Czy mizogin Eminem ma prawo krytykować Donalda Trumpa?

Echa utworu „Campaign Speech”.

2016.10.22

opublikował:


Nowy utwór Eminema to bez wątpienia najgłośniejsza premiera ostatnich dni. Raper zupełnie z zaskoczenia wypuścił niespełna 8-minutowy utwór, w którym rymuje niemalże jednym ciągiem na minimalistycznym, ledwo słyszalnym podkładzie. „To spoken word, nie rap”, twierdzą niektórzy. Zdumienie nad formą nagrania to jednak nie jedyne wrażenie, jakie towarzyszy słuchaczom „Campaign Speech”.

Choć odbiór nagrania jest zasadniczo pozytywny, nie brakuje głosów krytycznych. Warto się im przyjrzeć w tym miejscu. Jak sugeruje tytuł, mamy do czynienia z kawałkiem poświęconym kampanii prezydenckiej w USA. To zasadniczo temat-rzeka, bo – na co zgodnie zwracają uwagę obserwatorzy – jeszcze nigdy w historii Stanów Zjednoczonych kandydaci do najwyższego urzędu w państwie nie byli tak brutalni i ordynarni w swoich atakach. Dotyczy to szczególnie Donalda Trumpa – choć nie tylko, bo zwolennicy Clinton też nie przebierają w środkach, czego dowodem seksualna oferta, jaką niedawno złożyła Madonna . To jednak kontrowersyjny miliarder i reprezentant republikanów przez ostatnie miesiące zdążył obrazić niemalże wszystkich: Latynosów, weteranów wojennych, dzieci, a przede wszystkim kobiety.

Te ostatnie poczuły się szczególnie dotknięte po tym, jak do mediów wyciekła taśma  sprzed ponad dziesięciu lat. Słychać na niej, jak Trump przechwala się, że jako gwiazda może robić z kobietami, co tylko musi się podoba.

Co o Trumpie sądzi Eminem? W „Campaign Speech” raper wygraża się, że porwie i utopi najwierniejszych zwolenników miliardera. Później przekonuje ich: „Dla ciebie jestem niebezpiecznym gościem/ Choć tak naprawdę powinieneś się bać swojego przeklętego kandydata/ Nie? Bo co? Bo opłaca kampanię z własnych środków?/ Bo z nikim się nie pieści?/ Tego właśnie chcesz?/ Pierd… wariata z przyciskiem pod ręką?/ Który przed nikim się nie musi tłumaczyć?/ Świetny pomysł!”.

Eminem zarzuca więc Trumpowi w pierwszej kolejności nieobliczalność. To człowiek, którego intencje nie są do końca znane – co w połączeniu z bezkompromisowością może dać tragiczny efekt.

Czy jednak Eminem ma prawo krytykować kandydata republikanów?

Zdaniem Dany Scott, dziennikarki związanej z popularnym amerykańskim serwisem HipHopDX – nie do końca. A przynajmniej nie ma prawa stawiać Trumpowi tych samych zarzutów, które stawiają mu media. Wracamy tu do afery taśmowej. Kobiety to w tym momencie największa bolączka Trumpa. Niewykluczone, że to właśnie one – szczególnie te w średnim wieku, zajmujące się domem i dotychczas sympatyzujące raczej z republikanami – pogrążą miliardera i staną mu na drodze do Białego Domu.

Eminem, powiada Scott, nie ma jednak prawa o tym wspominać. Dlaczego? Oddajmy głos dziennikarce: „Eminem, krytykując Trumpa za jego głupotę, niejako unieważnia swoje ataki za sprawą uprzedmiotawiających kobiety docinek, które sam ma na koncie”. Scott wylicza następnie fragmenty z „Campaign Speech”, w których dają o sobie znać szowinistyczne zapędy Eminema: wersy, gdzie solidaryzuje się z Robinem Thickiem zdradzającym swoją żonę, lub fragment, gdzie opowiada o zaliczaniu kolejnych panien. Zdaniem dziennikarki w tych momentach Eminem paradoksalnie zbliża się do retoryki Trumpa.

Niechęć do kobieta zawsze była elementem wizerunku Slima Shady’ego. Już w słynnym „My Name Is” z 1999 roku rymował o szaleńczym ataku na Pamelę Anderson, ataku, który miałby zakończyć się wyrwaniem piersi modelce. Później zdarzało się, że groził Lanie Del Rey pobiciem, porównując się do damskiego boksera, sportowca Raya Rice’a. Nie przebierał też w słowach, gdy miał na pieńku z aktorem Nickiem Cannonem. O jego ówczesnej żonie, Marii Carey, mówił wprost, że to „jeb… dziw…”, co było na tyle mocne, że za Eminema musiał przepraszać jego kolega, Busta Rhymes.

Wersy z „Campaign Speech” nie dziwią. Czy jednak stosunek Eminema do kobiet sprawia, że nie może się wypowiadać na temat retoryki Trumpa?

 

Polecane