Na styku popowego z alternatywnym. Marcin Flint recenzuje album LXS


2023.01.24

opublikował:

Na styku popowego z alternatywnym. Marcin Flint recenzuje album LXS

grafika: mat. pras.

Pamiętacie Lenę Osińską? To wokalistka, która błysnęła w „Końcu gatunku”, pierwszym singlu promującym „Wojtka Sokoła”, jedną z najlepszych płyt w historii polskiego rapu. „Błysnęła” to złe słowo w tym kontekście, bo wszystkie światła skierowane były na rapera, zadaniem wokalistki było utwór z wyczuciem dopełnić, wpisać się w klimat. I wywiązała się wzorowo, głos odbijał się echem po kompozycji, budował ten schyłkowy nastrój.

„MACHINA”, kawałek otwierający album LXS (wspólny projekt Osińskiej i Steeza z PRO8L3Mu), wywołuje skojarzenia z tamtym dziełem. Brzmi zimno, mrocznie, jakby za rogiem czekała na nas dystopia. Ghost in the shell, w którym Lena jest „duchem”, producent „pancerzem”. Kompozycja okazuje się trochę z przyszłości, trochę z lat 90., grunt, że kieruje się kluczową zasadą „less is more”. Steez jest w kontrze do przeładowania właściwego polskiej muzyce środka, maksimum efektu uzyskuje za pomocą minimum starannie, z pełną premedytacją dobranych środków.

„JASNO” startuje od prostej, z czasem obrastającej dźwiękami melodyjki. Osińska natychmiast pokazuje swoje obycie z elektroniką (patrz płyty projektu Sonar w U Know Me Records), doświadczenie wokalne i muzyczną świadomość. Wspina się po dźwiękach wysoko. I szybko manifestuje wszechstronność. „TINDER” to już nie jest cyberpop, to uśmiechnięte, dziewczęce śpiewanie z sąsiedztwa bliższe sanah (przy wersie o uciekającym psie i przy powtarzanym „oj nie uwierzę” zupełnie bliskie). I nie da się ukryć, że przebojowe.

Z klawiszowego, teatralnego (teatr kameralny, nie narodowy) „WASTED” wokal się wręcz wylewa, artystka z powodzeniem odhacza balladę, może tylko ozdobników wokalnych wydaje się na koniec trochę za dużo. Cyfrowe zen „DYKTAFONÓW” zostaje w mgnieniu ucha rozbite zdecydowanym pulsem. Tymek jest dla zawieszonych między gatunkami twórców tym, czym dla starszych pokoleń było maggi – jest duża wiara w to, że jeżeli go dodać, to poprawi smak wszystkiego. I w sumie poprawia! Momenty, gdy obydwa głosy, jego i Leny, wybrzmiewają wspólnie, należą do moich ulubionych. Dobra kooperacja na właściwie dobranej do niej produkcji.

Nonszalancko gwizdane „CUD MIÓD”, gdzie Osińska nie ma problemów, z tym, żeby wyśpiewać, że jest „w***wiona”, chce „wymierzać cios”, pokazuje trochę pazurków i kobiecej pewności siebie rodem z r’n’b w zaskakująco optymistycznym akompaniamencie. Króciutki, wokalny powtarzany sampel w „PRZY OŁTARZU” pokazuje jak zapamiętywalny staje się numer dzięki prostemu w gruncie rzeczy patentowi. Mięsistość bębnów też robi swoje.

„WOLNO” może kojarzyć się z „WASTED”, z tym, że szybko pchniętym w synthwave’ową stronę. W „TYLKO KIEDY ZASNĘ” zaproszony Oskar wpada zaledwie na pół minuty i dobrze, bo to bardzo silny styl przy delikatnej, choć tu akurat mniej eterycznej, bardziej zdecydowanej Lenie. Tym samym zaczyna się mały festiwal współprac. „MIŁO-MIŁO-MIŁOŚĆ” wjeżdża na EDM, bit umie przystanąć, żeby wokal mógł pomeandrować, Steez nie ogranicza się też przez cały numer do techno stopy. Zróżnicowana dynamika działa, zaś Sokół ma duże doświadczenie w utworach dzielonych z wokalistką i to procentuje. „TSUNAMI” można było zostawić na mixtape 2020. Lena Osińska z Dziarmą? Ten zestaw wrażliwości nijak nie koresponduje, a bit chyba pierwszy raz na tym albumie wydaje się nachalny i irytuje – brzmieniami, aranżacją.

Wieńczące „ICOTYNATO” to skuteczny klubowy utwór z własnym producenckim piętnem wywartym na nim, bez nadmiaru cukru i klisz. Wielowątkowy podkład zmienia się właśnie wtedy, gdy zaczynamy czuć monotonię. Lena brzmi jak samplowana, jest kolejną ścieżką do wkomponowania. Kawałek jest w randze trzyipółminutowego outro.

Nie chcę zabierać splendoru Osińskiej, bo w moim odczuciu wszystko zrobiła dobrze, może mogła tylko silniej zaznaczyć się tekstowo, gdyż ta akurat warstwa w tym wszystkim ginie. Końcowy wniosek będzie jednak bardziej ogólny. W 2018 Marysia Starosta zrobiła płytę z Sampler Orchestrą i ten krążek przepadł. Szkoda, chyba było za wcześnie. W zeszłym roku 1988 pomógł Brodce – a przy tym sobie, bo Monika żadnych kół ratunkowych nie potrzebowała, trudno za to uwierzyć, żeby sama „Ruleta” pozwoliła sięgnąć producentowi po nowych odbiorców i Paszport Polityki. Otwarcie 2023 z płyty wokalistki ze Steezem to kolejny dowód na to, że kontrkulturowe, alternatywne zaplecze w zestawieniu ze śpiewaniem wycelowanym w główny nurt ma rację bytu. Odzierajmy ten polski pop z pachnącej poprzednią epoką estradowości, estetyki nadmiaru i prymitywnej odtwórczości.

Marcin Flint

Ocena: 4/5

LXS „ANIMA”, wyd. 2020

Polecane

Share This