Natalie Cole – 29 października, Warszawa, Sala Kongresowa


2009.10.30

opublikował:

Natalie Cole – 29 października, Warszawa, Sala Kongresowa

Natalie Cole wystąpiła tylko z jazzowym kwintetem, ale równocześnie na scenie Sali Kongresowej byli z nią i słynny ojciec, Nat „King” Cole, i Diana Krall, Frank Sinatra, Elvis Presley i Tony Bennett. Jak to możliwe?

Zacznijmy od początku. Po, jeszcze widocznych, problemach zdrowotnych (żółtaczka typu C, wirusowe zapalenie wątroby, w maju transplantacja nerki, rehabilitacja i dojście do bardzo dobrej kondycji) Natalie wróciła we wrześniu koncertem w Los Angeles. Jesienną część jej europejskiej trasy koncertowej wypełniają głównie standardy z ubiegłorocznej płyty “Still Unforgettable”, na której, podobnie jak w 1991 córka „śpiewa z ojcem” (zmarłym w 1965). I na koncercie również to robią! Zdumiewające wrażenie sprawia szczególnie “Unforgettable: with love”, w którym Natalie wiele strof śpiewa równocześnie z Natem. Po kilkudziesięciu minutach dajemy się zaskoczyć ponownie, kiedy rozbrzmiewa „Walkin` My Baby Back Home”. I choć wiadomo, że to nie prawdziwy głos z Niebios, czy kądkolwiek, tylko ciąg zero-jedynkowy, to jednak można się wzruszyć. Pozostali uczestnicy koncertu, wymienieni powyżej, „pojawiają” się w nim bardziej pośrednio. A to dzięki współpracy i wspólnemu wykonywaniu przed laty utworu, który dziś Natalie śpiewa sama (“Better Than Anything” znany z duetu z Dianą Krall). A to przez skojarzenie z najgłośniejszym interpretatorem genialnego… „Fever” Ottisa Blackwella (aranżacja, szczególnie w pierwszych taktach, jest bardzo zbliżona do elvisowskiej). Tudzież, przez rekomendację do pochylenia się nad klasycznymi utworami mistrzów sprzed lat (Tony Bennett polecił niegdyś Natalie „L-O-V-E” Sinatry i wszyscy wyszli na tym doskonale).    

Znakomicie zabrzmiało też “Coffee Time”, czy zagrane wcześniej „Route 66” z popisami wszystkich instrumentalistów, od kontrabasisty Edwina Livingstone’a po perkusistę Davey’a Millera. Natalie nieczęsto zwracała się do publiczności, ale o kilku piosenkach trochę poopowiadała, kilka zadedykowała nam „z głębi serca” i „z jej serca do naszych”, a wyraźnie poruszna była przy tych, które wykonywała z ojcem, oraz przy „For Sentimental Reasons”, która była miłosną piosenką rodziców, Nata i Marie. Na bis artystka z zespołem wrócili do najnowszej płyty, ale w dynamiczniejszym “Why Don`t You Do Right?”

 

Jednak tak naprawdę, mimo oszczędnej scenografii i stonowanych świateł, które oczywiście świetnie współgrały z delikatnym jazzem płynącym z głośników, najmocniej został w pamięci jeden element tego występu. Zaskakująco mocny i w każdym momencie koncertu swobodnie wybrzmiący, fenomenalny głos Natalie Cole. Bo nie mogło być inaczej. 

PS. Koniecznie muszę, choćby wirtualnie, otrzeć łzy rozczarowania wszystkim, którzy czekali na „Misie”, czyli „Misiu lajk krejzi”. Przypadkiem usłyszałem, jak bardzo rozczarowana była pewna pani oczekująca na płaszczyk w szatni, że Natalie nie zaśpiewała swojego największego przeboju. Może dlatego, że to był kameralny koncert z jazzowym repertuarem? A może poszli do lasu…

 

Polecane

Share This