Anthrax – „For All Kings”

Usilna pogoń za przeszłością.

2016.03.10

opublikował:


Anthrax – „For All Kings”

Ostatnia dekada upłynęła Anthraxowi na usilnej pogoni za latami 80. Grupa pozbyła się jednego z najlepszych metalowych wokalistów Johna Busha, by na siłę wskrzesić swoją legendę z Joeyem Belladonną. Miejsce w szeregach stracił również gitarzysta Rob Caggiano, który musiał ustąpić miejsca Danowi Spitzowi. I choć Spitza dziś już w Anthraxie nie ma, a na jego miejscu słyszymy Jona Donaisa z Shadows Fall, to zespół wciąż tarza się w przeszłości. Tyle że ta nie jest już tak piękna jak 30 lat temu.

„For All Kings” w prostej linii nawiązuje do wydanego przed pięcioma laty „Worship Music”. Znów mamy więc konwencjonalny heavy-thrash, od którego grupa z powodzeniem odchodziła na płytach z Bushem, znów mamy również zaledwie trzy-cztery kawałki, których od początku do końca słucha się z przyjemnością. Pozostałe albo zaoferują zapamiętywalny riff, albo dobry refren, czasem Donais, dla którego „Foo All Kings” jest pierwszym albumem w szeregach Anthraxu, dorzuci do tego porywającą solówkę, niemniej utwory sprawiają wrażenie niedopracowanych, niedokończonych. Co gorsza, miejscami można odnieść wrażenie, że zarejestrowanie ich w studio przekraczało możliwości wykonawcze nie tyle całego zespołu co jego wokalisty. Belladonna w tytułowej piosence zwyczajnie się nie wyrabia, śpiewając obok muzyki. Jeśli tak bardzo rzuca się to w oczy w wersji studyjnej, strach pomyśleć, jak ten kawałek zabrzmi na żywo. Niestety,  na „For All Kings” boleśnie słychać także, że czas nie obszedł się łaskawie z głosem Joeya. W latach 80. wielu doskwierał jego piskliwy głos. Dziś naturalnie Belladonna śpiewa znacznie niżej, za to kiedy próbuje zaśpiewać mocniej, wyraźnie brakuje mu pary.

Słuchając trwającego blisko godzinę materiału trudno też uniknąć wrażenia, że na pewnym etapie Anthraxowi po prostu skończyły się pomysły. Doskonale widać to na przykładzie podzielonej na dwa krążki edycji winylowej. Kiedy wybrzmi ostatni utwór na stronie B, czyli monumentalny „Blood Eagle Wings”, warto przemyśleć sens zmiany płyty, bowiem w czterech utworach umieszczonych na stronie C zespół oferuje łącznie jeden dobry refren i znakomite, slayerowe przyspieszenie w zamykającym album „Zero Tolerance”, sugerujące, że sami muzycy chcą mieć już album z głowy. Stronę D pozostawiono pustą.

Co w takim razie się udało? Znakomicie prezentuje się drugi singiel, czyli „Breathing Lightning”. W tym przypadku formuła sprzed lat sprawdziła się idealnie, zwrotka przywodząca na myśl „I Am The Law” czy „Madhouse” niesie ten utwór do porywającego refrenu. Całość uzupełnia wyborna, melodyjna solówka Donaisa. Dobre wrażenie zostawia po sobie również odstający nieco od reszty „Suzerain”, rozpoczynający się od ataku podwójnej stopy i nowoczesnych na tle pozostałych nagrań masywnych gitar. Przekonuje także siedmiominutowy „Blood Eagle Wings”, w którym Anthrax połączył niemal sludge`owy walec z ocierającym się o hymn patosem.

Giganci thrashu z różnych powodów spuścili z tonu. Slayerowemu „Repentless” doskwiera brak nieodżałowanego Jeffa Hannemanna, Megadeth już drugą dekadę boryka się z wypaleniem lidera, przełamywanym pojedynczymi perełkami na kolejnych płytach, Metallica piąty rok mierzy się z nowym materiałem i póki co stać ją jedynie na to, by z dumą zaprezentować 15-sekundowy fragment jednej piosenki. Anthrax, nagrywając drugą z rzędu bezbarwną płytę, zdecydowanie tego trendu nie przełamał.

Polecane

Share This