Blog radar


2009.10.25

opublikował:

Blog radar

Mariusz Herma / ziemianiczyja.pl

Wiadomo: Last.fm starannie bada, czego każdy z 20 mln użytkowników serwisu słucha najczęściej. I pokazuje to całemu światu, w tym twoim znajomym, i tym prawdziwym, i tym z grupy wyznawców prawdziwego indie albo podziemnego dark ambientu. I zazwyczaj jest to bardzo fajne.

Ale ze słuchaniem jest tak, jak z oglądaniem: Almodovar Almodovarem, ale każdy obejrzy sobie czasem „Love Actually”, „Underworld”, dwa sezony „Battlestar Galactica” albo wszystkie 22 filmy o Bondzie (przyznaję się) .  I potem wstyd. (Albo i nie – patrz komentarze).

Na szczęście zanim koledzy z Last.fm cię przydybią i skompromitują, możesz wykasować z profilu niechciane tracki. Zarządzający serwisem zebrali to, zliczyli, i wywiesili najbardziej wstydliwe (w praktyce, a nie teoretycznie!) utwory września. A kiedyś udawało się, że ta koszulka Anathemy w szafie to nie moja…

1. Lady GaGa – Poker Face

2. Lady GaGa – Paparazzi

3. Britney Spears – Womanizer

4. Lady GaGa – Just Dance

5. Perry – I Kissed A Girl

6. Britney Spears – Circus

7. Lady GaGa – LoveGame

8. Black Eyed Peas – I Gotta Feeling

9. Britney Spears – Piece Of Me

10. Katy Perry – Hot N Cold

11. Coldplay – Viva La Vida

12. Paramore – Misery Business

13. Rihanna – Disturbia

14. Britney Spears – Gimme More

15. Britney Spears – If U Seek Amy

16. Michael Jackson – Beat It

17. Michael Jackson – Billie Jean

18. Britney Spears – Radar

19. Muse – Supermassive Black Hole

20. Kings of Leon – Sex On Fire

www.ziemianiczyja.pl  

***

Lesław Dutkowski / dutkowski.wordpress.com 

Living Colour! Znowu w Polsce! Yeah! I to w moim rodzinnym mieście. Radość wielka będzie 29 stycznia 2010. Zwłaszcza, że będą promować absolutnie znakomity album “The Chair In The Doorway” (w Polsce Mystic Production). Ja po prostu uwielbiam sposób, w jaki ci faceci bawią się konwencjami. Lekko, swobodnie ze zwinnością radzieckiej gimnastyczki sportowej skaczą z rocka w soul, z soulu w funky, pohałasują trochę elektronicznie, rozhulają tanecznym pulsem, pojazzują, rzucą coś w reggae albo, ku zaskoczeniu, zagrają po prostu prostą rockową piosenkę. Corey, Vernon, Doug i Will z upływem czasu nic nie tracą na jakości jako muzycy. Wprost przeciwnie, oni są coraz lepsi. Nie wiem, jak to robią, ale to robią.

 Bardzo mnie do siebie przekonując każdą płytą. To nie jest prosta sprawa, aby startując od takiego arcydzieła, jakim bez wątpienia był “Vivid”, zachować poziom i klasę na następnych produkcjach. Living Colour nigdy nie zawodził. Pamiętam, jak dość mocno mieszano z błotem “Stain”. Tylko niech ci, którzy to robili, pokażą mi zespół, który w tamtym czasie nagrywał takie perełki, jak “Leave It Alone”, “Ignorance Is Bliss” czy “Nothingness”. “Collideoscope” sukcesu nie odniósł, a przecież było na nim kilka fantastycznych numerów – “Holly Roller” czy wzruszająca ballada “Flying”. O kapitalnych coverach AC/DC i The Beatles nawet nie wspominam. Living Colour już od “jedynki” słynęli z doskonałych przeróbek, a najbardziej spośród nich zapadła mi w pamięć ultraszybka wersja “Should I Stay Or Should I Go” The Clash.

 Ze smutkiem przeczytałem, że “The Chair In The Doorway” w pierwszym tygodniu sprzedał się w USA w niewiele ponad 2 tys. egzemplarzy (nasz Behemoth ponad dwa razy tyle). Świat ewidentnie schodzi na psy. Nie docenić takiego albumu… Trudno mi to pojąć. W tych kilkunastu krótkich piosenkach jest tyle fajnej treści, że trudno się nie zachwycić. Bycie ambitnym nie jest dziś opłacalne. Szczęśliwie Living Colour to doskonali muzycy, którzy wcześniej zarobili na trzeci filar i dziś mogą robić to, co chcą, mając gdzieś mainstream.

 Jednym z milszych wspomnień mojej wywiadowczej kariery na pewno pozostanie rozmowa z Vernonem na kilka tygodni przed koncertem w Stodole. Byłem zszokowany tym, jakie ten facet ma szerokie horyzonty muzyczne. Gdy wymienił jako jednego ze swoich ulubionych gitarzystów gościa z Necrophagist, myślałem że robi sobie ze mnie jaja. Nie robił. Oglądanie go w akcji powinno wejść do programu obowiązkowego w klasach gitary w szkołach muzycznych. Zresztą trójki jego kolegów z LC również. “The Chair In The Doorway” to dla mnie z pewnością ścisła czołówka płyt 2009 roku. Mam nadzieję, graniczącą dość blisko z pewnością, że koncert nowojorczyków będzie w szpicy przedniej moich wydarzeń artystycznych roku następnego.

www.dutkowski.wordpress.com 

Blog radar

Emil Macherzyński / poliszmnie.wordpress.com

Choroba dekompresyjna może wystąpić w sytuacjach, gdy nurek zbyt szybko wynurzy się na powierzchnię bez zastosowania odpowiedniej prędkości i przystanków dekompresyjnych. -Wikipedia

Lista 10 rzeczy, jakich nie uświadczymy na nowym singlu Chylińskiej:

  1. Skawy
  2. Krzysztofa Misiaka
  3. Tragicznego numetalowego rzępolenia
  4. Okropnego industrialnego pobrzdąkiwania
  5. Maniery wokalnej przypominającej dławiącego się buldoga
  6. Buntowniczych tekstów
  7. Faków do nauczycieli
  8. Skawy
  9. Skawy
  10. Skawy

A co za tym idzie, zamiast klasycznej błędnej formuły, że „życiowy” tekst rymowany łatwo wpadająca w ucho melodia ciężkie gitary = sztuka antykomercyjna, mamy absolutną zmianę wszystkiego. Odpowiedzialny za szokujący singiel Puszka Okruszka sprzed kilku lat, „Sexi Plexi”, duet Plan B postanowił zamienić Chylińską w Reni Jusis („Nigdy Ciebie Nie zapomnę”, he? – cóż za zmyślność tytułu!) generując porządny, łapiący znienacka shockwave. Bo zachodzi tutaj wiele sprzeczności w stosunku do Chylińskiej jaką znamy. Po pierwsze – nie wyłączyłem po 10 sekundach. Po drugie – nie wyłączyłem po pierwszym wejściu wokalu. Po czwarte – nie zaśmiałem się ani razu (chyba, że z zaskoczenia). Po piąte – nie jest to absolutny szlam, przebijanie głową dna. Po szóste – SZOK.

Oczywiście jednak, nie traćmy głowy. Kiedy odchodzi szok pozostaje nam odchudzona wersja Magnesu na modłę “Hi-Fi Superstar” lub ostatnio „Yeah yeah”, czy jak się nazywa ta piosenka, gdzie laski w teledysku udają, że odgrywają „Addicted to Love 3000 (Party Mix)”.

Jednakowoż. Jednakowoż moi drodzy. To jest najciekawsze co się wydarzyło u nas od czasów TCIOF nagrywających u „gościa z Tortoise”. Może nawet od czasów implikacji kryptogejostwa Graftmanna. Cały czas pozostaje pytanie, czy te laleczki voodoo z Agnieszką, odziane w skóry, której wbijamy szpile gdy tylko widzimy jej nazwisko, należy jedynie przebrać w coś pstrokatego, czy też można je odłożyć do szafy.


poliszmnie.wordpress.com

***

Mariusz Herma / ziemianiczyja.pl 

Francuzi już zadecydowali o odcinaniu łącz upartym ściągaczom muzyki po trzech ostrzeżeniach, a Brytyjczycy toczą właśnie żywą dyskusję. Najciekawsze wypowiedzi już cytowałem – Lily Allen najwyraźniej przekonała nawet Featured Artists Coalition, które ostatecznie poparło pomysł.

Zawieszam na chwilę pytanie o sens takich działań (kolejna odsłona zawracania kijem Wisły, czyli prób przywracania rynku muzycznego do poprzedniego stanu, jeszcze bardziej patologicznego niż obecny) oraz o jej prawny wymiar (obrońcy praw człowieka już się miotają).

Jest mnóstwo technicznych powodów, dla których to nie zadziała. Sędziwi senatorowie o tym nie wiedzą, bo konta pocztowe konfigurują im pewnie asystenci.

• Zamiast z domu, ludzie będą ściągać przez coraz szybsze i powszechniejsze Wi-Fi. Sąsiedzi. Knajpy. Miasta. Odetniemy cały krakowski rynek, bo ktoś zasysa Turnaua spod Kościoła Mariackiego przez publiczne łącze?

• Anonimowe surfowanie jest coraz łatwiejsze. Jasne, do każdego jakoś się dojdzie, tylko czy zatrudnianie sztabu policjantów w celu wyłuskiwania pojedynczych ściągaczy ma sens? Wobec faktu, że stanowią jakieś 2/3 nastoletniego społeczeństwa?

• Za rok albo dwa będzie się ściągać prosto na iPoda, iPhone’a, na komórkę. Albo nie będzie się ściągać w ogóle, tylko ładować na wirtualny dysk, a później i to będzie niepotrzebne. Trzeba było odcinać 10 lat temu.

• Pliki można przesyłać przez komunikatory albo mailem i tego już się nie wykryje. Kto nigdy nie traktował konta na Gmailu jako wirtualny dysk?

• Przy nagonce na p2p zakwitły blogi, a różne rapidshare’y zbiły majątek. Przy zatykaniu kolejnych odpływów powstaną dziesiątki nowych. Większych. Czemu wytwórnie nie dostrzegają tego, że same stymulują ewolucję pirackich metod?

• W skrajnej sytuacji zawsze jest możliwy powrót do wymiany dysków, tradycji sięgającej synchronizowania magnetofonów. Wtedy nawet nie zmierzymy skali nielegalnego przepływu mp3, którą dzisiaj widać już w podpowiedziach Google.

I jedno zdanie komentarza: 80 procent użytkowników Spotify po odkryciu możliwości serwisu zrezygnowało z ściągania muzyki z nielegalnych źródeł (→ stąd).

www.ziemianiczyja.pl  

Popularne newsy

Blog radar

Lesław Dutkowski / dutkowski.wordpress.com 

Happy birthday Boss!

Przetrwał wszystkie mody, trendy, cały czas przyciąga na koncerty tłumy, a każda jego nowa produkcja slupia na sobie uwagę wszystkich prestiżowych mediów i największych recenzentów. Zawsze skromny, pomimo kolosalnego sukcesu, jaki odniósł, zawsze idący swoją ścieżką. Szczery w tym, co robi, aktywnie działający charytatywnie, aczkolwiek robiący to poza czujnym okiem paparazzi i kamer. Bruce Springsteen, bo o nim te krótki opis, skończył 23 września 60 lat. I wciąż jest w znakomitej formie, czego dowodzi choćby ostatni album „Working On A Dream”, którego słuchanie to prawdziwa przyjemność. Moje pierwsze spotkanie z muzyką Bossa nastąpiło kilka dziesięcioleci temu. Nie, nie była to kosmicznie popularna płyta „Born In The USA”, lecz wyciszona, ascetyczna „Nebraska”. Smutna niebotycznie, wzruszjąca siłą przekazu, prostotą. Do dziś to moja ulubiona pozycja w dyskografii Bruce’a, choć cenię również wcześniejsze (kapitalna „Born To Run”), jak i późniejsze produkcje. O Bossie napisano niejeden opasły wolumin i pewnie powstaną kolejne. Jeśli czegoś żal to tego, że nikt w ostatnich latach nie wpadł na to, aby Springsteena zaprosić do Polski. Sądząc po internetowych migawkach z YouTube’a, uczta byłaby wyśmienita, a wrażenia niezapomniane. Dobrze, że są w Polsce prawdziwi fani Bossa, zrzeszeni pod szyldem Blood Brothers, dzięki którym wiemy dużo o jego działalności artystycznej i nie tylko. Polecam odwiedzać witrynę fan clubu i przyjrzeć się wpisowi z lipca. I chwała Trójce, która odpowiednio uczciła tego wybitnego artystę. Sam też nie omieszkam zatopić się po raz n-ty w pięknie „Nebraski”.

www.dutkowski.wordpress.com 

Mariusz Herma / ziemianiczyja.pl 

10 japońskich wykonawców których trzeba poznać – gościnnie Artur Szarecki

Ledwie poprosiłem Artura, aby mi „kiedyś” przygotował japoński niezbędnik muzyczny, a oto już dostałem odpowiedź. Chomikowanie jej byłoby grzechem, więc dzielę się i dziękuję w imieniu swoim (6/11 nie znałem) oraz wszystkich, którzy skorzystają. Jeśli macie swoje typy, to zapraszam, a sam też postaram się dorzucić kilku moich ulubieńców. Póki co zapuściłem Merzbowa, którego ostatnio słuchałem dokładnie 4,5 roku temu (takie chwile się pamięta).

Od autora: kolejność alfabetyczna.

1. Acid Mothers Temple & the Melting Paraiso U.F.O.

Niezwykle intensywne, często sięgające kilkudziesięciu minut improwizacje, w których kraurockowa motoryka łączy się ze space-rockowym klimatem i garage’owym brzmieniem, zapewniły im status chyba największej ikony japońskiej neo-psychodelii. Wydawali mnóstwo, ale generalnie formuła grania jest mniej więcej podobna. Płyty, które szczególnie warto poznać, to: „Univers Zen Ou de Zero a Zero” i „La Novia”; dla bardziej zaawansowanych także: „Electric Heavyland” (chyba najcięższa) i „In C” (chyba najbardziej awangardowa).

Acid Mothers Temple — Electric Love Machine

2. Altered States

Bardzo ciekawe power-trio, złożone z wyśmienitych muzyków, którzy poruszają się pomiędzy kompozycją i improwizacją, przeważnie zbaczając w stronę tej drugiej. Unikalne brzmienie zawdzięczają głównie gitarzyście – Kazuhisa Uchihashi z niezwykłą wprawą posługuje się mnóstwem elektronicznych przetworników, a jego styl nie przypomina żadnego innego znanego mi muzyka (fajnie ogląda się go na żywo: najpierw słyszysz fizyczne uderzenie w struny, a dopiero chwilę potem właściwy dźwięk, często przetworzony nie do poznania). Dwójka pozostałych muzyków jest również wyśmienita, a na późniejszych płytach osiągnęli taki stopień porozumienia, że czasem ciężko zgadnąć, czy to umówione, czy spontaniczne granie (mają kilka albumów 100% free). Rzeczy do poznania: „4”, „6” i „Cafe 9.15” (z Rothenbergiem na saksofonie).

Altered States — さあどうかな

3. Boredoms

Zespół szalonych eksperymentatorów o sporym poczuciu humoru. Łączyli hałas z zabawą, nie przywiązując się na długo do żadnego gatunku i dzięki temu często osiągając zaskakujące i ciekawe rezultaty. Moją ulubioną płytą jest „Pop Tatari”, ale na pewno warto też poznać bardziej elektroniczne „Super Ae” czy krautrockowe „Vision Creation Newsun”. To ważny zespół i stąd ma tu swoje miejsce, choć ja – szczerze powiedziawszy – bardziej lubię późniejsze wcielenia tych muzyków, a było ich sporo (wokalista Yamatsuka Eye darł ryja w Zornowskim Naked City, gitarzysta Seiichi Yamamoto założył trans-rockowe Rovo, a perkusistka Yoshimi P-We niedefiniowalną grupę OOIOO).

Boredoms — Telehorse Uma

4. Boris



Jeden z najważniejszych zespołów sludge/doom/drone, choć te etykietki nie oddają złożoności ich muzyki. Na swych kolejnych wydawnictwach z zaskakującą elokwencją dokonują radykalnej dekonstrukcji rockowej tradycji, poruszając się przy tym po niezwykle szerokim spektrum gatunkowym: od ekstremalnego drone-doom metalu („Absolutego”, 1996), przez radykalną psychodelię („Amplifier Worship”, 1998) i mega-ciężki stoner-rock („Heavy Rocks”, 2002, „Pink”, 2006), po muzykę filmową („Mabuta no Ura”, 2005). Właściwie wszystko to jest warte wysłuchania, plus jeszcze „Feedbacker”, ale jeśli chcesz krótkiego przeglądu przez ich różne oblicza to posłuchaj po prostu „Akuma no Uta”.

Boris — Statement

5. DJ Krush

Nie wiem, czy warto tu pisać o kimś, kto jest tak znany, ale chciałem ukazać w miarę szerokie spektrum stylistyczne, a poza tym facet tworzy naprawdę świetną muzykę. Pamiętam, że jak kiedyś oglądałem film „Scratch”, to miałem wrażenie, że autorzy nie bardzo wiedzieli, jak włączyć tam Krusha, a zarazem nie mogli go tak po prostu pominąć. Ma więc swój własny, króciutki segment, który wyraźnie odstaje od reszty filmu, zresztą tak, jak jego klimatyczny, kontemplacyjny hip-hop odstaje od muzyki innych, efekciarskich turntablistów. Płyty do przesłuchania to np. „Kakusei” czy „Zen” oraz koniecznie „Ki-Oku” z równie niesamowitym trębaczem – Toshinorim Kondo.

DJ Krush — Kemuri

6. Haino Keiji

Niezwykle ciekawa postać: wszechstronny muzyk, wokalista, performer, udzielający się w wielu różnych projektach, ale każdy z nich naznacza swoją silną osobowością. Muszę przyznać, że często jego muzyka jest dla mnie pod pewnymi względami zbyt radykalna, ale kilka rewelacyjnych pozycji w jego dorobku i dla siebie znalazłem, np. „Tenshi no Gijinka” (tylko na instrumenty perkusyjne i głos), „Watashi Dake?” (gitara akustyczna i głos) czy projekt Sanhedolin/Sanhedrin (radykalny noise-rock – tu pewno trzeba by wymienić także jego słynne trio Fushitsusha, które jest jednak bardziej eksperymentalne i ciężkostrawne).

Haino Keiji Live

7. Otomo Yoshihide New Jazz Ensemble/Quintet/Orchestra

Nie jestem wielkim zwolennikiem japońskiego jazzu, ale ten projekt jest wyjątkowy pod wieloma względami i uznaję go za jeden z najważniejszych zespołów jazzowych ostatniej dekady na świecie. Koniecznie trzeba posłuchać płyty „Dreams” z przepięknie rozimprowizowanymi piosenkami, doskonałych nagrań kwintetu, jak „ONJQ Live” i „Tails Out” oraz „ONJQ OE” (jedna z najciekawszych prób łączenia jazzu z elektroniką, jaką znam), a także orkiestrowej „Plays Eric Dolphy’s ‘Out to Lunch’” ze wspaniałą dekonstrukcją klasyki, która tu zyskuje nowe życie.

Otomo Yoshihide’s New Jazz Ensemble — Dreams

8. Ruins

Jeden z zespołów, które określały oblicze japońskiej awangardy lat 90. Duet bas i perkusja. Surowa energia, dziwaczne wokale w wymyślonym języku i najbardziej połamane rytmicznie podziały, jakie tylko można sobie wyobrazić. Perkusista i założyciel Tatsuya Yoshida próbował potem przenieść ten styl na różne inne projekty, czasem z bardzo dobrym skutkiem (Koenji Hyakkei, Knead, duety z Satoko Furii i Kazuhisą Uchihashim). Najlepiej zacząć od najbardziej przystępnej płyty „Tzomborgha”, bardziej radykalne oblicze zespół prezentuje np. na „Hyderomastgroningen”.

Ruins — Pallaschtom – Snare – Ghallalvish Perrdoh


9. Tomokawa Kazuki



Niesamowity japoński bard, występujący zarówno solo, jak i z zespołem. Ma bardzo charakterystyczny styl śpiewania z łamaniem się głosu, warknięciami, krzykiem itp. Pisze świetne utwory i utrzymuje wysoki poziom na kolejnych płytach, ale kilka niewątpliwie jest wyjątkowych, np.: „Beauty Without Mercy” czy zeszłoroczna „Red Water, Blue Water” to dla mnie jego szczytowe osiągnięcia, ale mógłbym tu polecić i tuzin innych (na pewno koncertówki warto przesłuchać).

Kazuki Tomokawa — Waltz

10. Tujiko Noriko

Jako przedstawicielka laptopowych Japonek, których na tamtejszej scenie jest całe mnóstwo, ale nie każda może pochwalić się takim dorobkiem płytowym, jak Tujiko. Muzycznie to introwertyczna elektronika, która wykorzystuje szumy, owadzie szmery i inne, często uchodzące za brzydkie, dźwięki do tworzenia w miarę melodyjnych piosenek. Mój typ płytowy to „From Tokyo to Naiagara”, ale zaraz za nim są „Make Me Hard” i nagrana z Takamasą Aokim „28”.

Tujiko Noriko — Fly


10 1 Merzbow

Nie wiem, czy się skusisz, ale chyba warto przynajmniej spróbować przesłuchać w całości jakąś płytę najbardziej ikonicznej postaci sceny noise. Wbrew pozorom jego dorobek jest całkiem zróżnicowany, a przynajmniej obejmuje pozycje reprezentujące różne stadia hałasu. Ja sugerują rzucić się na głęboką wodę i załączyć „Venereology” lub „1930”, obie bardzo fizyczne i gęste, dobrze oddają specyfikę japońskiej odmiany noise.

www.ziemianiczyja.pl  

Popularne newsy

Blog radar

Mariusz Herma / ziemianiczyja.pl

Rok szkolny zacząłem od solidnej lektury, czyli dziennikarskiej pisaniny na temat dziennikarskiej pisaniny. John Harris na łamach „Guardiana” wspomina początki krytyki muzycznej. Zacznijcie od akapitu „The history of rock writing begins around 1966 when…”

Wspominany tam Lester Bangs, publicysta tyleż legendarny, co enigmatyczny (w tle rockowe przedawkowanie valium w wieku 33 lat), tak radził jednemu ze swoich podopiecznych, że niejeden writer rzucający w „Machinie” hurtem czwórkami i piątkami mógłby się zawstydzić:

„It’s not enough just to like the chord progression on a couple of tracks and the cowbell sound. You got to get beneath the surface: if these people turned up on your doorstep, would you invite them in? And if not, why are you listening to their music?”

Długością z tym tekstem rywalizuje Pitchforkowe podsumowanie dekady w popie , ale okazuje się kluczeniem w poszukiwaniu dowodów na prawdziwość tez dowodzenia niewartych. Honor PFM trzeba jednak oddać za społeczną historię mp3 , którą Licealistom 2.0 wypadało by wpisać na listę lektur obowiązkowych z WOS-u.

Sceniczną sensacją sezonu jest Patrick Wolf, który na niemieckim C/O Pop Festival urządził niezły cyrk. Potem tłumaczył się, że tylko wyrażał ogólną irytację światem. Równie nerwowy okazał się Calvin Harris (na zdjęciu) – na Twitterze tak podsumował nieprzychylnych mu recenzentów:

„THIS ENTIRE INDUSTRY IS FULL OF RICH PEOPLE’S KIDS, EVERYWHERE, FUCKING RICH PEOPLE’S KIDS RICH PEOPLE’S KIDS (…)”

Dlaczego Spotify nie jest fajne dla artystów, wbrew wszelkim pozorom? Bo nie dość, że nawet ci w miarę popularni dostają grosze, to spore udziały w firmie mają koncerny muzyczne: Sony BMG 5,8%, Universal 4,8%, Warner 3,8%, EMI 1,9%,  Merlin 1,0%. Całe 18% akcji otrzymali oni za… 10 tysięcy euro.

Pociechą dla strapionych po rozpadzie jego ansamblu niech będzie nowy teledysk Dana Deacona, a na deser polecam dwie zabawne japońskie reklamówki z Adrianem Belew z King Crimson w roli błazna: ze słoniem oraz małpą.

„Independent” pisze o złotej erze okładek, a NPR wyprzedzając wszystkich o pół roku zmontował głosami internautów listę najlepszych utworów 2009 roku. Zestaw o tyle przydatny, że większości typów słucha się na miejscu.

„Jak blogi wszystko zmieniły” pyta Scott Rosenberg i dochodzi do dwóch wniosków: blogów nie wolno porównywać do kanałów telewizyjnych, których ilość musi być ograniczona. Nieprawda, że „blogów jest zbyt wiele!”, bo więcej mają one wspólnego z telefonowaniem niż telewizją: poprzez oba media przekazuje się podobne treści. Stąd wniosek drugi: blogowanie to także, a może przede wszystkim, czytanie, tak jak słuchanie jest składową rozmowy.

Jeśli ktoś lubi fantastykę, to polecam opowiadanie „Exhalation” Teda Chianga, które wygrało w tym roku Hugo Awards. A żeby skończyć szkolnym akcentem, poznajcie pioniera hip-hopu biurkowego (można też poćwiczyć samemu). Calvin? Odleciał.

www.ziemianiczyja.pl

Maciek Tomaszewski / slodkogorzkie.wordpress.com

Nie wiem wiele o hip-hopie. Ale jednego jestem pewien: hip-hop to nie gołe cycki w teledyskach 50 Centa, to nie porna kręcone przez Snoop Dogga (czy jak on tam teraz życzy, by na niego wołać), to zmieniające się jak w wymarzonym mokrym kalejdoskopie nastolatka Ciary czy inne Keri Hilsony. To spojrzenie z perspektywy laika, proszę wziąć na to poprawkę, ale hip-hop to dla mnie na przykład tacy panowie, jak:


czy

bądź

Pewnie nie jest przypadkiem, że wszystkie te nagrania powstały c.a. 1990 roku. Nawet jeśli Naughty by Nature chcieli wyrwać laski na jedną noc, to opowiadali o tym z wdziękiem, bez aluzji do lizaków i innych przedmiotów wywołujących stosowne skojarzenia. Dystans i radość (nawet jeśli u podstaw hip-hopu stoi raczej rozczarowanie i chęć lepszego, innego, białego). Niezaprzeczalny urok (jak choćby w przypadku Monie Love, która nigdy nie stała się tak istotną, jak być powinna), witalność.

To wszystko znalazłem u Speech Debelle. Obok okładek topowych pism, niezależnie od zakrojonych na wielką skalę akcji promocyjnych. Skromnie, ale istotnie i bez wytrącania tempa, nawet zawadiacko. Z szacunkiem do melodii, traktowania jej jak partnera, a nie środka do uzupełnienia konta o parę tysiączków. I z uwielbieniem do eksplorowania możliwości, które daje warstwa aranżacyjna: żadne Pink Floyd, ale tam skrzypce, tu klawisze, tam chórek i już robi się jaśniej.

Debiutancki album panny Debelle, Speech Therapy, to nawiązanie do wielkich, czarnych płyt sprzed parunastu lat, kiedy to artysta rozliczany był z tego, co sam dokonał, a nie z tego, co jest zasługą producentów. Nie, żeby było jasne – nie mam nic przeciwko producentom, ale przyznajmy: zanim pojawiła się masówka, było znacznie prościej, a przynajmniej uczciwiej. Wierzę, że to wszystko to ona, a nie wymysł przebiegłych robotów, które wiedzą, co zrobić, by było lepiej i mocniej i bardziej cool. Speech Debelle jest antytezą cool, z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością mogę stwierdzić, że nie udaje, że jest zwykłą dziewczyną z przedmieść Londynu z niełatwą przeszłością, ale z o wiele bardziej czytelną przyszłością. Możemy nie zgadzać się z werdyktami szacownego jury, które nominuje brytyjskie krążki do Mercury Music Prize, tropiącej to, co najbardziej ciekawe, może nawet i progresywne, ale to, że w gronie produktów La-Rouxowo-podobnych znalazło się w tym roku miejsce i na Speech Therapy (która konkurs wygrała – przyp. red.) jest jednak dobrym prognostykiem. Że obok panoszącej się jednorazowości znajdzie się też i miejsce na duszę, czy jak kto woli: soul.

To niby takie oczywiste, ale skoro tak, to dlaczego w tym roku tak niewiele płyt naprawdę zachwyca? A zresztą, niech o sile tej płyty świadczy fakt, że o niej pisze chłoptaś, który doznaje na dźwięk pierwszych taktów Naszego Disneylandu.


www.slodkogorzkie.wordpress.com

Lesław Dutkowski / dutkowski.wordpress.com

Wakacyjna posucha płytowa zbliża się do końca. I dobrze, bo na kilka premier czekam z utęsknieniem. Slayer co prawda znowu przesunął datę ukazania się „World Painted Blood”, ale na szczęście oczekiwanie na następne dzieło legendy umili (mam nadzieję) paru innych artystów, niekoniecznie metalowych. Kopacze rodzimi znów dali plamę, siatkarze ponownie zmietli z boiska rywali, tak więc nastroje są połowicznie pozytywne. Podobne mam po przesłuchaniu nowego Megadeth. Aczkolwiek jest znacznie lepiej niż na „United Abominations”, a Dave Mustaine tym razem nie posiłkował się odświeżaniem klasyka sprzed lat z udziałem zaproszonego gościa o ponętnej aparycji. No i pozwolił więcej popracować Andy’emu Sneapowi, co tylko wyszło „Endgame” na dobre.

Gitary młócą aż miło, Dave i Chris „pojedynkują się” na solówki, uderzenie jest mocne soczyste, jest odpowiednia dynamika. Ale dobrze, chwilami nawet bardzo dobrze, zaczyna się dziać od piątego, szóstego numeru w dół. Wcześniejsze kompozycje jakoś przelatują przez uszy bez pozostawienia wyraźnego śladu w pamięci. Mustaine dał pograć Broderickowi, dopuścił go nawet do współkomponowania jednego kawałka, podobnie Shawna Drovera. Nie łudźmy się jednak. Przy całym szacunku do Chrisa i bębniarza, nie są to muzycy tego formatu, co Marty Friedman i Nick Menza, nie ma w zespole tej chemii, która była w czasach czwórki Mustaine/Friedman/Ellefson/Menza, co zaowocowało kilkoma wielkopomnymi produkcjami dla historii thrash metalu. Dave może chwalić obecnych kolegów pod niebiosa, co dość często i chętnie czyni, lecz póki co nie jest w stanie stworzyć z nimi dzieła na miarę choćby „Cryptic Writings”, nie mówiąc o wcześniejszych albumach. Jednakże o końcu gry nie może być mowy.

Megadeth stopniowo podnosi się po nokautujących porażkach, które notował od „Risk” do „The System Has Failed” wyłącznie. A że Dave to zdolny kompozytor, mistrz riffów i inteligentny człowiek, przekreślać go nie wolno. Parę numerów z „Endgame” jest świetnych, jak choćby ujawniony jako pierwszy „Head Crusher”, kompozycja tytułowa, „Bodies”. Dopóki będą wojny, rządy będą robiły rozmaite machlojki, dopóty Mustaine’owi nie zabraknie inspiracji do tekstów i muzyki. Czasy się zmieniają, Dave mocno się zmienił w ostatnich kilku latach, ale pewne rzeczy pozostają na dłużej, jak na przykład talent kompozytorski. Rudy, co słychać, jeszcze się nie wypalił twórczo i chce pokazać swoim byłym kolegom z Metalliki, że wciąż stać go na wiele. Oby tylko jeszcze kiedyś zawitał jeszcze do Polski z zespołem i dał lepszy koncert od tego na Metalmanii, bo wielki występ to niestety nie był.

www.dutkowski.wordpress.com

Popularne newsy

Polecane

Share This