Bedoes & Lanek – „Opowieści z Doliny Smoków”

Recenzujemy "Opowieści z Drainy Smoków".

2019.11.30

opublikował:


Bedoes & Lanek – „Opowieści z Doliny Smoków”

Trochę krwi już napsuto, więc zacznę od komplementu i to dużego. Bedoes jest postacią. Pamiętacie jego edycję młodych wilków Popkillera? Afroamerykanin rozwalił tam wszystkich warsztatem, Bedi rozwalił ich osobowością. Celnie zakpił z obsesji prawdy i sceny na uprzęży. Po czym wjechał „Gustawem”, gdzie tej prawdy było akurat po kokardę. I zerwał się ze smyczy na scenie warszawskiej Stodoły, za pomocą paru szczeknięć wywołując wiele branżowego warczenia. Od tamtego czasu łapię się na tym, że choć nie czytam newsów o raperach, których podziwiam, to w wypadku Borysa jestem niczym Karyna – interesuję się jego psem, historią jego ojca, rolą jego światopoglądowych deklaracji i jego dietą, nie mówiąc już o tym, że sprawdzam single. Facet nieustannie wystawia monodramę, w której się spala, i jest to fascynujące do obserwowania.

Ostatnie numery kazały uwierzyć w „Opowieści z Doliny Smoków”. „1998” operowało na najwyższych rejestrach emocjonalnych, słuchało się słów, miały swoją wagę. W „Brzydkich rzeczach” słowa miały mniejsze znaczenie, liczyło się to jak są przeplatane. Świetny refren, gdzie mechanicznie powtarzana fraza kontrastowała z wokalem wspinającym się gdzieś wysoko. Ujmująca nonszalancja pozwalająca dorzucać to „albo dwie” i „albo nie”, powtórzyć wersy z nałożonym filtrem. Zajebiście przeczytany bit, timing tej nawijki. Jeden z singli roku. W „Sauvage” Bedi był Michałem Wiśniewskim tej rap gry, to głębokie wykopaliska prowadzone na płytkich złożach emocji, patos, ale też charyzma, której ani przed Taco, ani przed Białasem nie trzeba się wstydzić.

Po całym albumie słychać, że przesiadka z Kubiego Producenta na Lanka to skok o jedną, jeśli nie o dwie producenckie klasy. Owszem, Kubi uczył się, ale na błędach – głównie tych popełnionych z Bedim. Anonimowość i kliszowość tych podkładów za często kontrastowała z nabuzowanym, zawsze przy tym jednak wyrazistym raperem. Lanek niczego się już uczyć nie musi. Mroczny, syntetyczny, rozniesiony kanonadą niskich tonów „Wschód”. Dzikie, przesterowane electro zderzone z afrotrapem w „Vogue”. Vangelisowy, dystopijny minimalizm „SAUVAGE”. Zbudowane na paru odcinających się, idealnie trafionych dźwiękach i pełzającym basie „Fendi”. Brzmienie jest bardzo mocne, zaś on umie odcisnąć na nim swoje piętno. Nawet jak jest popowo, to na własnych warunkach, z ciężarem, bez Bizancjum. Lanek też zyskuje, bo Beezy wpadał na jego podkłady jak po swoje, jak szef dobrze rozhulanej firmy na zebranie rady nadzorczej, pytający, gdzie podpisać i czy przelewy wyszły. Bedoes nawija jakby cały czas miał coś do udowodnienia, sobie i światu. Szkoda, że ta zupełna wolność, którą tak nieustannie deklaruje, okazuje się paradoksalnie formą niewoli.

To, czego Bediemu brakuje najbardziej, to ochłonięcia, wyważenia, większej słowno-muzycznej świadomości, rygorów i ram, twardej selekcji nakazującej odciąć starsze, mniej udane rzeczy jak pleśń z owocu. Dobre knajpy poznaje się po stabilności – czy to wiosna, czy jesień, czy dzień powszedni, czy weekend utrzymują stały poziom smaku. Borys w jednym kawałku jest w stanie strzelić wersem w środek tarczy i w środek własnej stopy, doprowadzić do zadania sobie pytania: „Ja naprawdę tego słucham?” i natychmiastowego przełączenia dobrego do tej pory numeru. Po rarytasie pokroju „Nie musisz jechać pod halę, by dostać kiełbasę” nie wystarczy się roześmiać, żeby linijka zaczęła być strawna.

Człowiek robi się chory od tych wszystkich „Dzisiaj się czuję jak orgazm”, „Mam jedno marzenie tak, jak rozpędzony plemnik”, „Ona kiedy wchodzi, tworzy pokój pełen wzwodu”. „Jestem z bloków, dziwko, umiem mądrze mówić” – rapuje Bedi. Chłopaku, świetnie, próbuj częściej, bo jest w tym coś z nastolatka, który się odsłoni, powie coś ważnego, a potem rzuci grepsem, żeby rozładować atmosferę. „Opowieściom z doliny smoków” ciążą niepotrzebne przejścia w słabo kontrolowany, często nieuzasadniony artystycznie krzyk. To kładzie „Jesteś ładniejsza niż na zdjęciach” i nie tylko. Bedi rozchybotanymi mostkami idzie do refrenów, które też są absolutnym „hit or miss”. Smoki okazują się smoczkami i w tej opowieści brakuje Lady Sybil Ramkin, która jak u Pratchetta pogłaszcze, upomni, pozwoli maluchom kontrolować ten ogień.

Bedoes pyta: „Gdzie jest Eis?” (nie dajcie się nabrać na to, że jest w tym coś więcej niż jedno luźne skojarzenie w refrenie), ale tragiczne „Polaco” przypomina raczej siermiężny, latynoski muzyczny żarcik KęKę. Grubszych porównań szukałbym gdzie indziej, bo bydgoski twórca nasuwa mi na myśl Mesa, o którym Koza powiedział jakoś niedawno, że bywa genialny, jednak nie ma świadomości własnego cringe’u. Tę Bedi wydaje się mieć, tylko włącza się ta gówniarska przekora: „Mnie nie wolno? Kto mnie niby zatrzyma?”

Poprzedni album „Kwiat polskiej młodzieży” był jak nieudana wersja „Trzeba było zostać dresiarzem” – mieszał gatunki, narracje, personel ze skrajnie różnych muzycznych światów. Tylko Mes wizję ogarnął i spoił, Bedi się o nią potknął. I potyka się dalej. „Anarchia 2019” jest na przykład jak gitarowy numer Tego Typa. Tamten też był słaby i czerstwy. Niemniej warszawiaka broniła muzykalność. Bedoes nie jest muzykiem. Bywa dobrym raperem. Najlepszym na razie jest performerem, ale trzymam za niego kciuki aż paznokcie sinieją. Dlaczego? Z powodu, o którym pisałem na wstępie. Dobrych raperów jest teraz sporo. Ale postaci raptem kilka. I żadna nie zaserwuje takiego emo urban fantasy, jak w landrynkowo-riltokowych, dziwnych, niemniej zajebistych, „Smokach”. Tu jeszcze sporo się wydarzy.

Marcin Flint
Ocena: 2,5 / 5

Polecane