Tango Milonga Dance, czyli Cafe Fogg 2


2009.11.18

opublikował:

Tango Milonga Dance, czyli Cafe Fogg 2

„Ostatnia niedziela” ubrana w formę bolera i zaśpiewana po hiszpańsku, dance’owe „Tango Milonga”, Natu śpiewająca „Nieaktualną piosenkę” jak Ordonka (z nieodłącznym gładkim „ł”), szalone remixy z wykorzystaniem wokalu Mieczysława Fogga i mnóstwo innych niespodzianek znalazło się na drugiej części kompilacji „Cafe Fogg”.

O płycie, która ukazała się w listopadzie 2009 oraz o swoim pradziadku i zmiennym warszawskim klimacie opowiada Michał Fogg.

– Jak narodził się pomysł wydania na płycie uwspółcześnionych wersji piosenek Mieczysława Fogga?

– Zawsze nosiłem się z zamiarem wydania piosenek pradziadka w nowych aranżacjach. Szczęśliwie się złożyło, że w tym samym czasie także inne osoby wpadły na ten pomysł. Byli to producenci muzyczni Piotr Zabrodzki i Sebastian Skalski. Poznaliśmy się przez znajomych, którzy również zaangażowali się w ten projekt, połączyliśmy siły i powstała pierwsza część „Cafe Fogg”. A ponieważ spotkała się z dużym entuzjazmem publiczności, postanowiliśmy przygotować kontynuację tego albumu.

Niedawno brałem udział w nagraniu programu telewizyjnego „Wideoteka dorosłego człowieka”, do którego została zaproszona jako gość-niespodzianka pani Krystyna Kwiatkowska-Jabłońska, krewna Ireny Kwiatkowskiej. Pani Krystyna grała w latach 60. w damskim zespole Baby Jagi, który towarzyszył pradziadkowi na koncertach. Bardzo gratulowała płyty „Cafe Fogg”, mimo że jest osobą z pokolenia moich rodziców.

– Na „Cafe Fogg 2” pojawia się kilku wykonawców znanych z pierwszej części cyklu, m.in. The Bumelants, Maria Sadowska czy Smokee.

– Część artystów, którzy wzięli udział w nagraniu pierwszej części, wyraziła ochotę dalszej współpracy, zaprosiliśmy też nowych wykonawców. Zachowaliśmy podobną konwencję, a artyści otrzymali pełną swobodę tworzenia, dzięki czemu kolejne utwory wpisały się idealnie w ich stylistykę.

Jedyna nasza ingerencja polegała na selekcji piosenek, którą zrobiliśmy wspólnie z Sebastianem. Niektóre typy były dla nas od razu jasne, część piosenek Sebastian dobrał dla muzyków, których lepiej znał, a niektórzy wykonawcy wybrali utwór dla siebie z zebranej przez nas puli kompozycji. Chcieliśmy, żeby, podobnie jak na pierwszej płycie, znalazły się na „Cafe Fogg 2” zarówno wielkie przeboje Mieczysława Fogga, jak i jego mniej znane piosenki. Na drugiej części kompilacji można usłyszeć głównie piosenki przedwojenne, ale jest też nieśmiertelna „Ostatnia niedziela”, tym razem wykonana po hiszpańsku przez zespół Noche de boleros oraz „Tango Milonga” w zupełnie nowej wersji. Oba te utwory pojawiły się także na pierwszej kompilacji. 12 pozostałych piosenek znalazło się na „Cafe Fogg” po raz pierwszy.

Część nagrań była realizowana przez artystów we własnym zakresie, często poza Warszawą, na przykład Bumelanci, Smokee, Martin Harmony, Audiofeels czy Natu i Envee przesłali do nas gotowe nagrania. W Warszawie nagrywaliśmy Mietka Szcześniaka, Marię Sadowską i Dorotę Miśkiewicz.

 

– Czy nowe aranżacje były dla pana zaskakujące?

– Tak i były to bardzo miłe niespodzianki, chociaż mniej więcej wiedzieliśmy, czego się spodziewać, ponieważ skład artystów był kompletowany do tego projektu wedle klucza muzycznego. Nie wybieraliśmy twórców z rankingu najpopularniejszych młodych wykonawców i nie braliśmy ich z sufitu, chodziło nam o wartości muzyczne tej płyty, więc zapraszaliśmy artystów, których dokonania były nam znane.

– Jak pana pradziadek odebrałby tego typu wariacje na temat swoich piosenek?

– Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, ale na pewno doceniałby trud artystyczny, który został włożony w nowe aranżacje. To nie są pastisze ani parodie. A czy podobałoby mu się to, co znalazło się na płycie? Nie wiem, aż tak dobrze nie znałem jego gustów muzycznych.

Pradziadek umarł, kiedy miałem 15 lat. Dopiero po jego śmierci, z roku na rok coraz bardziej wzrastała świadomość, kim on był i coraz bardziej interesowałem się jego twórczością. Kiedy żył, bardziej interesowały mnie kapsle i zabawa z kumplami na podwórku, co jest dość naturalne.

Widywaliśmy się z pradziadkiem raz na tydzień. Miał jedną żelazną zasadę: grubą czarną kreską odkreślał swoje działania artystyczno-sceniczne od rodziny. Dziś powiedzielibyśmy, że był osobą, która nie przynosi pracy do domu. Na scenie, w radiu i telewizji był gwiazdą – słynnym Mieczysławem Foggiem, a w domu po prostu dziadkiem.

– Podobno nagrał ponad dwa tysiące piosenek. Ile z nich się zachowało?

– Zdecydowana większość. Jedyne, które mogły się nie zachować, to część nagrań przedwojennych. Do końca nigdy nie wiem, czy podawana w biografiach liczba piosenek nagranych przez pradziadka jest podawana łącznie z tymi, które nagrał z Chórem Dana, a zespół występował przez prawie 10 lat.

Myślę, że przetrwały wszystkie nagrania zrealizowane od lat 50. Na szczęście pradziadek swoje przedwojenne przeboje i piosenki innych wykonawców, które śpiewał najdłużej i popularyzował już po wojnie, nagrał ponownie w latach 60. Niektóre zostały zarejestrowane nawet dwukrotnie, a później wydawano je w reedycjach z nowymi aranżami, na przykład pana Suchockiego. Płyty z tymi piosenkami ukazywały się nakładem Polskich Nagrań.

– Czy kolekcjonuje pan nagrania pradziadka?

– Staram się, ale niektóre rzeczy są już nie do odtworzenia. Mam na myśli przede wszystkim stare szelakowe płyty wydane przez Fogg-Record i nagrania przedwojenne. Mam niedużą kolekcję, ale wiem, że jest w Polsce paru zagorzałych kolekcjonerów, którzy posiadają dużo większe zbiory. Sporo nagrań jest też w archiwum Polskiego Radia.

W latach 80., jeszcze za życia pradziadka, padliśmy ofiarą kradzieży. Płyty między innymi z wytwórni Fogg-Record były przechowywane w domku letniskowym na działce. Wszystkie zostały połamane i zniszczone przez sprawców włamania. Fogg-Record wydało około stu tytułów i kilkadziesiąt z nich wtedy straciliśmy.

– Czy były wśród nich również nagrania bajek czytanych przez Ludwika Solskiego?

– Dokładnie. Marzę o tym, żeby znaleźć ludzi, którzy mają w swoich kolekcjach nagrania tych bajek i wydać je ponownie. Bliżej jednak jestem realizacji innego projektu: Fogg-Record zarejestrowało kolędy śpiewane przez ówczesny chór Harcerstwa Polskiego, jeszcze Harcerstwa, bo to był 1946 lub 1947 rok. Nagrano 10 czy 12 kolęd. Było to jedyne wydawnictwo Fogg-Record z biało-czerwoną etykietą, pozostałe były żółto-niebieskie lub różowo-niebieskie. Mam tylko jedną taką płytę, ale znam kolekcjonera, który posiada trzy czy cztery płyty, czyli byłaby to niemal kompletna kolekcja.

– Czy możliwe jest odtworzenie klimatu przedwojennej Warszawy?

– Nie ma sensu go odtwarzać, ale warto wracać do niektórych dobrych tradycji. Bardziej trzeba jednak skupiać się na tym, żeby nie zaprzepaścić tego, co zostało po dawnej Warszawie. Chociaż z tego, co wiem, ten cały etos przedwojennej Warszawy jako Paryża Wschodu jest mocno przesadzony. Najlepiej zapisał się z tamtego okresu szczególny klimat, do którego się wzdycha. To on jest najfajniejszy.

– A czy dzisiejsza Warszawa ma własny klimat?

Ostatnimi laty zaczyna on odżywać, ale lata 90. wyrządziły temu miastu i innym miastom w Polsce, do których wdarł się chaos, wielką krzywdę. Wydaje mi się, że w tym kontekście nasza płyta może mieć też trochę edukacyjny charakter, choć może tylko dopisuję teorię do tego przedsięwzięcia. Uważam, że zachłyśnięcie się wzorcami spoza Polski jest u nas zbyt silne, a warto też spojrzeć na własne podwórko: mieliśmy i mamy naprawdę wartościowe rzeczy.

– Na zdjęciach zamieszczonych w książeczce dołączonej do płyty „Cafe Fogg 2” widzimy Mieczysława Fogga stojącego przy samochodach. Był fanem motoryzacji?

– Samochód był dla niego miejscem pracy, a także wypoczynku i relaksu. Nawet jeździłem z nim samochodem. Można powiedzieć, że prowadziłem siedząc pradziadkowi na kolanach. Potem dziadek przejął pałeczkę, a po nim mój ojciec. Do dziś w naszej rodzinie panuje kult dobrego kierowcy. Jeden z samochodów dziadka zdarzyło nam się z ojcem pokiereszować: miałem chyba trzy lata, siedziałem za kierownicą i na działce zaliczyliśmy drzewo.

Pamiętam dwa ostatnie samochody pradziadka, jeden z nich można zobaczyć na zdjęciu zamieszczonym na okładce płyty. Krążą legendy, że pradziadek kochał mercedesy i miał ich kilka, ale to nie była jego ulubiona marka. Najbardziej lubił ople i fordy. I nie posiadał jednocześnie kilku samochodów.

– A jak to się stało, że otrzymał indiańskie imię?

– Występował na całym świecie, między innymi w Stanach Zjednoczonych w rezerwacie dla Indian. Do dziś mamy w domu laurkę na korze brzozy, na której są napisy po indiańsku i po angielsku, że pradziadek otrzymał od wodza plemienia Tuscarora przydomek Śpiewający Biały Orzeł.

Polecane

Share This