FAITH NO MORE – Praga – 17.08.2009 (Foto: R. Nowakowski /www.nowakowski.art.pl)


2009.08.21

opublikował:

FAITH NO MORE – Praga – 17.08.2009 (Foto: R. Nowakowski /www.nowakowski.art.pl)

Mike Patton, którego działania determinują poczynania całego Faith No More, po dwudziestym czwartym koncercie trasy zaczął się już trochę nudzić…

I bardzo dobrze! Dzięki temu granie i śpiewanie utworów, które wykonywali mnóstwo razy, w Czechach sobie mocno przearanżowali. A Mike ma już nawet na scenie konsolkę z efektami do przetwarzania wokali. Zupełnie, jak podczas koncertów Fantômasa, czy Maldoror.  

Hopsasa, bum-tarara, umpa-umpa

Scenografia nie zmienia się od pierwszego koncertu po reunionie, w Brixton Academy. Na rampach te same, krwistoczerwone story, co na scenie gdyńskiego Open`era. Ale w szczegółach już bardzo dużo różnic.

 

Zanim jednak z ciemności wyłonili się Faith No More, pelniusieńką Tesla Arenę starał się rozruszać Tod Ashley, z modnym ostatnio wśród alternatywnej publiczności, zespołem Firewater (który grał też u nas, podczas festiwalu Globaltica). Starania przyniosły połowiczny sukces. Podczas gdy część publiczności podskakiwała i klaskała, druga połowa sali domagała się natychmiastowego zejścia ze sceny zespołu, który łączy ska, punk, ludowe umpa-umpa, z umpa-umpa jazzującym, czy zahaczającym o bałkańską cepelię umpa-umpa a`la Bregovič. Tak, czy owak, było to dość bezrefleksyjne, a i muzycznie nie porywało… 

Kiedy ciężkie, szkarłatne zasłony otuliły całą scenę, czeska publiczność, co do niej niepodobne, kompletnie zwariowała! Mające rozładować napięcie piski, pohukiwania, oklaski i gwizdy, zrywały się i cichły, aż do pełnego zaciemnienia hali podczas „Robot Rock” Daft Punk, „puszczonego z taśmy” i wyciszonego nagle, kiedy nikt się nie spodziewał, że „to już”!

Pacjent ma się dobrze, ale to minie

Nie było więc, znanego z poprzednich występow, pattonowego kuśtykania o lasce do mikrofonu. Nagle zapalone punktowce ukazały Mike`a stojącego centralnie przy statywie, obstawionym megafonem i konsoletką z efektami. Po lewej miał klawisze i Roddy`ego Bottum`a, oraz kręcącego się w kółko basistę, Billy`ego Gould`a. Za Patton`em oczywiście był podest z perkusją nagle osiwiałego Mike`a Bordin`a, a po prawej stronie Jon Hudson, którego gitary przez parę pierwszych kawałków prawie nie było słychać.

Na początku, tradycyjnie dla tej trasy, rozbrzmiało słodkie „Reunited” (z repertuaru Peaches & Herba) odśpiewane przez największych (do niedawna) zespołowych antagonistów, Roddy`ego i Mike`a. Po sekundowej przerwie sieknęli postthrashowym hitem sprzed dwudziestu lat, „From Out of Nowhere”. W partiach wokalnych pojawiły się już pierwsze jaskółki zwiastujące wycieczki w stronę projektów Pattona, innych niż bezpieczne, piosenkowe rejony eksplorowane na płytach Faith No More. W kolejnym, „Land of Sunshine”, akustyk łaskawie podgłośnił trochę gitarę, ale Patton i tak zagłuszył ją opętańczym śmiechem wprost z trzewi, bo mikrofon trzymał w zębach…

Koniec żartów, albo Apokalipsa 

Zachęcający wrzask publiczności, chyba nie do końca świadomej nadciągającego niebezpieczeństwa, ośmielił frontmana FNM do nadekspresyjnego, jak biblijny opis końca świata, ryku w „Caffeine”. Luźno trzymał się oryginalnej linii wokalnej, głównie dzięki tekstowi, a mocno starał się przekazać podprogowy komunikat „Słuchajcie mnie w Fantômasie!” lub, co jeszcze bardziej prawdopodobne, „Chodźcie ze mną do piekła!”:) I niewiele zmieniło, zagrane dla chwili oddechu, „Evidence”, częściowo zagłuszone oklaskami i kliknięciami zapalniczek. Bo po tym uroczym knajpianym majstersztyku (z jedną zwrotką po portugalsku i próbą wciągnięcia do śpiewania – „ale po czesku!” – fanów z pierwszych rzędów), zagrali już ewidentnie metalowo „Surprise! You`re Dead!”. Miotający się po scenie Patton, machający krótko ostrzyżoną głową Billy i niemal bezbłędny Puffy, tłukący bezlitośnie w werbel, zrobili nam dwuipółminutowy pokaz nieokiełznanego szaleństwa. Oczywiście towarzyszył im Jon Hudson, a trochę zastanawiające mogło być zniknięcie, i późniejsze wielokrotne znikanie, klawiszowca. Choć z pewnością logiczne, bo w najostrzejszych utworach nie przydałby się za bardzo. Układ choreograficzny ma ograniczony, a na cheerliderkę nie wygląda, choćby nie wiem, jak się starał…

Święto dzikiej improwizacji  

Roddy jednak nie próżnował. Co więcej, w utworach z mocniej zaakcentowaną rolą klawiszy, rywalizował z Patton`em w konkurencji „kto-dalej-odbiegnie-od-pierwowzoru-ale-da-radę-wrócić-i-zagrać / zaśpiewać-znów-prawie-jak-na-płycie”. Tudzież, obok powszechnie kojarzonego motywu, dogrywał równocześnie ozdobniki. Panowie dali upust swojej nowej namiętności przed prezentacją najstarszego utworu wieczoru, skomponowanego jeszcze z Chuck`iem Mosley`em, „Chinese Arithmetic”. W motoryczny wstęp wpletli fragment nadhitu Lady Gagi, a po części zasadniczej płynnie przeszli do B-side`owego rarytasu z singla „Digging The Grave” – „Absolute Zero” – którego dotychczas (czyli od 1995 roku) unikali na koncertach, jak siebie samych przez ostatnich jedenaście lat. Potężna riffiada i natchniony śpiew ustąpiły jednak miejsca następnemu superprzebojowi. „Easy” niby było tą samą piosenką The Commodors, którą znamy od osiemnastu lat z brawurowego wykonania Faith No More, ale prawie każdą linijkę Mike śpiewał z wyższą intonacją przy końcu i szczeknięciem na ostatniej sylabie. Jeśli dodamy do tego kilkuminutowy popis wokalny Patton`a po hipnotycznym, z pozoru łagodnym „King for a Day”, to praski koncert możemy uznać za przełomowy w dziedzinie przekonstruowywania piosenek, które – wydawałoby się – jeszcze do niedawna wszyscy mogliśmy sobie nucić. Szczególnie, że ta wokaliza to zryw tyleż improwizowany, co i zasygnalizowany przynajmniej na próbie, bo oświetleniowiec oprawił go pięknie i oryginalnie, wielobarwną fontanną poprzetykaną stroboskopowymi szpilami. Nawet boję się myśleć, co będzie się działo na pozostałych, trzynastu koncertach, zaplanowanych do końca tego roku…

Komu respirator, komu bisy      

Ostatnie minuty koncertu to już ewidentne dorzynki, czyli dorzynanie wszystkich, którzy  wcześniej nie polegli. „Be Aggressive”, mimo niewinnych sampli ze śpiewających dziewczynek, Patton wyryczał jak opętany. Przed „Just A Man” spytał, co byśmy chcieli usłyszeć. Zasugerował, jak przy wyborze kul do losowania, że ma tylko dwie… Produkujące testosteron. Po czym, w końcówce, przebiegł się z mikrofonem przed pierwszym rzędem, zachęcając – nie tylko facetów – do zaśpiewania tej pełenej poezji pieśni, tym razem w wersji z piskami szczęśliwców z publiczności i własnych, przemieszanych z bardziej artykułowanymi fragmentami tekstu. Mike żegnał się już wcześniej, żartując w stylu Hetfield`a, że to już koniec, ale po hymnowym dziele z „King for a Day… Fool for a Lifetime” jego „Thank you, good night!” zabrzmiało dość zdecydowanie. Na szczęscie po chwili zrobiło się tak pompatycznie, że aż komicznie. Za sprawą motywu z „Rydwanów Ognia”, z którego Roddy sprawnie przeszedł do klimatycznego „Stripsearch”. Oczywiście nastrojowo było do czasu, kiedy Patton nie zburzył misternej melodii ozdobnym rykiem. Jeszcze jeden utwór i jeszcze jedno pożegnanie sprowokowało część uczestników zabawy do odwrotu, a pozostałych do jeszcze głośniejszego zachęcania zespołu do grania. Konferansjerką na koniec zajął się też klawiszowiec, który zapowiedział „naprawdę ostatni utwór tego wieczoru”, pomnikową „Pristinę”. Przejmujące, przepełnione smutkiem i brakiem nadziei „Who`s going to protect you?” zawisło nad sceną i rozmyło się w gitarowym jazgocie. Wyraźnie wydłużona wersja mogła trwać jeszcze dobrych kilka minut, ale nagle ucichła! I, tak jak z zaskoczenia zaczęli, tak i niespodziewanie skończyli ten szczególny koncert. Dla miłośników eksperymentów i technicznych zdumień – niemal doskonały, dla spodziewających się piosenkowego Faith No More – raczej za ciężki, ale ci mogą sobie po prostu posłuchać płyt… 

 

setlista: Reunited/ From Out of Nowhere/ Land of Sunshine/ Caffeine/ Evidence/ Surprise! You`re Dead!/ Last Cup of Sorrow/ Chinese Arithmetic (z intro „Poke Her Face” Lady GaGa)/ Absolute Zero/  Easy/ Midlife Crisis/ Epic/ RV/ The Gentle Art of Making Enemies/ King for a Day/ Ashes to Ashes/ Be Aggressive/ Just A Man/ bis: Chariots Of Fire/Stripsearch, Digging the Grave/ bis 2: Pristina

Polecane

Share This