Shakira – „She Wolf”

Niespełniona muzyczna obietnica Kobiety-Wilkołaka.

2010.02.19

opublikował:


Shakira – „She Wolf”

Mam z Shakirą ten sam problem, co jeszcze kilka lat temu z Jennifer Lopez. Obie są z pochodzenia Latynoskami, w dodatku pięknymi, a każda mniej (J. Lo) lub lepiej (Shakira) radzi sobie ze śpiewaniem. Obie są lubiane, mają miliony fanów i sprzedają tyle samo płyt, więc można przyjąć, że należą do szerokiej czołówki popowych wokalistek. Ale nie wiadomo jak mocno by się starały, to nigdy jednak nie tylko nie uda im się zmienić historii muzyki rozrywkowej, to stać się diwami showbiznesu, jak choćby Beyonce. Co nie znaczy, że od czasu do czasu ich piosenki nie stają się hitami. Wręcz przeciwnie – obie z regularnością godną podziwu goszczą na pierwsze miejsca list przebojów. Czego najlepszym dowodem najnowsza płyta Shakiry, a dokładnie dwa promocyjne single, które ostro namieszały tej zimy.

Mowa oczywiście o promującym krążek „She Wolf” utworze tytułowym, oraz jeszcze gorącym „Did It Again”, które nie tylko wyróżniają się na tle nowego materiału pięknej Kolumbijki chwytliwą melodią, ale przede wszystkim doczekały się filmowej ilustracji w postaci bardzo udanych teledysków. W pierwszym z nich Shakira wygina się w taki sposób, że zaczynamy się zastanawiać, czy dla tej kobiety-gumy jej własne ciało ma jakiekolwiek ograniczenia! I o ile klipem do „She Wolf” wygrałaby w cuglach każdą edycję „Mam talent”, to drugi z kolei obrazek, czyli „Did It Again”, w którym tańczy i skacze z partnerem po tapczanie, dałby jej miejsce w finale „You Can Dance” (a wszystko tak dobrze zrealizowane, że chce się oglądać raz za razem).

I taka właśnie jest Shakira, o której nie sposób pisać tylko przez pryzmat muzyki. Bo niby o czym, skoro wszystko, choćby nie wiem jak znakomicie wyprodukowane (w tym przypadku przez samego Pharrella Williamsa), to jest jedynie erzatzem, substytutem nowoczesnego i bezkompromisowego popu, jaki serwuje nam od dwóch sezonów choćby Lady GaGa. Bo choć fajnie, latynosko bujającego „Spy” z Wyclefem Jeanem na wokalu, gitarowego „Mon Amour”, a nawet „Long Time” z klezmerskim motywem świetnie się słucha, to ciarek te utwory na pewno nie wywołują. Ale gwoli sprawiedliwości – następca multiplatynowego krążka „Oral Fixation” nie jest jednak totalnym rozczarowaniem. Bo kiedy zaczyna nam się nudzić sama muzyka, zawsze zostaje mocny, zmysłowy – by nie powiedzieć seksowny – głos Shakiry. 

Polecane

Share This