Była opowieść, nie ma opowieści. Marcin Flint recenzuje film o Notoriousie B.I.G.


2021.03.02

opublikował:

Była opowieść, nie ma opowieści. Marcin Flint recenzuje film o Notoriousie B.I.G.

Raperze, jeśli podejrzewasz, że będą o tobie robić film, to lepiej zapisz w testamencie, żeby nie produkowała go twoja matka z twoim wydawcą.

Kiedy patrzę na swojego walla, to mam wrażenie, że na netfliksowy film o Biggiem czekano tu bardziej niż na większość nowych płyt – i to niezależnie od pokolenia czy preferowanej rapowej estetyki. To nie jest nieporuszony temat, bo sporo pisano i kręcono, ale od jakiegoś czasu było akurat ciszej. A on pozostaje gorący.

Ulubiony raper twojego ulubionego rapera

Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że Christopher Wallace to nie był raper, to był RAPER. Otwieram niezawodną książkę „Ego Trip” na rankingu staroszkolnej nowojorskiej legendy Kool Moe Dee i co widzę? 10/10 w kategoriach artykulacji, głosu, nagrań, trzymania się tematu i innowacji. W sumie 95/100, najwyższa ocena pośród mężczyzn. Biggie jest też w odredakcyjnym zestawieniu „Największych emce wszech czasów”. Praktycznie zawsze do takich trafia i nie potrzeba tu dziennikarzy.

Reggie, Jay-z, 2Pac i Biggie, Andre z Outkastu, Jada, Kurupt,Nas i ja – taką czołówkę wymienia Eminem w „Till I Collapse”.

Top 5, Game, Biggie, Hov… prawdopodobnie Pac, Nas – wylicza The Game w „The City”. A przecież przez cały ten konflikt między wybrzeżami i śmierć Shakura na zachodzie Stanów ten obsesyjny lokalny patriota mógłby myśleć zupełnie inaczej.

A jednak sam Wallace był ponad podziały na stany, plemienia i szkoły. „Z jednej strony mamy gładki westcoastowy g-funk, z drugiej chropowate eastcoastowe wu-tangowanie,a w tym wszystkim dobre jest to, że urodzony w Brooklynie wybiera i łączy same najlepsze cechy obu styli” – czytam w pracy zbiorowej „1001 albumów muzycznych. Historii muzyki rozrywkowej” (debiutanckie „Ready to die” dostąpiło zaszczytu znalezienia się w tym gronie).

– Nie miał bogatego słownictwa, po prostu układał słowa w zręczny sposób i działało – opiniuje (w „How to rap” Paula Edwardsa) Big Daddy Kane, wielka inspiracja Notoriousa. Działało tak dobrze, że raper miał szacunek i na ulicach, i w klubach, i wśród wysublimowanej, rapowej alternatywy, która budowała się przecież m.in. w opozycji do blichtru i kiczu Bad Boy Records. Mos Def i Talib Kweli mówią w „Definition” o całym mieście w muralach mu poświęconych, Lateef docenia „kompleksowe i złożone flow”.

Właściwie przez pryzmat spuścizny Wallace można by opowiedzieć historię rapu. Kanye West w „Through the Wire” mówi, że był w tym samym szpitalu, w którym Biggie umierał. Nas pytał Jaya-Z ile rymów Christophera wypłynie jeszcze z jego tłustych ust. Skoczymy do teraz i zauważymy, jak 21 Savage i A$APy wspominają słynny sweter Coogi, a Joey Badass na bicie DJ-a Premiera parafrazuje „Come on”. W Polsce to samo – Taco Hemingway chwali się „duszą Biggiego” (i Cześka Miłosza), Kaz Bałagane nosi w sercu jego porady dla „farmaceutów”, Bonson ma po nim tautaż, a Pjus tytuł płyty.

– Biggie to jest dla mnie taki archetyp rapera – nie jarasz się tym, co robił chyba tylko jak chcesz być inny na siłę albo dorabiasz kulawą filozofię do hip-hopu. Charyzma, street cred, poczucie humoru i dystans, królewskie flow – prawdziwa legenda – mówił Reno polskiemu Vice.

Pani Wallace, proszę oddać film synowi

Film miał więc rację bytu i na początku „Biggie: I Got a Story to Tell” wydaje się, że mamy to. Świetnie, że Puff Daddy gada o tym, iż Nowy Jork chciał odpowiedzieć na to, co zrobili ówcześni królowie – Snoop z Dr. Dre. Znakomita jest wypowiedź o całej melodii słowa wyniesionej z Rhytm & Bluesa i jamajskie dziedzictwo, gorąca, zielona wyspa w opozycji do zimnego, pastelowego Bronksu, źródło innego slangu, szerszych muzycznych horyzontów. Tak jak trudno się nie uśmiechnąć rejestrując, że Biggie zasypiał do country, tak równie trudno nie cmoknąć z podziwu, gdy udaje się pokazać wpływ tego, co raper słucha, na to jak nawija – choćby samą organizację rytmiczną zwrotek. To jest to mięso cenniejsze od kryminalnych historii i w dodatku bardzo dobrze opakowane. Większość utworów funkcjonuje tu jako lyrics video, infograficy wykonali świetną robotę zaznaczając wszystko na ruchomej mapie, dzięki czemu wiemy jak daleko Christopher miał na osławioną Fulton Street, gdzie rezydował Easy Mo Bee, czujemy się trochę jakbyśmy sami jeździli nowojorskimi ulicami. Wrażenie robi mnogość archiwaliów czy dobrane miejscówki – Lil Cease w kolorowym świetle witraży od razu brzmi donioślej i ciekawiej.

Chciałoby się wsiąknąć po całości. Szkoda, że im więcej czasu spędzonego przy ekranie, tym silniejsze wrażenie, że to nie jest film o Biggiem, a jego matce. To opanowana kobieta, która bez histerii recenzuje poczynania syna i odnosi się do nich, z tymi wszystkimi półuśmiechami, błyskiem w oku i stwierdzeniem, że na pogrzebie nie miała czym płakać bez wątpienia robi wrażenie. Ale to też dosłownie jedyny „wnikliwy wywiad” (tak zachęca sam Netflix) na jaki trafimy podczas seansu. Kiedy pani Voletta kolejny raz pojawia się przed kamerą, a ty czekasz na domknięcie wątku, to zaczyna irytować. Bardziej niż megalomania Puffa, wliczona w koszta przez każdego, kto ma choćby mgliste pojęcie o hip-hopie. Biznesmen tę gdzieś narrację pcha, mama właściwie ją zatrzymuje.

Brakuje kontekstów. Bez wyjaśnienia jest np. epidemia cracku i jej wpływ na lokalne społeczności – tak, wiem, Netflix ma o tym inny dokument. Ale słyszymy na przykład, że Nowy Jork był rapowo słaby i potrzebował zbawcy. OK, jest zapewne perspektywa, z której taki sąd można obronić czy uzasadnić, niemniej nie ma nawet próby. A tu dwa lata przed debiutanckim „Ready to die” solówkami atakował Redman i Diamond D, elementarz hip-hopu wypuszczał Pete Rock z CL Smoothem. Rok później wejście smoka notował Wu-Tang Clan i Onyx, Black Moon (o którego wpływie na Biggiego w „Art of rap” mówił will.i.am) miał „Enta Da Stage”, Tribe’y „Midnight Marauders”, a KRS-One „Return of the Boom Bap”. Życzyłbym sobie więcej tak słabych lat.

Dobry chłopak był

Nie chcę nawet spekulować, ile mogłaby wnieść wypowiedź Method Mana z Wu, jedynego rapowego gościa na „Ready…”. Moment ukazania się pierwszej notoriousowej płyty przypada gdzieś na 75 minutę filmu, zostaje ich wtedy 20 do końca i film zaczyna się zupełnie gubić. Abstrahuję od tego, że „Party and Bullshit” z 1993 roku jest ostatnim numerem, nad którym twórcy jakoś się pochylają. Rozumiem, to nie jest obraz dla krytyków muzycznych. Gorzej, że staje się dla nikogo. Jedna płyta, zaraz jest druga. Jedno dziecko, zaraz jest drugie. Żona Faith Evans ex machina, dosłownie na chwilę. Żadnej refleksji nad konfliktem wybrzeży, wojny Bad Boya i Death Row, bez wprowadzenia, bez wyjaśnienia skąd, dlaczego, jak się skończyło i jakie są tego konsekwencje. Może i Biggie „got story to tell”, ale to jest tylko wyrzutnia grzybów ustawiona na barszcz. Łapiemy strzępki, że myśli samobójcze, że wyjazd do Karoliny Północnej, że „Ready to die” to było „cry out for life”. Kiedy pojawia się na koniec babcia Notoriusa, to aż przykro, bo prowokuje to do głupich żartów. Bo to nie jest dokument o raperze, to jest film o chłopaku, który nie miał taty, miał fajną mamę, ładnie rysował, chodził do szkoły katolickiej i robił dzieci. Hmm, to chyba nie dlatego jego plastikową, pomalowaną na złoto koronę sprzedano właśnie za 600 tysięcy dolarów.

– Jestem totalnie rozczarowany. Zrobili laurkę pt. dobry chłopak był, kochał mamę, może i stał na ulicy, ale boże kto mógł strzelać i dlaczego? Jak to? Zero rozkminy na temat beefu z Tupakiem, zero trudnych pytań, jeszcze mniej odpowiedzi – komentował Piotr Weltrowski, dziennikarz, administrator popularnego profilu „Są płyty, o których nie śniło się młodym klerykom”.

– Sporo fajnych archiwalnych zdjęć i historii z najwcześniejszych lat. Ale wymazanie z życiorysu 9-miesięcznej odsiadki za dilowanie crackiem to klasyczny zabieg takich laurkowych przedsięwzięć. Żadne kontrowersje czy nowe fakty tu się nie pojawiają, a tym bardziej nie ma nic na temat tego, że Puffy (oczywiście producent filmu) miał zlecić Cripsom zabójstwo 2Paca i Suge’a. No, ale przecież sam by się nie wystawił – ocenia Adam Drzewucki z „Noise Magazine”.

Netflix jawi się tym samym jako bardzo sprawna maszyna do rozjeżdżania pełnokrwistych, złożonych postaci do formy niesmakujących niczym, płaskich naleśników. „Na zawsze zmienił kierunek hip-hopu” – czytam przed napisami końcowymi. Ej, trzeba było to pokazać. Mam nadzieję, że „Biggie: I Got a Story to Tell” temat na nowo otwiera, a nie kładzie kamień na niego.

Polecane


Share This