Raging Fyah – „Destiny”

Recenzja nadesłana przez Czytelnika.

2014.06.15

opublikował:


Raging Fyah – „Destiny”

Kiedy pod koniec 2010 roku przypadkiem trafiłem na młody jamajski zespół, który w tamtym czasie stał się bardzo aktywny, pomyślałem sobie – coś się święci. Zapowiadana jest premiera debiutanckiego krążka, dobre teledyski w sieci, do tego dobre zdjęcia prasowe i porządna informacja o zespole – wygląda poważnie, pomyślałem. Kiedy usłyszałem pierwszy utwór – „Irie Vibe” – wiedziałem już, że to będzie początek czegoś wielkiego. Raging Fyah, bo o nich tutaj mowa, w 2012 i 2013 roku zaskarbili sobie sympatię międzynarodowej publiczności swoim rewelacyjnym krążkiem „Judgement Day”, grając przy tym dużą ilość koncertów w Europie, zarówno w klubach jak i na najważniejszych letnich festiwalach muzyki serc. „Judgement Day” był – a w zasadzie jest – jednym z najlepszych albumów młodych jamajskich zespołów, które w przeciągu ostatnich kilku latach pojawiły się na scenie, a mi osobiście przywrócił wiarę w to, że reggae jeszcze może być wielkie.

Mamy czerwiec 2014 roku, płyta „Destiny” jest zapowiadana już od końca 2013 roku, a zniecierpliwionym fanom grupa daje kolejne smaczki takie jak limitowana edycja winylowych singli grupy (styczeń 2014) czy EP „Boarding Pass” (kwiecień 2014). Pojawiają się kolejne numery, jak „Nah Look Back”, „Dread” (oba w styczniu 2013), czy „World A People” (marzec 2014) potwierdzające, że Raging Fyah dorosło nie tylko pod względem wieku, ale i potężnego doświadczenia muzycznego. W końcu przyszedł czas na „Destiny”! Po pierwszym przesłuchaniu tego krążka nasuwa się jedna myśl: Muzyka jest przeznaczona Raging Fyah, tak samo jak oni przeznaczeni są jej. Płyta jest wyborna. Dostajemy 11 kompozycji, z czego trzy zostały upublicznione wcześniej, w ramach podgrzewania atmosfery o nowym wydawnictwie. Na płycie znajdziemy zatem znane już „First Love”, „Nah Look Back” oraz „Jah Glory” – cała trójka doczekała się również teledysków. „Destiny” jest przede wszystkim dojrzalsza, co słychać w każdym kolejnym utworze. Na płycie pojawia się bardzo dużo partii instrumentów dętych, za które to odpowiedzialny jest Everol „Stingwray” Wary, co jest zdecydowanym krokiem do przodu – jeśli chodzi o brzmienie Raging Fyah, a co tylko spotęgowało wyrazistość i lekkość płyty jako całości. Dodatkowo w kilku numerach ekipa sięgnęła po wsparcie kobiecych chórków w postaci duetu Sherita Lewis i Shenae Wright (chórzystki Protoje), które wspomagał dodatkowo Christopher Watkins.

Album został niemalże w całości nagrany na Jamajce w legendarnym studio Tuff Gong w Kingston oraz w Grafton Studio w Vineyard Town. Na krążku mamy polski akcent, ponieważ jeden z utworów został wyprodukowany i nagrany przez Mothashipp w Warszawie. Nad miksem i masterem materiału czuwał Rohan Dwyer (współpracował m.in z Tarrusem Riley`em czy Deanem Fraserem), a za produkcję odpowiedzialna jest ekipa Raging Fyah przy współpracy z Rorystonelove oraz Mothaship. Na wejściu dostajemy delikatny „Fight”, ale niech nie zwiedzie Was spokojna muzyka. Jak na prawdziwe reggae przystało warstwa liryczna odgrywa tutaj ważną rolę: „You got to fight for what you want, and don`t let them tell you that you can`t, to see you fall is the what they want but don`t be a fish to a fisherman”. Następnie nadchodzi lovers w postaci znanego już wcześniej „First Love”. Gdy przesłuchiwałem płytę po raz pierwszy utwór „Africa”, który opatrzony jest tutaj numerem trzy, od razu spowodował, że cofałem go kilkakrotnie i słuchałem ponownie, ponownie i ponownie. „What if our destiny is that we all be free, when we all reach our homeland in Africa where come from..” to hymn o repatriacji z pięknymi chórkami i afrykańskimi wstawkami, który zdecydowanie wyróżnia się na tle całego krążka i dla mnie jest to najlepszy utwór na „Destiny”. Album z miniuty na minutę dostarcza nowych wrażeń, „Feel Jah Love” to po raz kolejny przykład dobrych tekstów: „One blood my breddrin` Jah love is pure and true, no race no colour you got just me and you, and if you think I`m joking just get us cut our bruise and than you see what colour blood is coming out of you…” Z kolei „Mankind” otwiera mocne akcent sekcji dętej, by potem przejść do solidnego pulsującego reggae. Raging Fyah w swoim stylu podają kolejne kawałki, które wpadają w ucho od pierwszych dźwięków. Połowa płyty przynosi najspokojniejszy na całym krążku utwór „Brave”. Oparty przede wszystkim na partiach pianina i wokalu pokazuje, że grupa nie tylko potrafi zagrać rasowe reggae, ale kiedy trzeba mogą zrobić coś zupełnie innego. Co ciekawe utwór ten został wyprodukowany i zmixowany w Polsce przez Mothashipp w Warszawie. Mocnym rootsowym uderzeniem jest utwór „Barriers”, w którym sekcja rytmiczna w postaci Anthony Watson (bębny) oraz Delroy Hamilton (bas) uderza w steppersowym stylu, a wokalista Kumar Bent wyśpiewuje przejmująco „Got to move your barriers somewhere somehow, We got to move your barriers and we don`t want to act like no warriors.”. „Step Outta Babylon” podobnie jak poprzedzający go „Barriers” od pierwszych chwil uderza solidnym basem, a sekcja dęta która pojawia się na płycie bardzo obficie idealnie wypełnia przestrzenie jakie ekipa Raging Fyah stworzyła na krążku. Następnie dostajemy dwa wcześniej znane kawałki „Nah Look Back” oraz „Jah Glory” (oba wyprodukowane we współpracy z RoryStoneLove), które obecnie podbija serca fanów, a to za sprawą świeżego teledysku, który ukazał się 31 maja. „Don`t you worry my people don`t you ever forget give Jah the glory with every single step that you take…”. Album zamyka utwór „Dance With You”, który różni się od pozostałych stylistyką, ale wciąż jest on mocno osadzony w solidnych ramach roots reggae.

{sklep-cgm}

Po wielokrotnym przesłuchaniu „Destiny” mogę stwierdzić, że Raging Fyah przeskoczyli poprzeczkę, którą zawiesili bardzo wysoko swoim debiutanckim „Judgement Day”. Album jest też potwierdzeniem na to, że ruch Reggae Revival nie jest bynajmniej niczym sezonowym, a artyści z tego nurtu rosną w siłę, nagrywając poważne płyty. Co więcej Raging Fyah ponownie potwierdzili, że potrafią nagrywać w 100% swoje utwory, które nie są oparte na riddimach, a tworzone od początku do końca przez nich samych, za co należy się tym większy szacunek.

Panie i Panowie – oto Raging Fyah i ich „Destiny”.

Polecane

Share This