Impact Festival – rozmowa z perkusistą KoRn

Czy nowa płyta Korna naprawdę będzie najlepszą od lat? Dlaczego tylko jeden członek grupy sięga po alkohol? I czemu warto zobaczyć ją akurat na Impact Festivalu, nawet jeśli wcześniej widziało się już wiele razy?


2013.06.04

opublikował:

Impact Festival – rozmowa z perkusistą KoRn

Dziś rusza Impact Festival, jedną z gwiazd jest KoRn. Z tej okazji mamy dla Was wywiad przeprowadzony przez niezmordowanego Pawła Piotrowicza z perkusistą formacji Rayem Luzierem.

***

Czy nowa płyta Korna naprawdę będzie najlepszą od lat? Dlaczego tylko jeden członek grupy sięga po alkohol? I czemu warto zobaczyć ją akurat na Impact Festivalu, nawet jeśli wcześniej widziało się już wiele razy?

Ray Luzier, w składzie Korna od 2008 roku, to jeden z najbardziej zapracowanych perkusistów w branży. Ma na koncie współpracę z dziesiątkami znanych rockowych i metalowych tuzów, w tym słynnym David Lee Rothem, dla którego bębnił w latach 1997-2005.

Muzyk ponownie odwiedzi Polskę z Kornem – zespół będzie gwiazdą pierwszego dnia Impact Festivalu na warszawskim lotnisku Bemowo (4-5 czerwca) i zaprezentuje się przed polskimi fanami jako główna atrakcja Sceny Eventim (20:45 – 22:00).

Z tej okazji Luzier zgodził się opowiedzieć o odczuciach związanych z występem, atmosferze w zespole po powrocie do jego składu gitarzysty Briana „Heada” Welcha, nowej płycie, a także nałogach i współpracy z Davidem Lee Rothem.

Paweł Piotrowicz: Wasz koncert na Impact Festivalu będzie dla fanów Korna szczególną gratką…

RAY LUZIER To prawda. Mamy znowu Briana w składzie, co jest dla mnie tym bardziej niezwykłe, że w czasach, gdy grał w Kornie, ja nie byłem członkiem zespołu. Do tego szykujemy kilka repertuarowych niespodzianek.

Jakich?

Gdybym ci powiedział, przestałyby być niespodziankami. Polscy fani usłyszą na pewno sporo utworów, których nie graliśmy od jakiegoś czasu. Przekonają się, jak zabójcze jest połączenie gitar Heada i Jamesa [Jamesa „Munky’ego” Shaffera – przyp. aut]. Obaj są stworzeni do tego, by grać razem. Mówię ci, to, jak teraz brzmimy, to szaleństwo.

Myślisz, że Head zostanie w zespole na dłużej?

Na razie skupiamy się najbliższych koncertach. Atmosfera jest fantastyczna, ale co będzie dalej, okaże się jesienią.

Widzisz jakąś zależność między krajem, w którym grasz, a reakcją fanów?

Tak, choć nie za każdym razem. Ale gdy gram w Polsce, zawsze czuję, że jest to coś specjalnego. Wasza publiczność jest jedną z najbardziej energicznych, ma zupełnie inne podejście mentalne niż na przykład brytyjska. Gdy przychodzicie na koncert, robicie to nie dlatego, żeby po prostu na nim być. Wy tego potrzebujecie, macie ten swoisty głód w swoim DNA. Przynajmniej ja to czuję w powietrzu.

Często zdarzają ci się na koncertach pomyłki? A jeśli tak, co wtedy czujesz?

Bardzo rzadko. Jeśli już, wtedy sobie mówię: „Ok., stało się, idę dalej”. Jesteśmy przede wszystkim profesjonalistami. Poza tym show Korna jest na tyle intensywny, że – mam nadzieję – i tak nikt pomyłek nie słyszy. Wpadki w rodzaju złamanej pałeczki perkusyjnej też mam opanowane do perfekcji. Bardziej przerażają mnie sytuacje, gdy ktoś na przykład spadnie ze sceny. Pamiętam też koncert z ostatniej trasy, na którym wysiadł prąd, a wraz z nim cała nasza elektronika, czyli sprzęt dubstepowy, którego wtedy używaliśmy. To była katastrofa.

Co bym znalazł, gdybym zajrzał do autobusu, którym podróżujecie na koncerty?

Czystość i porządek. Mam wspólny autobus z Munky’em i bardzo dbamy o to, by nam się mieszkało wygodnie. To w końcu taki nasz drugi dom, ale bez ekscytujących dodatków, chyba że pasjonujesz się cukierkami i ciastkami, które bardzo lubię. Jako że jestem jedyną osobą w zespole, która pije w ogóle jakiś alkohol, znalazłbyś sporo czerwonego wina.

Korn to zespół abstynentów?

Swoje już wypiliśmy.

Co możesz zdradzić na temat nowej płyty zespołu, którą nagraliście z producentem Donem Gilmorem?

Że to nie tylko najlepszy album Korna, na jakim grałem, ale jeden z najlepszych w ogóle. Wszyscy jesteśmy o tym bezgranicznie przekonani. Mamy poczucie, że tym razem nie weszliśmy do studia tylko po to, żeby nagrać kolejną płytę. Zrobiliśmy to, gdyż poczuliśmy, że jest na nią odpowiedni czas. Na tym albumie jest ogrom emocji, więcej niż na którymkolwiek wcześniej.

I dalej eksperymentujecie z dubstepem, jak na „The Path of Totality”?

Nie, gdyż nie lubimy się powtarzać. To bardzo ciężki materiał, ogromnie wiele się w nim dzieje, jest pełen różnych wpływów. Są w nim elementy poprzednich płyt, ale jest przede wszystkim masa nowych wibracji. I mogę zapewnić, że nie ma wypełniaczy.

Grywałeś w dziesiątkach zespołów i projektów, ale największy rozgłos osiągnąłeś jako członek zespołu Davida Lee Rotha. Jak wspominasz tamten okres?

Jako fantastyczną szkołę życia i muzyki. David to przecież jeden z największych rockmanów w historii. Facet jest w pełni tego świadomy. Niektórzy znajomi muzycy mówią mi, że mają wrażenie iż są świetni w tym, co robią. On mawiał: „Czuję się wspaniale z tym, że jestem taki genialny” [śmiech].

Jak się wam pracowało?

Daleko było od sielanki. Przede wszystkim musiałem być dyspozycyjny. Wzięcie tygodniowego urlopu niby nie stanowiło problemu, ale w dniu wyjazdu mogło się okazać, że jestem potrzebny, więc muszę odwołać wyjazd [śmiech]. Dużo się jednak przy nim nauczyłem – to dzięki niemu zrozumiałem, że trzeba być perfekcjonistą i jeśli jakiś utwór nie brzmi tak jak się chce, by brzmiał, należy go albo odrzucić, albo usprawnić. Nie ma miejsca na półśrodki.

David rzeczywiście jest takim wesołkiem, na jakiego wygląda?

Kiedy jest w dobrym nastroju i sprawy idą dobrze, to tak. Natomiast jeśli idą źle… cóż, lepiej nie wchodzić mu w drogę [śmiech]. Potrafi być wtedy bardzo niezabawny.

Opowiesz mi o waszej najbardziej szalonej wspólnej imprezie?

Nie sądzę, by się to nadawało do druku [śmiech]. Ale jeśli chcesz mieć wyobrażenie, obejrzyj któryś z jego teledysków. Z nim nie można się było nudzić, bez względu na to, czy się leciało samolotem, jechało busem, nagrywało płytę czy mieszkało w hotelu.

Czy miałeś kiedyś problem ze swoim ego, z tak zwanym gwiazdorzeniem?

Pytasz, czy odbiła mi palma? Mam nadzieję, że nie. Wiem, że zazwyczaj tak to wygląda: piszesz piosenki, nagrywasz płytę, wydajesz ją, jest hit, zarabiasz miliony i… się zaczyna. Ale ja jestem perkusistą i zdecydowanie wolę chować się z tyłu, za moim zestawem.

Zacząłeś grać, gdy miałeś pięć lat. Za sprawą rodziców?

Tak i nie. Tak, gdyż na naszej farmie w Pensylwanii bez przerwy leciały płyty Chucka Berry’ego, Elvisa i Beatlesów. Nie, gdyż rodzice ani nikt z rodziny nie grali na żadnym instrumencie. Muzyka spodobała mi się na tyle, że najpierw zacząłem wybijać rytm, potem uderzałem w różne garnki i kubki, aż w końcu dostałem w prezencie mały zestaw. Ćwiczyłem, słuchając podkradzionych siostrze płyt Rush, Van Halen, Kiss, Ozzy’ego czy przypadkowych piosenek usłyszanych w radiu. Byłem stuprocentowym samoukiem. Z roku na rok czyniłem postępy, grywałem w różnych lokalnych zespołach, coraz lepszych. Po skończeniu szkoły średniej przeniosłem się do Los Angeles, by studiować na Musicians Institute of Technology, na wydziale PIT (Percussion Institute of Technology). I tak się zaczęła moja kariera.

Powiedz mi na koniec, jakie masz pierwsze skojarzenie, gdy słyszysz „Polska”?

Czekolada.

Czekolada?

Tak. Gdy byliśmy tu ostatnim razem, w hotelu znajdowało się mnóstwo czekolady. Objadłem się jak nigdy w życiu, ale warto było. Naprawdę pyszna.

Rozmawiał: Paweł Piotrowicz

A szczegółowy plan zajęć na najbliższe godziny wygląda tak:

4 CZERWCA 2013

SCENA GŁÓWNA

15:10 – 15:30 – PARADYGMAT

16:00 – 16:45 – MASTODON

17:30 – 18:30 – BEHEMOTH

19:30 – 20:45 – SLAYER

22:00 – ??:?? – RAMMSTEIN

SCENA EVENTIM

15:30 – 16:00 – LOVE&DEATH

16:45 – 17:30 – GHOST BC

18:30 – 19:30 – AIRBOURNE

20:45 – 22:00 – KORN

5 CZERWCA 2013

SCENA GŁÓWNA

15:45 -16:30 – NEGRAMARO

17:30 – 18:30 – IAMX

19:30 – 20:45 – PARAMORE

22:00 – ??:?? – THIRTY SECONDS TO MARS

SCENA EVENTIM:

15:25 – 15:45 – NOKO

16:30 – 17:30 – ASKING ALEXANDRIA

18:30 – 19:30 – NEWSTED

20:45 – 22:00 – STEREOPHONICS

Polecane

Share This