Różne oblicza rebelii – relacja z III dnia OFF Festivalu


2015.08.11

opublikował:

Różne oblicza rebelii – relacja z III dnia OFF Festivalu

Niektórzy wykonawcy mają zwyczaj, by utrzymywać kontakt z publicznością za pomocą np. zabawy w powtarzanie prostych okrzyków. Wśród nich nie znajdziecie na pewno Patti Smith, która na każdym kroku stara się nadać swojej muzyce sens i uczynić ją środkiem wielkiej umysłowej rewolucji wśród swoich słuchaczy. Podczas koncertu na Offie nie zabrakło więc pacyfistycznych apelów o pokój na świecie, hołdu dla ofiar Nagasaki czy prób uzmysłowienia publiczności, że każdy człowiek ma wystarczająco dużo siły, by zmienić świat. Populistyczne? Na papierze może i tak, ale gdy ogląda się Patti Smith na żywo i widzi, jak ta wokalistka, mimo 68 lat na karku, wciąż zachowuje punkowego ducha i wypruwa flaki na scenie (nie tylko flaki, bo też struny z gitar w rockowym geście buntu), każda społeczno-polityczna tyrada zyskuje na autentyczności i staje się czymś więcej niż tylko naiwną grą z własnym wizerunkiem.

Wspominam o tym, by podkreślić, że rewolucyjny charakter Offowego koncertu Smith nie wynikał tylko z tego, że wokalistka wraz ze swoim zespołem wykonali (w bardzo zachowawczym, konserwatywnym jak na Offowe warunki, punk-rockowym wydaniu) na żywo w całości debiutancki album „Horses”, pokoleniowe dzieło z 1975 roku. Z tą wokalistką tak już jest – buntowniczy charakter jej pierwszego krążka zaważył na całości twórczości i dlatego też słychać było ciągłość, mimo znaczących różnic w setliście, między występem w Katowicach a ubiegłorocznym, „zwykłym” koncertem w Warszawie (tutaj  CGM-owa relacja).

Jeśli ktoś miał natomiast wątpliwości, czy dwóch raperów i DJ jest w stanie udźwignąć koncert na Scenie Głównej, wszystkie je rozwiał występ Run The Jewels. Przyznam, że sam należałem do grupy podejrzliwych. Zbyt wiele razy rozczarowali mnie hip-hopowcy anonsowani jako headlinerzy, którzy pojawiali się przed publicznością z kolegą i gramofonem, po czym ponosili porażkę, bo sama muzyka puszczana z komputera czy winyli nie miała wystarczającej mocy. Przez lata wzorem był dla mnie koncert Lupe Fiasco na Coke Live, gdzie raper z Chicago grał co prawda w towarzystwie DJ’a, ale miał obok siebie jeszcze perkusistę, który podbijał bity i dostosowywał je do koncertowych warunków.

Cóż, od dziś taką miarą dobrego show będzie dla mnie występ Killer Mike’a i El-P. Jasne, być może słuszne były zarzuty niektórych, że brzmienie – szczególnie to wokalu – mogłoby być ciut lepsze. To jednak, że często trudno było zrozumieć, o czym rymuje duet, należy częściowo tłumaczyć przytłaczającą potęgą podkładów (stawiających na perkusję i bas kosztem wysublimowanych melodii), które już w wersji studyjnej bujają jak mało co, a wykonanie live tylko uwydatniło ich rebeliancki, bezkompromisowy charakter. Kto więc chciał obserwować koncert z boku i słuchać tekstów, mógł poczuć się rozczarowany. Kto liczył natomiast na dobrą zabawę, niesłabnące tempo koncertu i świetną, bezczelną konferansjerkę (podczas której, swoją droga, artyści zauważyli ciągłość w anarchistycznym wymiarze twórczości Patti Smith a ich własnym), był zachwycony. Tak, jeśli Run The Jewels nie zagrali jednego z najlepszych koncertów na tegorocznym Offie, to na pewno dali najrówniejszy, pozbawiony właściwie chwili wytchnienia występ – czym zresztą zbliżyli się do mistrzostwa dwóch wspólnych płyt, krótkich, ale pozbawionych słabych punktów.

Występy Patti Smith i Run The Jewels były bez wątpienia najważniejszymi wydarzeniami końcówki Offa. Trzeci dzień festiwalu, choć na papierze prezentował się chyba najsłabiej, okazał się jednak mieć kilka dodatkowych, mocnych punktów. Na pewno rozczarowani nie byli ci, którzy wybrali się pod Scenę Główną, by obejrzeć Son Lux – eklektyczny projekt Ryana Lotta, w którym wyrazisty, hip-hopowy rytm płynnie przechodził w elektroniczne odloty spod znaku future soulu lub Brainfeederowych nowych brzmień, wokal zaś jasno dawał do zrozumienia, że gdyby tylko w tej muzyce było trochę więcej gitar, Son Lux z łatwością mogliby podbić niejedno indie-serce rozkochane np. w Tame Impala. Do podobnej grupy odbiorców skierowany był także koncert raczkujących na rynku Algiers. Serwis Pitchfork, a za nim organizatorzy Offa opisują ten zespół jako kombinację „Motown z wczesnych lat 70., protopunkowej wściekłości MC5, syntezatorowego prymitywizmu Suicide i nasiąkniętej Biblią dramaturgii Bad Seeds”. Wszystko to dało się usłyszeć na Scenie Leśnej.

Wiele obrazów zostanie w głowie po tegorocznym Offie. Od czerwonego nieba na koncercie Sunn O))), przez piłkarzyki służące jako instrument na koncercie Olo Walickiego, Twin-Peaksowy wiatrak na koncercie Xiu Xiu, po uderzającą zbieżność dat między koncertem Run The Jewels a rocznicą zastrzelenia Michaela Browna.

Polecane

Share This