„Fight Club” zostawia z kilkoma świetnymi numerami, prezentuje jakość i udowadnia, że PRO8L3M nie umie odczepić się od siebie

Marcin Flint recenzuje nowe wydawnictwo Oskara i Steeza

2021.04.01

opublikował:


„Fight Club” zostawia z kilkoma świetnymi numerami, prezentuje jakość i udowadnia, że PRO8L3M nie umie odczepić się od siebie

Wiele różnych rytmów, jeszcze więcej gości, a sam duet spuszczony ze smyczy większej idei. „Fight Club” zostawia z kilkoma świetnymi numerami, prezentuje jakość i udowadnia, że PRO8L3M nie umie odczepić się od siebie.

Prawie zawsze kibicuje twórcom rapowym, który mają na siebie dobrze przemyślany pomysł – ubierają płyty w fabuły, wciskają w ramy konceptu. Dla nich to więcej roboty, ale dla słuchaczy mniej nudy, prościej też przymknąć oko na ewentualne mankamenty. Nie da się ukryć, że w dyskografii PRO8L3Mu sporo się działo – był dialog z polską piosenką, był cyberpunk, były nihilistyczne raporty z szarej strefy. Ale ja miałem jak z Tym Typem Mesem albo nawet Łoną, tęskniłem za zwyczajnością świadom, że to artyści tak barwni, że klasycznie wpisane w hip-hop przechwałki czy reportaże zza okna nie będą ani trochę „jak wszędzie”. Jako że większość Problemowych konceptów i tak pruła mi się w uszach, ucieszyłem się z zapowiedzi bardziej puszczonej samopas składanki. No, wreszcie Oskar ze Steezem saute, bez kostiumu, scenografii, musu nagięcia się do wizji.

Już otwierające „Witamy, witamy, witamy” mieni się kolorami. Raper wjeżdża jakby był polskim Rytmusem, łapie soundcloudowe „ay flow”, w refrenie wpada w południowe spowolnienie. Od razu przypominamy sobie, że wniósł do gry nie tylko ostrą, ofbitową nawijkę, ale cały wachlarz patentów. Czy zawsze fajnych? No nie, ten syntezator mowy Ivona w „Adios” przede wszystkim drażni, a w tytułowym kawałku straszny jest i autotune, i śpiewanki, i groteskowe dopowiedzi. Zawsze jednak własnych. Szkoda tylko, że czasem bez umiaru recyklingowanych. Dziwi „Strange days” puszczony jako pierwszy singiel, bo tu absolutnie wszystko jest z autoodzysku, łącznie z klimatem, konstrukcją narracji na zasadzie „ona coś, ja coś” i skokiem bitu w EDM.

Nie brak jednak numerów, w których gospodarze udowadniają swoją wielkość. Oskarowi wystarczy czasem parę słów: „smak ostrzejszy od harissy”, „wkroczenie w pustkę jak Gaspar”, zrymowanie „liczi” do „Ricci” albo ta od razu przenosząca w czasie chmura haseł z „NASCARA”. Steez ma tę swoją ciężką artylerię synthów, robi jakieś dziwne rzeczy z drillami, niemniej najchętniej bym go pochwalił za tę gitarę a la wczesne The Police/Lady Pank i w ogóle aranżacyjne dopięcie „Freonu”. Tylko nie wiem ile tak naprawdę z tego ogarnął Du:It. Konia z rzędem za fantastyczny, realtalkowy rap wyłączonych osłon i zdjętego pola siłowego w „Zombie”. I od razu kolejny komplement dla współprodukującego Du:Ita, bo tak gdzie tak melodyjnie, że aż popowo, przy tym niebanalnie, z pewnym alternatywnym przechyłem, tam ten gość się sprawdza. Sokół też bajka, świetnie się emocjonalnie dostroił. Potężna okazuje się „Ziemia Obiecana”, w czym zasługa tłustszych, mało Problemowych bębnów, duetu Pih x Chada w refrenie (Warszawiak oczywiście z cutów, ale także wersów pokroju „Tu jesteś winny lub współwinny / Wiatr wieje pustynny / Tu farmazon do ciał stałych wrzuć / A prawdę do półpłynnych”). Jest w tym więcej literatury niż na jednej półce w Bonito.

Jest też dużo gości. Czasem mam wrażenie, że za dużo. „GeForce” jest nieporozumieniem. Zostawiam to, że raperzy coś zbyt łapczywie ślinią się ostatnio do gamingowego kawałka tortu. W tym samym czasie Mielon, inny podopieczny 2020, miał na ten temat kawałek ze Słoniem. I szkoda, że szef Brain Dead Familii nie wpadł tutaj, bo Kaz Bałagane i Szpaku są hermetyczni i dziwnie nie na miejscu, chemia okazuje się ujemna, najbardziej komfortowo wyłapuje się wsamplowane cytaty z gier. „W A2” z „busami kurwami wypchanymi po dachy” PRO8L3M brzmi jak pastisz PRO8L3Mu i dobrze się stało, że Paluch wjechał bez hamulców, bo ratuje numer.

Ero JWP rapuje w „Animal Planet” bez braggi, z przekazem, dobrze wiesz, czemu ma te litery na ksywce i czemu Wilku WDZ dostał refren. „The End Fin Esc Abort” jest tak ekscentryczne, jak by się można spodziewać po Młodym Dronie. Niby smutne pianinka, ale to drill, autotune’owe lamenty z dziwnymi repetycjami sytuują się gdzieś między Lil kimśtam i Playboiem Cartim, gdzieś w głowie sobie trzeba podopisywać te obszarpywane wersy, a jednak jest trip, nie ma nudy.

Brodka w „Żarze”? Jak z jakościowej fabryki alternatywnych wokalistek próbujących rapu, gdyby mi ktoś powiedział, że to Kacha Kowalczyk, to bym uwierzył. A„NASCAR”? Pezet bardzo fajnie, pięć za Larsa Von Triera, dlaczego jednak 2020 traktuje rap jak frytki i wszędzie musi zostać dorzucony CatchUp? Tu zdecydowanie mógłby nie być.

„Fight Club” zostawia z mieszanymi uczuciami, przy czym wyraźnie górują pozytywne. Jeżeli umiesz spojrzeć na PRO8L3M nie oczekując od nich innowacji, to możesz się dobrze bawić, nawet jeśli oskarowatość nawijki i steezowość bitów nie jest mistrzostwem świata w uniwersalności przez co zostaje wrażenie, żeby się panowie musieli zrównać z ziemią, by mogli zbudować się na nowo. Jeśli nie umiesz, wciąż jest tu parę naprawdę epickich numerów, które warto z tej całości wyłuskać i reszta, której nie trzeba zbyt szybko przełączać.

PRO8L3M „Fight Club”, wyd. 2020
Ocena: 3,5 / 5

Polecane


Share This