Niedocenieni: trzech raperów i jeden producent


2014.02.15

opublikował:

Niedocenieni: trzech raperów i jeden producent

Jasne, ta lista oczywiście mogłaby być znacznie dłuższa. Moglibyśmy ją poszerzyć o kilka utalentowanych postaci z podziemia, które z różnych powodów nie wiodą dziś prymu na legalnym rynku. Ot, chociażby o Finkera z Klimatu. Albo Eskaubeia. Albo Demena. Wszystko zależy od tego, jak spojrzymy na problem niedocenienia. Dla jednych kryterium będzie (nie)obecność na OLiSie, dla drugich brak kontraktu w dużej wytwórni, jeszcze inni będą śledzili internetowe fora i liczbę postów w tematach. Ja z kolei, by nadać poniższemu rankingowi pozory obiektywizmu, uznałem, że przypomnę tych, którzy wycofali się z biznesu. Może ze zmęczenia, może z niepowodzenia. Nie wnikam w powody. Byli – nie ma. A gdy byli, to nie dostali tyle, na ile zasłużyli. A za tydzień słowo o tych, których przeceniamy.



Emil Blef



Spotkałem się z głosami, że potencjał, który tkwił w Blefie, poznaliśmy dopiero na jego solowym debiucie, czyli „Billingu”. Nie przeczę, to fantastyczny album, jeden z tych, które przez słabą promocję i ambitną zawartość zostały wyparte ze świadomości słuchaczy. A szkoda, bo ten materiał zasługuje na uwagę. Szalenie eklektyczny, łączący żywe instrumenty z chłodną elektroniką i klasycznym boom bapem, pod każdym względem prezentuje się dobrze – nawet wada wymowy gospodarza się gdzieś ulotniła.

Ale czy znaczy to, że „Fach” Flexxipu to show jednego człowieka? OK, Mesem łatwiej było się zachwycić. Płynne, porywające flow – jeszcze w starym, nowojorskim stylu – które z łatwością kleiło bezczelne, ale nad wyraz dojrzałe („Własny wstyd”, „Dzień w dzień”) wersy. Mistrzostwo tamtej płyty tkwiło jednak w tym, że stworzyły ją dwie osoby. I tu otwiera się pole możliwości dla drugiego bohatera. Rap Blefa nie należał do najwygodniejszych: eksperymentowanie ze składnią, eliptyczność obrazów, lekki offbeat, który wyciągał linijki daleko poza ramy pętli itd. Awangardowy w formie, a na dodatek piekielnie liryczny w treści. Pretensjonalny? Jeśli już, to celowo („Acha”); bardziej jednak zanurzony w konkrecie i kilku naprawdę mocnych, konceptualnych historiach („Mam wiadomość”).

Blef miał duże szanse, by dołączyć do rapowego parnasu. Tym bardziej szkoda, że z czasem jego kariera się gdzieś rozmyła. Ostatnie zwrotki brzmiały więcej niż dobrze:

Jot

Obecność Jota w tym zestawieniu może niektórych dziwić, w końcu mamy do czynienia z legendą wrocławskiego hip-hopu. A jednak, jako weteran dużej i silnej sceny Jot nie otrzymał wystarczająco dużo miłości od szerszego grona słuchaczy. Może dlatego, że legalny debiut, „Stan równowagi”, trafił do sprzedaży kilka lat za późno? Może dlatego, że sam raper nie życzył sobie żadnych kompromisów, które mogłyby utorować jego drogę na szczyt? Pytania można mnożyć, ale Jota w wersji długogrającej ponoć już więcej nie usłyszymy. Wydany przed ponad rokiem „Dzień i noc na ziemi” powinien niektórym uzmysłowić rozmiary straty. Wrocławianin potrafi łączyć cechy, które nie zawsze idą sobie w parze. Ot, chociażby luz i precyzję. Mało który raper ląduje na bicie równie miękko jak Jot, niewielu jest też takich, którym wystarcza równie krótki pas startowy – bo autor „Dnia i nocy…” liczy się ze słowem i jego brzmieniem (ta dykcja!), stąd wrażenie, że wszystko w tym rapie jest na swoim miejscu. Ktoś napisał, że te utwory są za krótkie. Czyżbyśmy aż tak przywykli do przegadanych nawijek, w których myśl o przymusowych trzech zwrotkach wyprzedza ich treść?

„Stan równowagi” oraz „Dzień i noc na ziemi” to albumy wymuskane i dopieszczone – tak dopracowane, że dla niektórych pewnie przesadzone. Sam najchętniej wracam do podziemnego materiału z 2003 roku, „Każdego dnia człowiek”:

Afrojax (na zdjęciu na pierwszym planie)

Dziś Afrojax jest już poza hip-hopem, próbując – zdaje się – przywrócić do łask polską piosenkę. Znów można by się zastanawiać, czemu taki talent postanowił rozstać się ze środowiskiem rapowym. Najprostsza odpowiedź brzmieć pewnie będzie: bo do niego nie pasował. Nic dziwnego, hip-hop nie lubi błaznów (nie mylić z pajacami #gospel), którzy zaglądają darowanemu koniowi w zęby, a rzeczywistość penetrują głębiej niż Świntuch. Afrojax, poza perwersyjnym, destrukcyjnym poczuciem humoru, miał jeszcze (zniwelowaną z czasem) wadę wymowy. I zespół instrumentalistów, któremu ani myślało się wpasowywać w środowiskowe schematy. Afro Kolektyw już więc od samego początku był na marginesie sceny, szukając swojego fanbase’u raczej wśród odbiorców Trójki niż „Rap Kanciapy”. W tym sensie można powiedzieć, że droga, którą pokonał, jest naturalna.

Odpalam jednak „Czarno widzę” i żałuję. Kilka zajebiście opowiedzianych historii, w których dbałość o całościowy wydźwięk nie przekreśla troski o najmniejsze detale i pojedyncze, wbijające się w pamięć linijki w rodzaju: „każda rozmowa z Tobą brzmi jak kwalifikacyjna, wiesz?” czy „Patrzę na was jak Stevie Wonder na Raya Charlesa”.

Me?How?

Poza trzema raperami pozwoliłem sobie na sam koniec wspomnieć o producencie, który przed sześcioma-siedmioma laty tworzył absolutnie topowe bity w podziemiu, a dziś – z tego co wiadomo – produkcją się już nie zajmuje. Gdy Jimson pojedynkował się z VNM’em, tak się złożyło, że raperzy – w wyniku wewnętrznych konfliktów – „wymienili się” bitmejkerami: w pewnym momencie z Jimsonem zaczął nagrywać Bob Air (efektem fantastyczna „Gorączka w parku igieł”), zaś VNM sięgnął, choć mniej wydajnie, po pomoc Me?Howa. Dziś pamiętamy przede wszystkim o tym pierwszym. Tymczasem Jims, poza „Gorączką”, ma na koncie jeszcze jedną klasyczną płytę: „Między słowami” (2006). Wyprodukował ją właśnie Me?How?. Brzmienie to ciężkie i mroczne, ale wciąga jak cholera – za sprawą minimalizmu zawieszone jest gdzieś między De Beatminerz i The Ummah. Nie tak efektowne jak to Bob Aira na „Gorączce”, ale równie wciągające.

Przeglądam na tej stronie instrumentale producenta. Niestety, lista współpracowników nie jest imponująca. Poza TuszemNaRękach i Hukosem brakuje znanych nazwisk (na wspomnianym wyżej „Billingu” Blefa znalazł się jeszcze jeden, zresztą znakomity bit Me?Howa do „Stawki są wysokie”). Koniec końców, doszło też do ponownego spotkania z Jimsonem przy okazji „Ucieczki z wesołego miasteczka”. „Arabskie noce” to przykład kompletnego, głębokiego brzmienia.

Polecane


Share This