Michael Kiwanuka – „Kiwanuka” (recenzja)


2019.11.01

opublikował:

Michael Kiwanuka – „Kiwanuka” (recenzja)

fot. mat. pras.

Autor najsłynniejszej telewizyjnej piosenki ostatnich lat, czyli „Cold Little Heart” z czołówki znakomitej serii „Big Little Lies” („Wielkie kłamstewka”), wraca z następcą płyty „Love & Hate”. I choć na trzecim krążku Anglika nie ma tak wielkiego przeboju, jak wspomniany „Cold Little Heart”, to „Kiwanuka” jest bardzo równym, stylowym i gęstym albumem, na którym znalazła się porywająca mieszanka starego soulu, funku, jazzu, hendriksowskich gitar oraz subtelnych elektronicznych trików Danger Mouse’a.

Dzięki uprzejmości wytwórni, która wydaje Kiwanukę, słucham w zachwycie tego krążka od ponad miesiąca. I wciąż nie mija mi zachwyt, wciąż mi mało tych dźwięków i nut. Znam już nam pamięć nie tylko dwa znakomite single, czyli „You Ain’t The Problem” i „Piano Joint (This Kind Of Love)”, ale również każdą nutę na tej płycie. Nie opuszcza mnie też wrażenie, że to, co dzieje się na trzecim wydawnictwie londyńskiego artysty, to znów krok naprzód w muzycznej podróży tego znakomitego wokalisty. O ile bowiem na poprzednich wydawnictwach miał lepsze i gorsze momenty, wciąż jakby też szukał własnego stylu, to tym razem trafił w sedno swojej muzycznej opowieści. A efektem tych poszukiwań jest stylowe granie jakby rodem z lat 60. i 70. wymieszane z nowoczesną produkcją, za którą odpowiadają ponownie Danger Mouse oraz Inflo – twórcy, którzy wsparli artystę przy „Love & Hate”.

Nie odkryję Ameryki, jeśli napiszę, że „duchowymi” patronami tej płyty są Otis Redding, Bobby Womack czy Gil Scott-Heron – artyści kojarzeni z najlepszym, korzennym, tzw. deep soulem. To właśnie te stylowe, szlachetne brzmienia są nowym krążku fundamentem, czy – inaczej mówiąc – stylistycznym kompasem dla Kiwanuki. Fundamentem, na którym buduje on własne – jak zawsze świeże, ale też niezmiennie intrygujące pomysły, dzięki którym jego piosenek nie można pomylić z niczym innym, co słyszymy dziś w radiu czy w serwisach streamingowych. Ma swój styl skubaniec i za to go kocham. Choć przecież nie dogonił jeszcze swoich, wymienionych wcześniej mistrzów. I chyba nigdy nie dogoni…

Ale nie musi. Muzyka to nie wyścigi. To uczucia, emocje, nastrój i klimat. A w jego tworzeniu 32-letni dziś Anglik jest największym mistrzem. I co najważniejsze, przynajmniej w mojej ocenie, wychodzą mu – niczym „spod palca” – nie tylko piękne, spokojne, snujowate i miłosne „pościelówy” („I’ve Been Dazed”, „Solid Ground”), ale najbardziej charakterny jest on tam, gdzie dociska gaz do dechy. Jak choćby w otwierającym całość i wspomnianym już singlu „You Ain’t The Problem” – szalonym, naładowanym energią i wybuchowym miksie soulu, funku i… disco, z tymi porywającymi chórkami w refrenie, które przywołują wspomnienie o musicalu „Hair”, festiwalu w Woodstock i hippisowskiej Erze Wodnika…

Maksymalne emocje towarzyszyć wam będą również w trakcie słuchania „Hero”, w którym pojawia się gitara przypominająca styl gry Jimiego Hendriksa – gęstą, rozpylaną niczym mgła, solówkę o przesterowanym brzmieniu. A pamiętacie temat przewodni do „Shafta” z 2000 roku z Samuelem L. Jacksonem? Ten filmowy, również stylizowany na lata 70. soul-funk pełen klawiszowych pasaży i charakterystycznych partii dęciaków znajdziecie również w „Living In Denial”. A może macie ochotę na chwilę wytchnienia? W takim razie wróćcie do „Piano Joint (This Kind Of Love)”, który hipnotyzuje swoim jazzującym klimatem – oczywiście podbitym subtelnymi, syntetycznymi „brejkami”, które umiejętnie i ze smakiem rozsypał niemal po całym albumie inżynier dźwięku – Danger Mouse.

Na tym oczywiście nie koniec „smaczków”, które wypełniają tę tak rozhuśtaną stylistycznie, a jednak spójną brzmieniowo – dzięki konceptualnej produkcji – płytę, na której wokalny mistrz Michael przedstawia nam się jako czuły i wrażliwy opowiadacz historii. Przede wszystkim miłosnych („I’ve Been Dazed”, „Hero”, ale nie tylko. Jak zawsze Anglik pochyla się z troską nad losami ludzkości i świata („Living In Denial”, „Final Days”), czym znów kradnie serca słuchaczy. I choć jego trzeci album rozpoczyna się w miejscu, które z początku przywołuje skojarzenia z poprzednikiem, jednak tak naprawdę „Kiwanuka” prezentuje o wiele szerszą, muzyczną ścieżkę. Ja pójdę nią chętnie – wraz z natchnionym wokalistą – jeszcze (niejeden) raz. A wy?

Artur Szklarczyk

Ocena: 4,5/5

Tracklista:

1. You Ain’t The Problem
2. Rolling
3. I’ve Been Dazed
4. Piano Joint (This Kind Of Love) Intro
5. Piano Joint (This Kind Of Love)
6. Another Human Being (Interlude)
7. Living In Denial
8. Hero
9. Hard To Say Goodbye
10. Final Days
11. Interlude (Loving The People)
12. Solid Ground
13. Light

Polecane