Eminem – „The Marshall Mathers LP 2”


2013.11.07

opublikował:

Eminem – „The Marshall Mathers LP 2”

Gdy wydajesz nowy album i decydujesz się nawiązać nim do swojego najlepszego dzieła sprzed kilkunastu lat, musisz liczyć się z tym, że oczekiwania będą duże, a sam materiał nieustannie nastawiony na konfrontację z poprzednikiem. Eminem, tworząc niejako sequel swojego drugiego albumu z 2000 roku, doskonale zdawał sobie sprawę, jaką reakcję wywoła ta wiadomość wśród fanów hip-hopu. „Nie chodziło jednak o to, by nagrać kontynuację każdej piosenki z tamtej płyty”, wyjaśniał w ubiegłym miesiącu na łamach „Rolling Stone”. „Bardziej zależało mi na odtworzeniu tamtego brzmienia i przywołaniu klimatu nostalgii”.

Rzeczywiście, „The MM LP 2” nie jest odwzorowaniem pierwszej części w skali 1:1, chociaż otwierający całość utwór może wzbudzić wprost odwrotne podejrzenie. Oto mamy „Bad Guy”, wyraźną kontynuację historii z singla „Stan”. Tamten tytułowy bohater, jak dobrze pamiętamy, już nie żyje – pijany, zginął za kierownicą samochodu, zabrawszy ze sobą swoją dziewczynę, zamkniętą w bagażniku. Pamięć o nim – i o rzekomych krzywdach, które wyrządził mu Eminem – jednak pozostała. I tu otwiera się miejsce dla piosenki „Bad Guy”, w której głównym narratorem jest młodszy brat Stana, żądny zemsty na amerykańskim raperze. Utwór, chociaż już nie tak spektakularny i wciągający jak poprzednik, nadal jednak zachwyca brawurowym wykonaniem, trafnym doborem bitów (liczba mnoga, bo nagranie składa się z dwóch części), a w szczególności czwartą zwrotką, w której nie do końca już wiemy, do kogo należy demoniczny głos: do brata Stana? Szatana? A może sumienia Eminema?

„Bad Guy” rozpoczyna „The MM LP 2” i może rozczarować tych, którzy oczekują podobnych, oczywistych nawiązań do płyty sprzed trzynastu lat. Poza „So Much Better”, wykorzystującym przekształcony bit z „Criminal”, trudno o jakąś większą aluzję. Może więc faktycznie chodzi o podkreślany przez Eminema klimat nostalgii? Tu już ślady są wyraźniejsze. Gdy ukazywała się pierwsza część „The Marshall Mathers LP”, Eminem miał już za sobą jeden oficjalny krążek, ale to właśnie wydawnictwo z 2000 roku uchodzi za przepustkę do wielkiej popularności. Sam Shady jest tego świadom i nic dziwnego, że to właśnie teraz – nagrywając płytę o takim, a nie innym tytule – tak często wraca do przełomu lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych, gdy jego kariera nabierała rozpędu. Wątek sieci sławy, w którą raper z Detroit się wówczas wplątał, powraca co rusz na tegorocznym wydawnictwie, i to pod różnymi postaciami: czasem wprost jak w „The Monster”, innym razem pod zakamuflowanym, ale w gruncie rzeczy dość wytartym porównaniem hip-hopu do żony lub kochanki („Love Game”, „So Much Better”). I, jak pewnie nietrudno się domyślić, stosunek Eminema do ostatnich kilkunastu lat jest co najmniej ambiwalentny. Z jednej strony zdobył on na tyle duży szacunek wśród słuchaczy muzyki, że może sobie pozwolić na odrzucenie tytułu króla tylko po to, by ogłosić się bogiem rapu; z drugiej – pasmo problemów osobistych, depresji i uzależnienia nie pozostało bez wpływu na psychice rapera.

{reklama-hh}

Rozliczając się z tamtym okresem, Eminem obiera za punkt wyjścia swoje stosunki z matką. Przez lata relacje te były sprowadzane do słynnego utworu „Cleanin’ Out My Closet”, pochodzącego co prawda nie z „The Marshall Mathers LP”, ale wydanego dwa lata później „The Eminem Show”. Dziś, w poruszającym utworze „Headlights” (rzadka sytuacja, gdy Em nie popada w tani patos, próbując wzruszyć – a jednak można!), raper przyznaje, że się mylił co do oceny matki, a swój gniew powinien był wyładować na ojcu: „Wykiwał nas oboje / I płyniemy na tej samej, pieprzonej łodzi” (sporo gorzkich słów pod adresem ojca pada też w „Rhyme Or Reason”). Rozrachunek ma jednak swoje granice – Eminem bardziej wstydzi się tego, że pewne sprawy zabrnęły za daleko (dowodem „Cleanin’ Out My Closet”, którego nie gra już dziś na koncertach), aniżeli opisu własnego dzieciństwa. Tę wizję podtrzymuje: „Mój dom przypominał Wietnam / I Pustynną Burzę, a nas dwoje w jednym pokoju to jak bomba atomowa”.

Taka jest jedna strona albumu. Nieprzypadkowo jednak „Headlights” jest przedostatnim utworem na trackliście, a całość zamyka „Evil Twin”, w którym Eminem dzieli mikrofon ze swoim alterego – Slim Shadym. Ten kawałek w pewnym sensie wyznacza horyzont całej płyty, rozpiętej między dwoma biegunami: bezczelnym, sypiącym błyskotliwe wersy bogiem sceny oraz skupionym na penetrowaniu własnej psychiki facecie z problemami. Jeśli więc naszkicowaliśmy już w kilku akapitach ten drugi wizerunek autora „The MM LP 2”, nie można pominąć jego luźniejszej, bardziej przebojowej natury.

Eminem refleksyjny to przede wszystkim świetne, dłuższe koncepty, rozpisane nieraz na całe utwory. Eminem obdarowujący na lewo i prawo soczystymi punchline’ami jest z kolei wzorcowym mistrzem ceremonii, raperem o nieprawdopodobnej wręcz technice rapowania i melodyjności – dosiadającym bity na tyle spektakularnie, że właściwie można by słuchać jego rapu, nie wsłuchując się zupełnie w teksty; to po prostu brzmi. Ale jego domeną jest nie tylko ekwilibrystyka słowna, niedostępna przeciętnemu zjadaczowi chleba. Na „The Marshall Mathers LP 2” mamy esencję Eminema, który wręcz głośno myśli nad tym, kogo by tu użądlić. Obrywa się wszystkim – gwiazdom popu, kopiom raperów, weteranom operacji plastycznych. Można się zastanawiać, czy aby tych aluzji nie jest za dużo – czasami płyta sprawia wrażenie przegadanej, a Eminem wydaje się być na tyle głodny mikrofonu, że prawie 80 minut materiału (zdecydowanie za długi) to i tak za mało dla niego. Poza tym, nie ukrywajmy, Jessica Alba, Jessica Simpson czy Tori Spelling to niezbyt wyszukane obiekty ataków – trochę przypomina to kopanie leżącego. Skojarzenia Eminema, gdy idzie o mieszanie kogoś z błotem, bywają imponujące, ale jednak mam wrażenie, że Kendrick Lamar jedną gościnną zwrotką u Big Seana spalił za sobą więcej mostów niż Shady na całej płycie.

„The MM LP 2” to być może najlepszy album Eminema od ponad dziesięciu lat, ale i tak nie udało mu się uniknąć tych błędów, które często obniżały poziom jego ostatnich krążków. Chodzi tu zwłaszcza o refreny. Gdyby nie fatalny wokal Skylar Grey w „Asshole”, powiedziałbym, że wszędzie tam, gdzie słyszymy cudze głosy, brzmią one dobrze. Niestety, takich refrenów, wykonywanych przez innych piosenkarzy, nie ma zbyt wielu. A szkoda, bo „Love Game”, „So Far”, „Bad Guy”, „Headlights” czy „The Monster” wypadają naprawdę dobrze. Gorzej, gdy za hooki łapie się sam gospodarz. Eminem, znany z tego, że swego czasu lubił realizować się na różnych polach – od rapu przez podśpiewywanie po produkcję podkładów – powinien odpuścić sobie ich realizację tak, jak niemal już zupełnie zrezygnował z tworzenia bitów (częściej pojawia się jako producent wykonawczy). Tamta decyzja wpłynęła bardzo dobrze na warstwę muzyczną jego dwóch ostatnich krążków – „Recovery”, choć nierówne, miało swoje wspaniałe chwile właśnie za sprawą roboty innych beatmakerów. Na „The MM LP 2” poziom jest porządny od początku do końca, co nie znaczy, że wszystkie nagrania są potrzebne. Bezbarwnego, łzawego „Stronger Than I Was” równie dobrze mogłoby nie być, podobnie zresztą jak „Legacy”. „Survival” z kolei, jakkolwiek fajny by nie był, jest jednak popłuczynami po potężnym „Won’t Back Down” sprzed trzech lat.

Gdy słucha się „The MM LP 2”, można się zastanawiać, czy Eminem w kwestii rapu ma obecnie z kim konkurować. Może faktycznie jest tak, jak on sam przyznaje – że jego jedynym rywalem jest on sam, tyle że ze starszych krążków? I może faktycznie, gdyby stworzyć TOP4 najlepszych raperów w historii, poza Notoriousem i 2Pakiem znaleźliby się tam Eminem i jego alterego, Slim Shady?

Zawieśmy na chwilę te pytania, bo oto na horyzoncie pojawia się – tak, tak, nie kto inny niż Kendrick Lamar. „Love Game”, czyli prawdopodobnie najlepszy duet w tym roku, jedni odbiorą jako przekazanie pałeczki młodszemu koledze, inni jako wyzwanie rzucone najwybitniejszemu raperowi młodego pokolenia. Eminem zaprosił Kendricka na bit, na którym można zrobić właściwie wszystko – pod warunkiem, że ma się wystarczająco giętki język i pojemną wyobraźnię. „Patrz i ucz się”? Cóż, jeśli rzeczywiście tak myślał Eminem, musiał się srogo rozczarować. Nie, nie chcę powiedzieć, że Lamar go tutaj „zjadł”, „wciągnął nosem” czy coś w tym stylu. Dobrze jednak wiedzieć, że i weterani, i newcomerzy są w formie. Eminem ociera się o pięć gwiazdek. Na nowym albumie mierzy się ze starymi problemami. Z osobistymi jakoś sobie radzi, z tymi muzycznymi – już niekoniecznie.

Polecane

Share This