Variete – „Nie wiem”

Zimna fala, która parzy.

2017.10.18

opublikował:


grafika: mat. pras.

„Zimna fala, która parzy” to byłby dobry, chwytliwy tytuł recenzji doskonałej płyty, ale jest z tym problem. Variete daleko już do tego nurtu, jak z Bydgoszczy do Nowego Jorku. Nie zmienia to faktu, że „Nie wiem” jest płytą arcyciekawą i wartą większej uwagi. Dla porządku, dawno już odwieszony zimnofalowy prochowiec zastąpiły cieplejsze barwy analogowo-elektronicznych, jazzujących, a osadzonych w rocku form. Jest długi cień acid jazzu, jest transowa psychodelia. Jest kompletne ignorowanie gatunków. Jakby fundamentem Variete było rozpinanie pełnego emocji, muzycznego tła dla poezji Grzegorza Kazimierczaka.

A Kazimierczak na świat patrzy bardzo plastycznie, eksponując niezauważalne detale. Jego teksty kojarzą mi się ze specyficznymi, narkotycznymi time lapsami utkanymi z realu. Nie ważne, czy autor patrzy na świat szerzej, nieco z góry, jak w otwierającym płytę „Palę pod”, czy wchodzi na wyższy poziom intymności, jak w „Ejla”, bądź niebanalnie mówiąc o rzeczach uniwersalnych, jak w fenomenalnym „Pod dzikimi jabłoniami”.

Eventim

Pozornie skromne teksty pełne są eleganckich gier słów. To prawdziwe ozdoby tej płyty. To faktycznie „podróż przez świat, który nie ma końca”. „Odsuwam dach, prostokąt gwiazd pokrywa mnie nadrukiem, jak biały żwir w bieżnikach aut”. W innym zaś miejscu kładąc się w strumieniu „wypłukuję z siebie zło-to, prąd układa włosy”. Wiele z sytuacji, mimo iż ocierają się, mniej lub bardziej, o surrealizm, to są bardzo nasze, czytelne i proste do rozkodowania, co tylko podnosi ich atrakcyjność. Przecież w „różańcach świateł” nie ma żadnej tajemnicy, a tyle piękna, kiedy deklamuje je Kazimierczak z tym swoim bardzo świadomym głosem. Świadomym, bo to głos producenta który ceniony jest za… nagrania i realizację wokali właśnie. Dużo jest też codziennej lecz niebanalnej obserwacji. Takiej jak w „Trasie W-Z”, „Foliowych workach” bądź „Pod dzikimi jabłoniami”. Tyle że i do samego konkretu i banału Kazimierczak podchodzi diametralnie inaczej, iż na przykład Pablopavo. Jeśli już porównywać, to może do Waglewskiego.

Ale Variete to też bardzo charakterystyczne brzmienie. Powiedzieliśmy już sobie, że w nosie mają konwencjonalne stylistyki. Stworzyli jakiś swój odrębny gatunek, w którym rozwijają się bez żadnych ograniczeń. Tak od „Nowego materiału”, czyli w sumie na wszystkich płytach, jakie nagrali w tym milenium. Mimo to wciąż gdzieś pobrzmiewa to echo dawnej, polskiej zimnej fali. Rzecz trudna do opisania. Gdzieś między Waglewskim a Massive Attack, miedzy Trickym, Stańką, Smolikiem i Joy Division. Nie do uchwycenia. Bo raz gitarą solową jest gitara… jak w „Kanapach”, w których hipnotyzuje swoją chrypą, a raz jest nią saksofon, jak we wspomnianym „Palę pod”. I wszędzie pełno stonowanej, oszczędnej elektroniki przyjaznej gitarowym ortodoksom. Bardzo otwarte, jazzowe podejście do rytmiki („Różaniec”) też nie stanowi żadnej przeszkody w odbiorze. Wręcz przeciwnie, jest jak balsam na zmęczone uszy i mózgi radiową papką na dwa lub cztery. Porywa, choć trudno od razu zorientować się, czym i dlaczego?

Warto też zwrócić uwagę na „Kina”, w których Kazimierczak nieco inaczej traktuje swój głos, bardziej oddaje się mantrycznej melodeklamacji na tle muzycznych plam. W tym utworze chyba najbardziej słychać echa trzech ostatnich dekad i dokonań Variete. Ten utwór oraz fenomenalny „Nadruk”, gdzie bas brzmi jak milion dolarów, a o istnieniu przeszkadzajek i innych efektów uświadamiamy sobie o wiele za późno i trzeba odsłuchać jeszcze, i jeszcze, i jeszcze raz…, oraz „Pod dzikimi jabłoniami”, to jest chyba to, co czyni z „Nie wiem” kandydata na płytę roku. Kłócić się można o kategorię.

Artur Rawicz

Ocena: 5/5

Tracklista:
1. Palę pod
2. Ejla
3. Różaniec
4. Trasa W-Z
5. Kina
6. Nadruk
7. Foliowe worki
8. Najpiękniejsze miejsce
9. Kanapy
10. Pod dzikimi jabłoniami

Polecane