Radiohead – „The King Of Limbs”

Znów to zrobili.

2011.02.22

opublikował:


Radiohead – „The King Of Limbs”

Jak zacząć pisanie recenzji kolejnej płyty Radiohead bez powtarzania schematów pt. „Czy zespół nagrał najlepszą płytę w dotychczasowej karierze?” Trudne to zadanie, zważywszy na rangę, jaką osiągnął zespół Thoma Yorke’a na rynku muzycznym. Niemożliwe jest uciekanie przed porównaniami do poprzednich dokonań grupy. Może lepiej napiszę o tym, co zapowiadało brzmienie „The King Of Limbs”. „These Are My Twisted Words” pokazywało, że Radiohead poszukują gdzieś w okolicach krautrocka spod znaku Can. Solowe występy wokalisty zwiastowały zwrot ku akustycznemu graniu (vide „Present Tense”). Ale na tym nie koniec. Podwójny singiel Yorke’a „Feelings Pulled Apart By Horses/The Hollow Earth” to z jednej strony duszna, mroczna elektronika, z drugiej – kontynuacja stylu z „The Eraser”. Nie zapominajmy o zestawach utworów aktualnie słuchanych przez członków Radiohead wrzucanych na stronę zespołu, gdzie można było znaleźć… praktycznie wszystko (Public Enemy – Four Tet – Marvin Gaye). Zespół-tajemnica. W poniedziałek 14 lutego okazało się, że nowy album będzie dostępny w sobotę (tym razem trzeba zapłacić, żeby legalnie słuchać). Jednak umysły absolwentów brytyjskich uczelni chodzą krętymi ścieżkami, skoro „The King Of Limbs” dostaliśmy ostatecznie w piątek. Zespół-zagadka.

Niezbadane są umysły muzyków Radiohead, bo znów udało im się zaskoczyć słuchaczy czymś innym, nowym w swoim brzmieniu. Bo tak naprawdę trudno było przewidzieć, co zespół, który ma nieprzewidywalność wpisaną jako element stylu, może tym razem nagrać. Kolejny album zespołu Yorke’a, kolejne zaskoczenie – to truizm, ale za to doskonale sprawdzający się w przypadku „The King Of Limbs”.

Pamiętacie doskonały początek „In Rainbows”, czyli „15 Step”? Automatycznie ustawiał cały album ku melodyjności, normalności brzmieniowej (względnej w odniesieniu do Radiohead). Zamiast tego otrzymujemy ponad pięciominutowe „Bloom” – monotonna, nerwowa perkusja, rozmyty/zwielokrotniony wokal i oplatający to wszystko akord klawiszowy. Do tego depresyjne partie dęciaków. Psychodelia pierwszej próby, chyba najlepszy przykład tego, co czeka słuchacza na nowej płycie. Precyzyjną produkcję „In Rainbows” zastąpiło pozornie chaotyczne, trudne do rozszyfrowania za pierwszym razem brzmienie. Wg mnie ósmy album Radiohead to najbardziej spójna klimatycznie płyta zespołu od czasu „OK Computer”. Senna, psychodeliczna atmosfera łączy wszystkie nowe utwory, nawet te bardziej melodyjne (o tych za chwilę). Wspomniane wcześniej „These Are…” idealnie pasowałoby na „The King Of Limbs” – dokonaniami niemieckich mistrzów pachnie „Morning Mr Magpie” (dotąd znane jako kilkuminutowe cacko z jednej z transmisji studyjnych zespołu). Utwór ten doskonale łączy się z następnym, „Little By Little”, w którym z każdym przesłuchaniem słyszę coraz więcej paranoicznej atmosfery, budowanej przez powtarzalną partię gitary i nieokreślone dziwactwa perkusyjne (co to jest, okaże się na koncertach). „Feral” to zwieńczenie „cięższej” części płyty – kojarzy się z „Pulk/Pull Revolving Doors”. Eksperymenty ze zwielokrotnionym, pociętym i zmiksowanym głosem wokalisty plus rozedrgana partia perkusji. Jedyny średniak, jakiego doszukałem się na „The King Of Limbs”.

Znane z koncertów Thoma Yorke’a „Lotus Flower” (w zmienionej aranżacji) otwiera drugą połowę albumu. Oszczędny bit, wybijający się do przodu bas i świetna partia wokalna (przejście do refrenu – mistrzostwo). W połączeniu z minimalistycznym klipem, zapada w pamięć. Trzy utwory wieńczące ósmy longplay zespołu to absolutne perełki. „Codex” – senna, klasyczna dla Yorke’a ballada, pięknie uzupełniona powracającymi dęciakami i partią smyczków. Znają się na robieniu dobrych melodii. Mamy też to, czym okazyjnie parał się wokalista Radiohead przez ostatnie miesiące: „Give Up The Ghost” znamy z koncertów, ale w wersji studyjnej ten utwór brzmi jeszcze lepiej. Wart jest zauważenia patent z nagrywaniem kolejnych fragmentów utworu, które połączone razem układają się w spójną kompozycję. Ładnie. I na koniec – „Separator”. To jakby zebranie tego, co w „The King Of Limbs” najlepsze; znów senna atmosfera, świetna partia perkusji… i ten pierwiastek Radiohead. Który sprawia, że ze skąpej brzmieniowo piosenki robi się coś cudownego (wokal jak dla mnie inspirowany soulem w najlepszym wydaniu, buja prawie tak samo).

Ale „The King…” sprawia problem przy początkowym przesłuchaniu. Mój pierwszy kontakt z albumem to prawie zupełne jego odrzucenie. Utwory sprawiają wrażenie nieprzemyślanych, chaotycznych. Lecz z każdym kolejnym podejściem, płyta zyskiwała coraz więcej. Posługując się cytatem z jedynego polskiego działającego regularnie forum Radiohead: „IR to bombonierka z łatwymi do przyswojenia czekoladkami, a TKOL to (…) blok twardej gorzkiej czekolady.” Senna, abstrakcyjna atmosfera nowej płyty wciąga powoli. I trzeba poświęcić trochę więcej czasu, aby najnowsze dzieło zespołu polubić. Odkryć rozmaitość dźwięków ukrytą przed słuchaczem, zauważyć, że nowy album tworzy spójną całość, w której każdy utwór jest na swoim miejscu. To nie drugie „Kid A” czy następca „OK Computer”. „The King Of Limbs” czaruje na swój własny sposób, którego nie potrafię porównywać z kamieniami milowymi w dorobku zespołu. Znów to zrobili. Nagrali coś, o czym będzie się dyskutować przez następnych parę miesięcy. Coś innego, ale jednocześnie tak samo wspaniałego, jak cały dorobek grupy.

Polecane

Share This