The Weeknd – „Starboy”

Bezpiecznie, ale na poziomie.

2016.12.02

opublikował:


Poprzedni album The Weeknda był jego przepustką do świata wielkiego popu, a zarazem rozstaniem z mrocznym, kanadyjskim r&b. Wydane właśnie „Starboy” miało potwierdzić gwiazdorski status wokalisty, ale też być pokazem jego wszechstronnych umiejętności. Przed premierą mówiło się o inspiracjach m.in. Bad Brains, Talking Heads czy The Smiths, a więc wykonawcami, z którymi trudno było dotychczas skojarzyć Abla Tesfaye’a. „Starboy” miało być agresywniejsze, mocniejsze, bardziej eklektyczne.

Singlowe „False Alarm” dawało przedsmak tego, co może nas czekać. Punkowy, histeryczny refren zderzał się z drum’n’bassowym tempem. Intrygujące posunięcie, trzeba przyznać. Nawet jeśli The Weeknd w takiej odsłonie mógł kogoś żenować lub wręcz śmieszyć – jak Big Quinta, amerykańskiego vlogera – ja jestem skłonny, przy mieszanej sympatii względem tego utworu, zapisać taką próbę na plus. Śmiałe, ryzykowne wejście w niespodziewane rejony.

Rzecz jednak w tym, że „Starboy” więcej nie zaskakuje. „False Alarm” obiecywało jazdę, która mogłaby podzielić słuchaczy, a tymczasem otrzymaliśmy letni, stosunkowo bezpieczny krążek, który nikomu w biznesie krzywdy nie zrobi, pozycji The Weeknda nie nadszarpnie, a fani – ci bardziej sceptyczni – przyjmą go co najwyżej ze wzruszeniem ramion. Oburzenia na pewno nie będzie.

Jedną z pierwszych rzeczy, które się rzucają w oczy, jest to, że mamy do czynienia z płytą stosunkowo spójną. Całości brzmienia patronują Daft Punk. Mimo że wyprodukowali zaledwie dwie piosenki, nie bez powodu tytułowe „Starboy” oraz „I Feel It Coming” odpowiednio otwierają i zamykają płytę. Ułożona w ten sposób tracklista ma swoją klamrę, a fascynacja disco i funkiem lat 70. – zapoczątkowana przed trzema laty przez „Get Lucky” Daft Punk właśnie – powraca na każdym kroku. Nagrania z francuskim duetem należą zresztą do najlepszych na tym krążku. „I Feel…” chwyta od samego początku, może dlatego, że ma w sobie tyle samo słońca i ciepła (choć nieco mniej energii) co wspomniany przebój z Pharrellem Williamsem. Do „Starboy” z kolei trzeba się przekonać. Podkład nie jest tak przyciągający, ale refren, a zwłaszcza zaśpiewany na wyjątkowo wysokim – nawet jak na Tesfaye’a – rejestrze mostek powinny zostać w głowie na dłużej.

To jednak nagrania utrzymane w średnim tempie, dalekie od rasowej przebojowości. Do klubów powinny zostać oddelegowane inne numery: „Rockin’” oraz „Secrets”. O ile ten pierwszy brzmi, jakby maczali w nim palce Disclosure, o tyle „Secrets” pachnie już przełomem lat 70. i 80. – a utwierdzają nas w tym sample z The Romantics i Tears For Fears.

To najbardziej energiczne fragmenty. Im dalej w krążek, tym bardziej osuwa on się w alternatywne, wygrane na wolniejszych obrotach electro r&b, a analogowe, z lekka bluesowe „Sidewalks” to reguła, która tylko to potwierdza. Wolniejszy Weekend nie jest jednak wcale gorszym Weekndem. Obiecująco wypada oniryczny, zawiesisty duet z Laną Del Rey. Potwierdziły się tym samym słowa Abla, że jego i Lanę łączy jakieś pokrewieństwo dusz. Bronią się też te fragmenty, w których Weeknd śpiewa na auto-tunie. Oczywiście, mamy tu do czynienia z na tyle charakterystycznym i dobrym wokalem, że żaden efekt mu nie jest potrzebny, ale refren w „Sidewalks” wypada całkiem zacnie. W nieco bardziej przewidywalne, trapowe rejony spycha muzykę gospodarza Future, który gościnnie śpiewa w dwóch nagraniach („Six Feet Under”, „All I Know”).

„Starboy” to dobry album. Trochę zbyt bezpieczny, gdy porównać go z szumnymi zapowiedziami, ale wystarczająco sympatyczny, by cieszyć się nim jako popowym krążkiem. Bodaj największym minusem jest długość. Osiemnaście utworów to przynajmniej o kilka za dużo – i szczególnie w drugiej części wypadałoby tę płytę gdzieniegdzie ukrócić.

Ocena: 4/5

Autor: Karol Stefańczyk

 

Polecane