Erykah Badu – „New Amerykah Part Two: Return of the Ankh”


2010.05.26

opublikował:

Erykah Badu – „New Amerykah Part Two: Return of the Ankh”

Jakiś czas temu w światowych mediach można było się spotkać z oburzeniem wywołanym premierą teledysku Eryki Badu do utworu „Window Seat”. Kontrowersje wynikały z tego, iż wokalistka w klipie, przechadzając się ulicami rodzinnego Dallas, publicznie rozbiera się do naga, a następnie pada na ziemię dokładnie w tym samym miejscu, w którym czterdzieści siedem lat temu przyszło zginąć od kul zamachowca prezydentowi USA, Johnowi F. Kennedy’emu.

Pomysł na promocję to nieco szokujący. Na tyle, że co niektórzy muzyczni fundamentaliści posądzą pewnie Erykę o zagrania „pod publiczkę”. Rzeczywiście, poza ideą i wymową tego teledysku Badu chodziło też pewnie przy okazji o wywołanie małego skandalu – skandalu wydawałoby się godnego sezonowych gwiazdek, usilnie walczących o miejsce w show-businessie, a nie jej, divy współczesnego soulu. Niemniej tam, gdzie pomysły na artystyczną kreację większości gwiazd się kończą – tam Erykah Badu jedynie puszcza oczko do słuchacza, otwiera podwoje do swego królestwa. Królestwa nie tanich prowokacji, ale muzyki. „New Amerykah Pt. 2: Return of the Ankh” jest tego najlepszym przykładem.

Choć wydawnictwo to kontynuuje serię „New Amerykah” rozpoczętą wydanym w 2008 roku albumem „4th World War”, w gruncie rzeczy ze swoim poprzednikiem ma ono mało wspólnego. Przede wszystkim od strony tekstowej nie jest to album tak nafaszerowany tematami społeczno-politycznymi jak „Czwarta wojna światowa”. Filozofia Badu, skądinąd dość męcząca i przerysowana, niemalże zupełnie zniknęła. W jej miejsce pojawiły się takie nagrania, za które pokochaliśmy piosenkarkę z Dallas na debiutanckim, klasycznym już krążku „Baduizm” – nagrania o uczuciach. Erykah przestała być rzeczniczką zrozpaczonych utratą synów matek, nie jest już właściwie rzeczniczką nikogo. Mówi za to dużo o sobie, o miłości i różnych jej odcieniach. Banalne, ale za to jakże wspaniale naturalne! Zresztą Badu ma głos wprost stworzony do właśnie tego typu tekstów. Z jednej strony leniwy, marzycielski, delikatny; z drugiej zaś silny, charyzmatyczny, pewny. Nie sposób pomylić jej z nikim innym. O potędze jej wokalu świadczy chociażby to, iż momentami wydaje się jakby „odpływać”, uwalniać z węzłów narzucanych przez beat. Wtedy wkracza w inną sferę, ulokowaną dużo, dużo wyżej, gdzieś pomiędzy gęstymi chmurami. Jednocześnie wokal ten pozwala jej trzymać muzykę w ryzach, kontrolować ją. To nie ona dostosowuje się do instrumentów. To one do niej.

Różna od „4th World War” jest wreszcie muzyka. Jest to o tyle ciekawe, że producenci w przypadku obu tych wydawnictw właściwie się nie zmienili. Swoje trzy grosze dorzucili po raz kolejny m.in. Madlib, James Poyser, Karriem Riggins, Shafiq Husayn (SA-RA Creative Partners), Georgia Anne Muldrow i 9th Wonder. Ton temu wydawnictwu nadał jednak artysta, którego na pierwszej części „New Amerykah” brakowało (przynajmniej bezpośrednio, bo Badu wspominała o nim we wspaniałym „Telephone”, który notabene z powodzeniem mógłby się odnaleźć i na tym krążku). Mam tu na myśli J Dillę. Duch tego znakomitego,  nieodżałowanego, zmarłego przedwcześnie producenta obecny jest w nagraniach „Return of the Ankh” niezwykle wyraźnie. Beaty jak „Gone Baby, Don’t Be Long” czy „Fall In Love (Your Funeral)” – oparte na mocnym, głębokim basie i partiach klawiszy – przez wiele lat były wizytówką najpierw jego, a potem jakże bliskiego mu Detroit. Z kolei „Umm Hmm”, „Incense” czy „Love” (ta ostatnia to już jego własna kompozycja, dwie poprzednie to dzieła Madliba) przypominają mi o innym już etapie kariery Dilli, a mianowicie jego przygodę z wytwórnią Stones Throw i tamtejszym, brudnym, zadymionym stylem produkcji. Są jeszcze takie utwory jak „Window Seat”, „Agitation” czy pierwsza część ponad 10-minutowego „Out My Mind, Just In Time” – bliskie pierwszym dwóm płytom Badu, „Baduizm” i „Mama’s Gun” (co istotne, w tworzeniu „Mama’s Gun” brał udział także Dilla).

Z „Return of the Ankh” mam o tyle problem, że nie do końca wiem, w jakim miejscu w dyskografii Badu wydawnictwo to umieścić. Jedno jest pewne – płyta ta nie jest naturalną kontynuacją ostatnich poczynań Eryki. Wprost przeciwnie, stanowi jakby zwrot w kierunku pewnych punktów w dotychczasowej twórczości wokalistki z Dallas. Jakich? Cóż, najchętniej drugą część „New Amerykah” potraktowałbym jako brakujące ogniwo między „Mama’s Gun” a „Worldwide Underground” – ogniwo jeszcze nie tak radykalne i eksperymentalne jak krążek z 2003 roku, za to nadal równie ciepłe, bujające i wiosenno-letnie jak „Mama’s…”. Takie rozterki warto jednak zostawić na bok. I cieszyć się, że Erykah Badu znów zaskakuje.

Polecane

Share This