Aloe Blacc w Palladium – powrót do przeszłości


2011.11.10

opublikował:

Aloe Blacc w Palladium – powrót do przeszłości

Soulowa uczta w Palladium rozpoczęła się od występu Exile’a – uznanego producenta, DJ-a i współpracownika Aloe Blacca (razem wydali kilka płyt pod szyldem Emanon). O tym, że ten pochodzący z Los Angeles artysta jest wirtuozem bitmaszyny, wiadomo od dawna za sprawą albumów, a set w Warszawie tylko utwierdził wszystkich w tym przekonaniu. Choć Exile na ogół wyciskał ze swojego sprzętu, ile się da, czasami dawał mu (i samemu sobie) odpocząć, puszczając klasyczne soulowe nagrania – m.in. Stevie’ego Wondera i Diany Ross. To właśnie w nich, a nie w producenckiej ekwilibrystyce, można było odczuć cząstkę tego, który kilkanaście minut później wszedł na scenę.

Choć set Aloe Blacca nie różnił się zbytnio od tych, które prezentował na pozostałych koncertach swojej trasy, ani razu nie towarzyszyło mi wrażenie, jakobym miał do czynienia z rutyniarzem. O tym, że Blacc wprost żyje muzyką, najlepiej świadczą jego ruchy i gesty sceniczne – naturalne, płynne, finezyjne. Tak jakby dźwięki doskonałego zespołu, który mu towarzyszył, zostały wprowadzone w jego krwiobieg. Poszukajcie filmików w internecie. Serio.


Kolejna sprawa to klimat. Blacc zaprezentował szerokie spektrum tego, co ma do zaoferowania „czarna” muzyka – saksofon i trąbka wprowadzały atmosferę rodem z jazzowej knajpy, zaś perkusja, wspaniały bas i wściekła, funkowa gitara przenosiły nas do dyskotek lat 70. i 80. Sam Aloe doskonale zdawał sobie z tego sprawę, bo w pewnym momencie poprosił publiczność, by ta zrobiła szeroki korytarz prowadzący wzdłuż sali. Wszystko po to, aby wprowadzić taneczny klimat rodem z kultowego programu „Soul Train”. Począwszy od pojedynczych śmiałków, popisujących się swoimi umiejętnościami we wspomnianym korytarzu, w końcu wszyscy ludzie uwierzyli, że mają afro na głowie i żyją w latach 70. Szaleństwo trwało.


Uderzające było to, że wokal Blacca na żywo w niczym nie ustępuje temu, który znamy z płyt. Żadnego fałszowania, żadnej chrypki. Jego koncert był na tyle porywający, że – co mnie bardzo cieszy – praktycznie w ogóle nie było widać, który utwór z setlisty cieszy się największą popularnością wśród słuchaczy. Czy było to radiowe „I Need A Dollar”, czy „Green Lights”, czy wreszcie nie wchodzące w skład albumu „Tonight Downtown” – zachwyt był niemalże taki sam. Pojawiły się teżkowery: „Femme Fatale” The Velvet Underground i „Billie Jean” Michaela Jacksona. Żałowałem jedynie, że Blacc nie wykonał doskonałej reinterpretacji hitu Jaya-Z, “99 Problems”:

Jakkolwiek banalnie to zabrzmi, dawno nie towarzyszyło mi uczucie tak prostej, zwyczajnej satysfakcji z udziału w koncercie. Blacc nie zgromadził może tłumów, ale ostatecznie wyszło to temu występowi na dobre. Powstała sympatyczna, niezwykle pozytywna, a przy tym trochę kameralna atmosfera.

Polecane

Share This