Cukierki: „Mamy 10 przepięknych piosenek. Z każdej jesteśmy dumni” (wywiad)


2016.08.29

opublikował:

Do sklepów trafia właśnie „Euforia”, debiutancka płyta Cukierków. Grupę współtworzą muzyk i aktor Mateusz Rusin, którego możecie znać z ról w Teatrze Narodowym, w serialu „Ranczo”, a także z występów w Kabarecie Na Koniec Świata, a także Przemek „Dred” Pietrzak – realizator dźwięku, właściciel pierwszego mobilnego studia nagraniowego w Polsce. Artyści opowiedzieli nam o okolicznościach powstania Cukierków, pracy nad płytą, a także o słodko-gorzkim wydźwięku swojej twórczości.

Mało który zespół potrafi precyzyjnie określić dzień swojego powstania. Wy datujecie początek Cukierków na 18 lutego 2015. Co pamiętacie z tego dnia, oczywiście poza tym, że założyliście wtedy zespół?

Mateusz Rusin: Pamiętam, że na pewno była wtedy piękna pogoda. I że spotkanie było absolutnie spontaniczne. Spotkaliśmy się u Dreda, chcieliśmy napić się whisky (śmiech). Do dziś się tam spotykamy, mamy tam próby. Miejsce, w którym tworzą Cukierki, jest tym samym, w którym powstały.

Cukierki nie są pierwszym projektem, przy którym współpracujecie.

Dred: To prawda, znaliśmy się wcześniej, współpracowaliśmy przy projekcie Mateusza. Mateusz tam śpiewał, a ja ich nagrywałem.

Nazwa słodka, tytuł EP-ki optymistyczny, tytuł płyty jeszcze bardziej. Jednocześnie twórczość jest już bardziej refleksyjna, trochę melancholijna.

Mateusz: Zawsze chciałem grać optymistyczne utwory i od tego wychodzimy w Cukierkach. Niemniej to, co się dzieje później, wynika już z różnych sytuacji brzmieniowych, z warstwy tekstowej, od tego jaki dobierzemy bit itd. Na początku to miało być bardzo wesołe granie, ale wyszło takie słodko-gorzkie. Piosenki, które trafiły na płytę brzmią dziś inaczej niż w swoich pierwotnych wersjach, przynajmniej niektóre.

Istniejecie od półtora roku, a macie na koncie EP-kę i właśnie wydajecie płytę. W dodatku album mieliście gotowy podobno już na początku roku. Szybko.

Mateusz: To nie do końca tak. Utwory były oczywiście gotowe wcześniej, ale to chyba nie było na początku roku. Mieliśmy już wtedy trochę rzeczy, ale nie całość i na pewno nie w takiej formie, w jakiej wydajemy to teraz. Z EP-ką uwinęliśmy się za to szybko, powstaliśmy w lutym 2015, a ukazała się na początku marca. To była dosyć spontaniczna i szybka praca.

Dred: Może i była pokusa, żeby jeszcze z tym poczekać, ale prawda jest taka, że możesz „dłubać” w piosenkach w nieskończoność i zawsze będziesz chciał coś poprawić, coś zmienić. Uznaliśmy, że to odpowiedni czas. Jesteśmy mega szczęśliwi z tego naszego dziecka, mamy 10 przepięknych piosenek, z każdą z nich się utożsamiamy, z każdej jesteśmy dumni i każdą gramy na koncertach. „Euforia” od pierwszej do ostatniej piosenki tworzy spójną całość. Nie ma wstydu (śmiech).

Dlaczego zdecydowaliście się wydać „Euforię” samodzielnie?

Mateusz: Początkowo szukaliśmy wytwórni, ale nie pukaliśmy do majorsów. Rozglądaliśmy się za małymi, niezależnymi oficynami specjalizującymi się w muzyce podobnej do naszej. Trochę to było trudne, bo te małe labele mają zazwyczaj dwójkę, trójkę wykonawców i nie bardzo są w stanie przyjąć kolejnych. W końcu doszliśmy do wniosku, że skoro robimy to wszystko sami, to i wydamy się sami (śmiech). To daje nam też dodatkową motywację, bo jeśli nie ma żadnego ciśnienia z zewnątrz, to z uśmiechem przychodzi się na próby.

Dred: Dystrybucję oddaliśmy natomiast w ręce Warnera. To dla nas prestiżowa sprawa i bardzo się cieszymy, że każda osoba w Polsce będzie mogła nabyć tę płytę w sklepie. Poza tym nie ukrywamy, że dzięki temu będziemy odciążeni od sprzedawania jej na Allegro. EP-kę i singiel sprzedawaliśmy sami i to jest mega fajne, ale w momencie, w którym wychodzisz na pocztę z trzydziestoma płytami, ludzie w kolejce chcą cię zabić.

Mateusz: Do tego czasem jedna czy dwie płyty nie dojdą do adresata i robią się przykre sytuacje, przez które traci się zajawkę. Bo to przecież nie o to chodzi. Nie chcemy zamieniać się w sklep tylko tworzyć muzykę.

Szeroka dystrybucja ma jedną wadę z punktu widzenia fana. W empiku nie dodadzą do płyty cukierków w waszych firmowych opakowaniach.

 

Mateusz: (śmiech) No tak, to jest przywilej zarezerwowany wyłącznie dla tych, którzy przychodzą na nasze koncerty. Tych cukierków nie można kupić, można je od nas dostać. Rozdajemy je na koncertach, na które oczywiście zapraszam, bo cukierki są bardzo smaczne (śmiech).

Dred: Nie będzie wersji specjalnej z cukierkami, ale będzie inna – wersja cyfrowa płyty zostanie wzbogacona o remiksy dwóch utworów z EP-ki. Jeden popełnił Haker, drugi Rafał Malicki.

Nakład EP-ki „Radość” się wyczerpał. Można się zatem spodziewać, że wkrótce będzie się ona pojawiać w drugim obiegu w zawyżonych cenach. Nie myśleliście o dotłoczeniu tego wydawnictwa?

Dred: Może poczekamy aż te ceny wzrosną i zamiast 10 zł będzie trzeba wydać 13 za wersję kolekcjonerską (śmiech). „Radość” wciąż można kupić w wersji elektronicznej, CD raczej nie dotłoczymy, ale kto wie, może zrobimy kiedyś winyl.

Załóżmy, że na aukcjach ta cena przekroczy 13 zł, że sięgnie 150. To łechce artystyczne ego czy sprawia, że jednak panikujesz i chcesz dostarczyć fanom reedycję?

Dred: Nie no, na pewno byśmy się ucieszyli. To już nobilitacja, oznaka tego, że zostałeś doceniony. Zobaczymy.

W jaki sposób dzielicie się pracą? Dred odpowiada za muzykę, Mateusz całościowo za wokale czy jakoś to się przenika?

Dred: Muzykę piszemy wspólnie. Jeśli natomiast chodzi o wokale, to Mateusz pisze teksty praktycznie sam. Czasem mu coś podpowiem, ale rzadko. Linie wokalne też układa sam, ale one ewoluują w trakcie pracy nad utworem. Czasem dodamy jakiś chórek, pokombinujemy z efektami, ale to bardziej produkcyjne rzeczy.

Mateusz: Mamy swoje studio, w którym możemy się bawić. To otwiera nam ogromne pole do improwizacji. Możemy wypróbować wszystkie pomysły na dany numer, jakie przyjdą nam do głowy, bo nikt nas nie pogania i nie mówi: „dobra Wasz czas minął, musicie wykupić kolejną godzinę”.

Tworzycie utwory wspólnie?

Dred: Do tej pory było tak, że każdy przynosił jakieś swoje rzeczy z domu i na próbach pracowaliśmy nad nimi. Od września ruszamy z własną pracownią, gdzię będziemy mieć większą swobodę twórczą i mogli bardziej rozwijać się w kierunku tworzenia na miejscu razem. Bardzo mocno walczyliśmy o to cały czas.

Myśleliście o możliwości wyjścia poza formę dwuosobowego projektu? Nie tyle w studio, ale na koncertach.

Dred: Chcielibyśmy, aby Zespół Pieśni i Tańca „Śląsk” robił chórki. Tak poważnie to walczymy o to, żeby na scenie był z nami perkusista. Do jesieni raczej się to nie uda, ale pod kątem przyszłorocznych festiwali już tak.

Mateusz: Aby to się mogło rozwijać, musi być sprzyjający klimat. Nie chcemy nikogo zatrudniać w takim sensie, że zbieramy ośmioosobowy band i robimy live session. To musi wyniknąć spontanicznie i naturalnie.

Obaj jesteście zabiegani – Dred nagrywa innych artystów, Mateusz lada moment rozpoczyna sezon teatralny. Nie boicie się, że wasza płyta trafia do sklepów, a wy nie będziecie mieć czasu zająć się promocją?

 

Dred: Mamy kalendarz, w którym mamy wpisane terminy, kiedy Mateusz nie ma prób w teatrze i kiedy ja mam wolne. Pod ten kalendarz układamy terminy koncertów i gdzieś tam zaczynają nam się rysować zalążki jesiennej trasy. Musimy jeszcze ten koncertowy kalendarz dogadać z Muszką, naszym realizatorem. Bywa, że mamy w kalendarzu informację, że tego i tego dnia jesteśmy wolni od 17.00 do 21.00 i wtedy staramy się jakoś ten czas wykorzystać, choć wiadomo, że nie zagramy koncertu. Póki co w sobotę gramy w warszawskim Kontenerze, a w niedzielę na Festiwalu Kolorów. i oczywiście zapraszamy.

{facebook}

 

Polecane