Rawicz podsumowuje GoodFest

Był czas, kiedy przywykliśmy do tego, że wszystkie juwenalia wyglądały tak samo. Ci sami wykonawcy z od lat tymi samymi szlagierami. Kiełbasa, piwo, bungee. Aż kilka lat temu eksplodowały Ursynalia, pokazując, że może być inaczej, lepiej, światowo. Line-up zaczął przyćmiewać propozycje komercyjnych festiwali z dorobkiem, a organizatorzy pozostałych studenckich świąt zrozumieli, że najwyższa pora na zmiany. I te zmiany zaczęły być widoczne. Tego trendu nic już nie odwróci, nawet spektakularna marketingowo-promocyjna klapa tegorocznej edycji „największego studenckiego festiwalu w Europie” – jak mówili o swojej imprezie gospodarze Ursynaliów. Pierwszy kamień został rzucony. Kolejne też. Odwrotu nie ma.

 

Dziś z przaśnością, kiełbasą, dmuchanym zamkiem dla dzieci i schlebianiu ludycznym gustom muzycznym kojarzyć się mogą jedynie masowo organizowane Dni i Święta Miast, nie tylko tych małych. Festyny organizowane przez samorządy i działy marketingu królujących w swoim regionie firm prywatnych. Masowe, darmowe spędy będące jedyną okazją do podratowania budżetów wykonawców i zespołów grających „imprezy zamknięte” a nie biletowane trasy koncertowe. Których słuchacze całą swą wiedzę o „artystach” czerpią z kolorowych portali plotkarskich i telewizji śniadaniowych. Wiem, wiem… pewnie wielu z nich właśnie obrażam przerysowując ten stereotyp, ale… właśnie stało się coś, co być może zapowiada rewolucję i kres dyktatu kiczu na tzw. festynach. To GoodFest w Dębicy.

Wreszcie znalazła się odważna firma, która posłuchała odważnego człowieka. I tak w kilkudziesięciotysięcznej Dębicy po raz drugi objawił nam się GoodFest pod artystycznym przywództwem szaleńca, Filipa Berkowicza. Tego od Misteria Paschalia czy Sacrum Profanum, tego, który śmiał zirytować krajowych promotorów ściągając na krakowskie Wianki Kravitza czy Jamiroquai. Szaleńca, bo pokażcie mi jeszcze kogoś, kto miałby tyle odwagi, by na darmową imprezę gdzieś w małym mieście słynącym z produkcji tego czy tamtego zaprosić kwiat polskiej alternatywy muzycznej. Twórców docenianych przez krytyków; artystów, cieszących się swoją wyrobioną publicznością i raczej dalekich od schlebiania masowym gustom. Ale w tym szaleństwie jest metoda.

 

Zamiast sięgać po Bajm, Budkę Suflera czy Eneja i mieć 100% gwarancji sukcesu frekwencyjnego, Berkowicz zaprosił artystów takich jak Marcin Masecki (na zdjęciu), Skalpel z Pianohooliganem, Julia Marcell czy Mitch & Mitch. I też sukces odniósł. Nie tylko frekwencyjny. Okazało się bowiem, że stereotypowe myślenie o tzw. zwykłym słuchaczu to pułapka. Że kłamstwem jest twierdzenie, że wszyscy jesteśmy inżynierami Mamoniami i podoba nam się to, co już znamy. Przyznam się, że ze zdziwieniem obserwowałem, jak wypełniony po brzegi stadion świetnie się bawił przy czerpiących niesamowitą radochę ze wspólnego muzykowania Mitch & Mitch, a Krzysztofowi Pendereckiemu zasłuchanemu w wariacje na temat muzyki do „Rękopisu znalezionego w Saragossie” w wykonaniu Maseckiego  towarzyszył zaintrygowany tłum, nie mniejszy niż publika zebrana przez Fisza i Emade z Tworzywem. Da się? Można? Można.

 

Zatem brawa nie tylko dla dyrektora artystycznego ale i dla mecenasa (bo w tym kontekście artystycznym słowo „sponsor” jest brzydkie). Brawa za odwagę. Brawa za wizję. Pokazaliście plecy innym organizatorom przysłowiowych „dni kiełbasy”; świąt leśnika, energetyka i hutnika; dni Kutna, Gryfina i Ełku. Zdaję sobie sprawę, że będziecie na mnie źli, za kontekst w jakim piszę właśnie o Was, ale życzę Wam jak najlepiej, a sobie i innym by termin „impreza lokalna” nabrał zupełnie innego znaczenia. A, no i jeszcze, byście dorobili się mocnej konkurencji, bo to będzie właściwą miarą Waszego sukcesu. Amen.

Polecane