Słuchaliśmy „Clashes” Brodki. Jak brzmi?

Czego się spodziewać po długo oczekiwanym, czwartym albumie wokalistki?

2016.05.12

opublikował:


9 maja w warszawskim klubie Niebo odbył się przedpremierowy odsłuch zapowiedzianego na piątek albumu Brodki „Clashes”. Na spotkanie byli zaproszeni dziennikarze i ci słuchacze, którzy wygrali wejściówki w konkursach. W sesji, zorganizowanej w ramach Red Bull Music Academy, wzięła udział także sama artystka. Rozmawiał z nią dziennikarz Jarosław Szubrycht.

Zapytana o to, do jakiego stopnia udało jej się zrealizować artystyczny zamiar, Brodka przyznała, że nie przyświecało jej coś takiego jak „cel”, który powinna osiągnąć. W jej przypadku szło przede wszystkim o muzykę, która będzie się podobała jej samej. – Artyści, którzy podchodzą do swojej twórczości emocjonalnie, nie stawiają sobie celów – mówiła. – Działałam intuicyjnie.

Jak można było jednak wywnioskować z innych wypowiedzi Brodki, „Clashes” przyświecało jednak kilka założeń. Jednym z nich było to, by płyta opowiadała jakąś historię – by zabierała w podróż, a nie składała się tylko z oderwanych od kontekstu piosenek. Inny trop zawarty jest w tytule. Zderzyć sprzeczności. Sacrum ze zmysłowością. Życie ze śmiercią. „Słowiańską melancholię” z zachodnim stylem produkcji (materiał był nagrywany w Los Angeles). Brodce bardzo zależało, by to napięcie było uchwycone w piosenkach.

Podczas sesji w Niebie zaprezentowana została większość albumu. Zabrakło singlowego, doskonale już znanego „Horses” oraz trzech innych: „Up in the Hill”, „Kyrie” oraz „Hamlet”. Poza tym wszystko zostało puszczone w takiej kolejności, w jakiej znajduje się na płycie. Co ciekawe, ostateczna tracklista nie jest dziełem Brodki. O tym, w jakim porządku znalazły się piosenki, zadecydował pewien kolega z Niemiec. – Ja sama miałam z tym problem. Stefan z Hamburga mnie przekonał swoim wyborem – przyznała Brodka.

Tracklista to jedno, a kompozycje – co innego. O te w całości zadbała Brodka. Tym samym napisała swój pierwszy w pełni autorski materiał. – Dlatego stresuję się jak nigdy wcześniej. Teraz każda ewentualna krytyka będzie mnie bolała podwójnie – odpowiedziała, gdy zapytaliśmy ją o to, czy z premierą „Clashes” wiąże się jakieś ryzyko.

A może się wiązać, bo album – z tego, co zostało zaprezentowane – sprawia wrażenie zupełnie innego od „Grandy”. Kluczowe znaczenie, zgodnie z zapowiedziami, przypisane zostało organom. Ten instrument jest odwołaniem „do pierwszych doświadczeń Moniki z muzyką”, jak czytamy w gazecie towarzyszącej zbliżającemu się festiwalowi Red Bull Music Academy Weekender (19-22.05, Warszawa). Chodzi, rzecz jasna, o doświadczenia wyniesione z uroczystości kościelnych. „Niekoniecznie musi to być związane z religią, ale chodzi o pewnego rodzaju mistycyzm, który również obecny jest na mojej płycie” – tłumaczy Brodka (cytat znów za wspomnianą gazetą).

Tymże organom kilkukrotnie towarzyszą posępne, marszowe rytmy wybijane na masywnych bębnach. Tu i ówdzie słychać też gitarę, instrument, na którym Brodka komponowała pierwsze piosenki na „Clashes”. Najbardziej wyraziście brzmi on w punkowym, motorycznym „My Name is Youth”. – Od zawsze była we mnie chęć brudnego, garażowego grania – mówiła Brodka w rozmowie z Szubrychtem. – To trochę taka „Oda do młodości’. Kawałek o dzikiej, młodzieńczej energii. Czułam, że musiałam nagrać taki numer przed trzydziestką.

Za brzmienie płyty odpowiedzialny jest Noah Georgeson, współpracownik m.in. The Strokes i Joanny Newsom. Brodka, gdy rozpoczynała prace nad „Clashes”, myślała o innym producencie. Ostatecznie stanęło jednak na zdobywcy nagrody Grammy. Opłaciło się. Duet znalazł wspólny język, czego dowodem właściwie bezkonfliktowa sesja nagraniowa. Właściwie, bo – jak zdradziła Brodka – początkowo istniały pewne rozbieżności co do singlowego „Horses”. – Byłam przywiązana do tej piosenki, miałam o niej pewne wyobrażenie i ambicje z nią związane – przyznała wokalistka. Ostatecznie jednak dała się przekonać, by zachować nagranie w bardziej oszczędnej wersji.

Dla niektórych słuchaczy na „Clashes” zaskakujące będą też teksty. W „Santa Muerte” Brodka mierzy się ze śmiercią po meksykańsku, czyli na wesoło. Na tej płycie, jak sama przyznała, kilkukrotnie próbuje oswoić to krańcowe doświadczenie, od dzieciństwa kojarzące się z czymś traumatycznym. Gdy jednak rozpoczyna piosenkę frazą „Hey Little Death”, język angielski mimowolnie podsuwa jej już inne skojarzenia: w amerykańskim slangu „mała śmierć” oznacza „orgazm”. Kwestia cielesności też się na „Clashes” pojawia. Na przykład w „Holy Holes”, a w najbardziej skrajnej postaci – w „Haiti”, utworze zainspirowanym filmem „Trouble Every Day” (pol. „Głód miłości”) i poświęconym seksualnemu kanibalizmowi.

Z takim oto materiałem Brodka wyruszy jesienią w trasę koncertową. Już teraz pracuje nad nowymi aranżacjami niektórych starszych utworów – tak, by piosenki z „Grandy” i „Clashes” brzmiały spójnie na żywo. Z jesiennym tournee będzie się wiązało kilka niespodzianek. Jeśli sądzicie, że zobaczycie Brodkę w Palladium lub Stodole, jesteście w błędzie – zapowiada artystka. Czego się będzie można spodziewać po „Clashes” w wersji live? Pewną wskazówką będzie koncert na wspomnianym Red Bull Music Academy Weekender. Brodka zagra tam jeden z pierwszych koncertów z premierowym materiałem.

Polecane