Totalna kreacja Tylera. Dyskografia, przez którą nie można przejść spokojnie


2020.03.13

opublikował:

Totalna kreacja Tylera. Dyskografia, przez którą nie można przejść spokojnie

Tyler to fenomen, jest marzec 2020, a wciąż dyskutuje się o zeszłorocznym „IGORZE”. Grono specjalistów bierze pod lupę dorobek wizjonera i prowokatora pokazując, jak jego karierze udało się dojść do tego punktu.

„Bastard” („Bastard”, 2009)

Łukasz Rawski (Popkiller): – „Bastard” to bezkompromisowe wejście na scenę. Tyler nie brał jeńców od samego początku. Jeśli zastanawialiście się, skąd pomysł na rozmowy z terapeutą u Quebo, Tyler już dekadę temu wprowadził ten motyw. Już wtedy było słychać w tym chłopaku świadomość swoich umiejętności. Zaczynając od kakofonicznego brzmienia, pełnego niezrozumiałych wtedy dźwięków, bliżej było mu do horrorcore’u, niżeli do multi-gatunkowego stylu, który prezentuje obecnie. „This is what the devil plays before he goes to sleep” – właśnie tak przywitał się z nami jeden z najważniejszych artystów XXI wieku. Nie była to muzyka łatwa do przyswojenia. Wręcz przeciwnie i właśnie ta trudność zrozumienia sprawiła, że Tyler intrygował. Wiedziałem, że zajdzie daleko, ale nie spodziewałem się, że jego ewolucja jako artysta zajdzie tak daleko.

„French” („Bastard”, 2009)

Michał Klimko (Polityka): -Najlepiej słuchać „French” w pozostawiającej słodki niedosyt wersji singlowej, trwającej niecałe półtorej minuty. Dodajmy – półtórej minuty czystej słowno-muzycznej perwersji. „I’m opening a church to sell coke and Led Zeppelin/And fuck Mary in her ass” – tak, przy 17-letnim Tylerze rodzimi nastoletni prowokatorzy w rodzaju Kozy nagle wydają się zaskakująco potulni i konwencjonalni. Podobnych lirycznych atrakcji jest tu więcej (choć z tylerowymi odniesieniami bez Geniusa ani rusz), ale równie satysfakcjonujące jest śledzenie suchego flow. Dołóżmy do tego beat przypominający zapętloną drukarkę na przesterze i otrzymujemy numer, który nie tyle się nie zestarzał, co wciąż się nie wydarzył – przynajmniej u nas. Numer – pardon my French – zajebisty.

„Radicals” („Goblin”, 2011)

Bartosz Cieślak (Noise Magazine): – Tylera Stworzyciela poznałem dzięki płycie „Goblin”. To ona otworzyła moją kucową punkowo/metalową percepcję na nowsze nurty w hiphopie i piękny świat kolektywu twórczego Odd Future. Gwóźdź w głowę wbił mi numer „Radicals”, który był – wedle mojego aparatu pojęciowego i bagażu kulturowego – kawałkiem hardcore/punkowym. Takim wolniejszym, bez gitar, na pięknym slo-mo zaszumionym bicie, rozbudowanym tekstowo. Reszta się zgadza: „pierdol-się-attitude”, antykonserwatywna odezwa, refren z fraz-ciosów. Wszystko to, co znajdziemy na albumach punkowych niezależnie od tego, czy pod tą czapką kryje się The Exploited, Minor Threat czy Suicidal Tendencies. Zmienia się forma i odbiorca, ale komunikat pozostaje ten sam i aktualny.

„Yonkers” („Goblin”, 2011)

Marcin Flint: – Regularne obcowanie z hip-hopem szybko prowadzi do – jak się okazuje, póki co zawsze mylnego – przeświadczenia, że słyszało się już wszystko. Jeżeli miałbym wybrać jeden z tych momentów ostatniej dekady, w której czułem się naprawdę zaskoczony, to byłoby to „Yonkers”. Przeraźliwie często mrugający chłopak w pięknie wyprasowanej koszuli, niskim, spokojnym głosem i z aktorską dykcją opowiadał na zaskakująco surowym, dyskomfortowym podkładzie na przykład o tym, że Jezus dzwonił, bo ma dość dissów. To miała być beka z nowojorskiego kanonu, ale pomimo celności pastiszu, bliskich mojemu sercu wersów pokroju „I’m stabbin’ any bloggin’ faggot hipster with a pitchfork” czy całej wystudiowanej Tylerowej mimiki, jakoś nie było mi do śmiechu. Przy tym żrącym robaki, przegiętym Afroamerykaninie z nasmarowanym na ręce „kill” ataki Eminema wydawały się jakimś nieszkodliwym utajonym żartem. No dobra, to jest jakiś horrorcore prosto z uczelni artystycznej, a jednak ta utajona maniakalno-depresyjność robiła wrażenie. No nie chciałbym zostać z nim sam na sam pomieszczeniu, podczas gdy przy Mathersie miałbym wrażenie, że byłoby fajnie, bo zaraz wyciągnie bongo i zaprosi Freda Dursta. Potem działo się wiele, Tyler połączył z Pushą T hipsterów i gangsterów, wraz z Earlem strollował pół branży, potem bez Earla drugie pół, nie tylko nie gubiąc , ale i rozwijając przy tym zajebistego, czarnego, ponadgatunkowego muzyka w performerze. Po prostu „Bedrock, harder than a motherfuckin’ Flintstone”.

„IFHY” („Wolf”, 2013)

Bartek Woynicz (Nowamuzyka.pl): – Singiel dla Tylera przełomowy. Raz, że to kooperacja z Pharrellem i to z roku, w którym wyszło „Get Lucky”, „Happy” czy „Blurred Lines”, dwa, że to pierwszy numer Tylora tak szczerze i emocjonalnie mówiący o relacji z kobietą – spory kontrast do dotychczasowego rymowania o gwałtach czy porno. Gdy słyszymy refren „I fucking hate you, but I love you / I’m bad at keeping my emotions bubbled” trudno nie znaleźć w tym choćby cienia swoich doświadczeń. Poza tym mamy tu kapitalny podkład zbudowany na patencie spajającym wolne, topornie kroczące werble z dynamicznie ślizgającymi się po melodii synthami, a to wszystko z przebijającymi w trzecim planie organami Hammonda…, no i słodziutkim bridgem zaśpiewanym przez połówkę The Neptunes. Co ciekawe w „IFHY” można znaleźć korespondecję z przebojowym, zeszłorocznym „Earfquake”, dość przypomnieć, że w teledyskach do obu numerów twarz Tylera zostaje na końcu podpalona.

„Tamale” („Wolf”, 2013)

Paweł Klimczak (Poptown.eu, newonce, Noise Magazine): – Trajektoria lotu Tylera jest fascynująca – od prowokatora, który uprawiał muzyczny Jackass, po spełnionego artystę konceptualnego, który sączy wspaniałe R&B na swoim najlepszym albumie. Bardzo lubię „Igora”, ale czasami wracam do Tylera zbuntowanego i najwyższą formę tego wcielenia znajdziemy w „Tamale”. Świetnie zarapowany numer ocieka ironią i w iście eminemowskim stylu strzela do wielu gwiazd i ich publiczności – od Spike’a Lee po ludzi, którzy cięli się, bo Justin Bieber palił gibona. To prowokacja radosna, raczej dobra zabawa niż cyniczna szydera. Z perspektywy czasu widać, że to paradoksalny artefakt bardziej niewinnej epoki, kiedy w głowach szumiała czysta zabawa. Dzisiaj Tyler jest dojrzały, jego muzyka też, a świat jest w dużo gorszym miejscu, niż siedem lat temu. Aż chce się krzyknąć: Tamale!

„Smuckers” („Cherry bomb”, 2015)

Andrzej Cała (CGM, Noizz, Red Bull Music): – “Cherry Bomb” w żadnym wypadku nie jest moim ulubionym albumem Tylera, ale przyniósł kawałek, do którego wracam regularnie i to z dużą przyjemnością. Może Lil Wayne w 2015 r. nie był już królem rap gry, może i Kanye miewał lepsze okresy, ale u boku filaru Odd Future zaprezentowali się wspaniale. To kawałek kompletny, genialnie zaaranżowany, rozpisany na trzy indywidualności tak, aby w głowie utkwiły z osobna, ale z mocą waliły w głowę dopiero jako całość. Sampel z Gabriele Ducros robi tutaj niesamowitą robotę, wejście Tylera “Hold your fuckin’ horses  / Niggas really fuckin’ thought that T lost it” – wow, sekcja dęta w drugiej połowie kawałka – wow. Wszystko się zgadza. Dowód na to, że muzyczni Bogowie istnieją naprawdę.

„Garden Shed” („Flower boy”, 2017)

Kurtek Lewski (Soulbowl, Radio Luz): – Choć ulokowane w centralnym miejscu przełomowego „Flower Boya” z 2017 roku „Garden Shed” nie jest w żaden sposób utworem, dzięki któremu moglibyśmy Tylera zdefiniować, to bez wątpienia na wielu poziomach punkt zwrotny dla jego kariery i hip hopu w ogóle. Tyler rozpoczyna nieśmiało, nieporadnie, szekspirowskim solilokwium, w którym rolę jednego z wewnętrznych głosów odgrywa Estelle; zwykle wyszczekany tym razem nie potrafi znaleźć słów. W post-hiphopowym progresywnym dwuipółminutowym intrze zbudowanym według neo-soulowej melodyki z towarzyszeniem prince’owskch gitarowych przesterów i ciężkich syntezatorowych riffów, czuć zakotwiczenie Tylera w wewnętrznym Goblinie. Dopiero wtedy Tyler zdobywa się na wyznanie w hip hopie niewyobrażalne — wyjście z tytułowej szopy do bujnie upstrzonego kwiatami ogrodu — wbrew woli wszystkich i własnego Goblina. Esencją „Garden Shed” jest jednak nie to, że Tyler potrafił się na takie wyznanie zdobyć, ale że sam te niewygodne uczucia zamknął w tak elokwentnej kompozycji — wieńczący utwór opasły wers-słowotok wraz z poprzedzającymi go, doskonale zilustrowanymi muzycznie rozterkami to formalny majstersztyk redefiniujący na nowo gatunkowe granice. To bezpośrednia antycypacja „Igora”, bez której ten bezsprzecznie nie mógłby powstać i zostać wydany w znanym nam kształcie. Wreszcie, w „Garden Shed” Tyler niewątpliwie gra z słuchaczami w grę, ale zgoła inną niż ta, którą mieli na myśli Public Enemy w „He Got Game”.

„November” („Flower boy”, 2017)

Piotr Markowicz (Noizz, Skwer.org, Konwerter dźwiękowo-tekstowy): – „Flower Boy” wyszedł w cieniu 50 rocznicy Lata Miłości. Zamiast celować w psychodeliczne gitary i psychodeliczny rock, Tyler poleciał na skrzydłach psychodelicznego jazzu i soulu. Najlepszym momentem całej tej płyty jest „November”. Autor dzieli się swoimi kolejnymi wątpliwościami w ramach gorzkiego strumienia świadomości. Co jeśli przestanę być ważny? Jeśli zrobię się leniwy i asekurancki w swojej twórczości? Co jeśli mój księgowy przewala mnie na hajs? Druga część utworu zjeżdża jeszcze niżej. Wiwisekcja nieudanej relacji z ojcem, opowiedzenie wprost swoich niełatwych emocji, wymagało odwagi, jaką mało kto mógł pochwalić się na scenie. A Tyler przecież do tchórzliwych nigdy nie należał. Wszystko to zaś dzieje się w cieniu tytułowego listopada. Bo „November” to nie miesiąc, to czas, który każdy z nas pamięta, chociaż dla każdego znaczy co innego; to te momenty, w których słońce świeci inaczej i można myśleć, że dryfuje się ponad ziemią. I za tym Tyler tęskni, ale to tęsknota i wątpliwości są drugą stroną medalu wszystkich listopadów.

„I THINK” („IGOR”, 2019)

Dawid Bartkowski (Interia, goodkid.pl, podcast Rap na chacie): – Ostatnio Tyler pisze tylko wielkimi literami, ale co zrobić, skoro wszystko co tworzy właśnie takie jest – wielkie. Oto „IGOR”, ostatni album ziomeczka z Kalifornii, który w całości jest najbardziej dojrzałym dziełem rapera, ekhm, artysty, bo z rapem ma to coraz mniej wspólnego. Głównym punktem programu jest tu „I THINK” – jeden z mocniejszych momentów nie tylko na świetnym pełnograju, jednym z najmocniejszych albumów 2019 roku, ale i w całej jego karierze. Liczy się tu melodia, a nie oklepany, prosty i schematyczny beat z trzema akordami na krzyż. Wyższy wokal, nie niska melorecytacja. Pop z fantastycznym głosem Solange łączący vintage stylówkę 60’s i 90’s lo-fi, które pada baaardzo daleko od wygrzewów z początków kariery. Kawałek bardziej miękki niż gibanie się Tylera na klipie „EARFQUAKE”, ale tak wygląda ewolucja. Od wyszczekanego młokosa po świadomego artystę.

„EARFQUAKE” („Igor”, 2019)

Kuba Ambrożewski (Radio Kampus, Ambrocore): – Dziwna przyszłość nadeszła i w 2019 takie single jak „Earfquake” nikogo przesadnie w mainstreamie nie szokują. Również to, że ten młodzian, który jakoś na początku dekady wywoływał ciarki grozy szalonym performance’em u Fallona, pod jej koniec wchodzi w tryby nowego Steviego Wondera (który notabene zdaniem Lionela Richiego podobno wcale nie jest niewidomy – i to byłoby w tym wszystkim najbardziej wstrząsające) i pisze tak piękne, muzykalne zwrotki i refreny. Naprawdę nie wiem, co tu więcej dodać, niech już po prostu lecą te lajki*

* – Opinia Kuby została wcześniej opublikowana w ramach rankingu singli 2019 roku na Ambrocore (shorturl.at/afvG9)

Polecane

Share This