Russian Red – „Agent Cooper”

Krok do przodu.

2014.02.28

opublikował:


Russian Red – „Agent Cooper”

Międzynarodowa publiczność poznała ją za sprawą poprzedniej płyty „Fuerteventura”, na której eksplorowała rejony akustycznego indie folku z zaznaczeniem silnej inspiracji Feist, co zresztą wielokrotnie podkreślano nazywając ją hiszpańską, czasem wręcz europejską, Feist. W ojczyźnie zyskała popularność już wcześniej – jej wydany w 2008 roku debiutancki album „I Love Your Glasses” uzyskał tam status Złotej Płyty.

Ukrywająca się pod pseudonimem Russian Red Lourdes Hernandez nie miała szans na wyjście z cienia bardziej uznanej Kanadyjki, ponieważ nie potrafiła wykrzesać ze swoich piosenek żadnego magnetyzmu. Urocza, ale naiwna twórczość Hiszpanki sprawdzała się głównie przy gotowaniu obiadu i zmywaniu naczyń.

Na „Agent Cooper”, trzecim krążku w dorobku Russian Red, poznajemy artystkę z innej strony. Po części jest to zasługa zmiany na stanowisku producenta – Tony’ego Doogana (współpracownik m.in. Belle & Sebastian i Davida Byrne’a) zastąpili Joe Chiccarelli (nagrywał m.in. „Icky Thump” The White Stripes, za co otrzymał Grammy) Emily Lazar (mastering płyt Foo Fighters, Haim, The Killers i wielu innych), oraz Mark Needham (czuwał m.in. nad miksem „Night Visions” Imagine Dragons). Z takim zestawem współpracowników Russian Red zdecydowanie mogła pójść do przodu.  Szkoda tylko, że znów wpadła w pułapkę nazbyt widocznych inspiracji, zamieniając Feist na Ninę Persson z The Cardigans.

Zmiany słychać od początku. Pianino i akustyczne gitary ustąpiły miejsca instrumentom korzystającym z prądu elektrycznego. Piosenki zyskały wreszcie drugi, a nawet trzeci plan, co pomogło je uatrakcyjnić. Lourdes zrozumiała, że nie będzie w stanie obronić minimalizmu swoich nagrań, że nie zdoła wywołać ciarek na plecach swoim oszczędnym podejściem do formy, dlatego postawiła na bogatsze aranżacje, choć kłamstwem byłoby stwierdzenie, że artystka całkowicie porzuciła swoje wcześniejsze wcielenie. „Stevie J” w oczywisty sposób nawiązuje do „Fuerteventury”, „Tim B” w ładny sposób rozwija patenty z poprzednich płyt poprzez dodanie do gitary akustycznej instrumentu elektrycznego.  Spoiwem między „starą” i „nową” Russian Red jest wokal, melancholijny, miejscami trochę monotonny. Na odrobinę szaleństwa Lourdes pozwala sobie właściwie jedynie w radosnym „Williamie”.

„Agent Cooper” jest płytą o mężczyznach. Każdą z dziesięciu piosenek Hernandez nazwała imieniem (czasem także drugim imieniem bądź inicjałem nazwiska) innego, inspirującego pana. Jest więc rzecz o liderze Arctic Monkeys („Alex T”), jest o wokaliście Efterklang („Casper”). Jeśli jednak ktoś będzie doszukiwał się we wspomnianych utworach muzycznych odniesień do tych zespołów, może się rozczarować. Nie znalazło się niestety nic o agencie Cooperze. Obecność bohatera „Miasteczka Twin Peaks” ograniczyła się jedynie do tytułu.

Russian Red nie stoi w miejscu. Warto ją za to docenić. Choć „Agent Cooper” pod żadnym względem nie jest płytą wyjątkową, pozwala wierzyć, że artystka jeszcze taką nagra. Kto wie, może już następnym razem…

Polecane


Share This