Snoop Dogg w siedmiu smakach (felieton)

Przypominamy kilka wcieleń jednej z najbarwniejszych postaci w dziejach hip-hopu.

2018.03.13

opublikował:


Snoop Dogg w siedmiu smakach (felieton)

foto: P. Tarasewicz

Może jeszcze kilka lat temu pomysł Snoop Dogga, by wydać album w klimacie gospel, przepełniony przesłaniem miłosierdzia i zrozumienia, wydałby nam się jakimś srogim żartem. Ale gdy przyjrzeć się bliżej ponad 25-letniej, niezwykle bogatej karierze tego artysty, to już nie ma się czemukolwiek dziwić.

Solowo

Na rapowej scenie Snoop to instytucja. Już pal licho, że obiektywnie mówiąc zdecydowanie ilość stanęła u niego ponad jakość, bo zwyczajnie ktoś z jego dorobkiem w pewnym momencie może sobie pozwolić na wszystko, a my możemy albo to przyjąć z otwartymi ramionami albo jedynie beznamiętnie nimi machnąć w geście “whatever”. Kariera rozpoczęła się na dobre dzięki gościnnym udziałom na legendarnym longplayu “Chronic” Dr. Dre, a potem za sprawą obchodzącej w tym roku 25-lecie debiutanckiej solówki “Doggystyle”. Nagranej jeszcze jako Snoop Doggy Dogg.

“Doggystyle” było w pewnym stopniu przedłużeniem “Chronic” – ten sam producent, ta sama tematyka. Tyle że tutaj Snoop już grał absolutnie pierwszorzędną rolę, a ludzie bezgranicznie go pokochali. Debiut na 1. miejscu Billboardu z ponad 800 tys. sprzedanych egzemplarzy, co było rekordem w historii hip-hopu oraz całej muzyki, jeśli braliśmy na tapet premierowe wydawnictwa.

W sumie płyta znalazła ponad 11 mln nabywców, okupując też wysokie miejsca w praktycznie wszystkich podsumowaniach lat 90. Nie tylko tych rapowych. Album symbol. Album, który pozwolił dryblasowi z Long Beach w wieku 22 lat stać się milionerem, ikoną i człowiekiem, który może zrobić, co chce. Karierę na chwilę powstrzymały potem problemy z prawem. Z nimi oczywiście zawsze było mu blisko, jak to członkowi gangu Crips. To jednak temat dawno zamknięty. Swojej przeszłości Snoop się nigdy nie wypierał, ale – chociażby za sprawą “Bible of Love” – chce ten etap definitywnie zamknąć i przestrzec przed nim innych.

Wracając jeszcze do kariery solowej, która zaowocuje lada moment już szesnastym regularnym albumem – gdyby chcieć być w pełni uczciwym, trzeba by było napisać, że debiut rapera zdecydowanie przeważył nad wszystkim, co zrobił potem. Tak sprzedażą, jak i artystycznie. Casus trochę zbliżony do Nasa chociażby, tylko ten drugi nigdy tak nie śrubował licznika.

Z kolejnych wydawnictw Snoopa najlepiej sprzedał się “Da Game Is to Be Sold, Not to Be Told” z 1998 r., wydany sensacyjnie w No Limit Records Mastera P. Raper przez jakiś czas regularnie zgarniał platyny, potem złota, a od 2011 roku nie może się przebić do dychy Billboardu. Wielce się tym jednak nie przejmuje.

Jeśli zaś chodzi o poziom muzyczny i recenzje, najlepiej z płyt wydanych w XXI wieku wypadają “Paid tha Cost to Be da Boss” (2002), “Ego Trippin’” (2008) i – chyba nieoczekiwanie – “Neva Left” z zeszłego roku. Odrobinę uogólniając jednak, gdyby z każdej z ostatnich kilku płyt wyjąć 6-7 numerów, mielibyśmy doskonałe EP-ki. I na tym zakończmy ten wątek.

I w projektach

Najważniejszy to ten, który nigdy ostatecznie się nie ziścił. Wątek reaktywacji N.W.A. ze Snoopem w miejsce nieżyjącego Eazy-E, pojawiał się bardzo często. Kulminacja tych plotek przypadła na końcówkę lat 90., gdy Dre zaliczył wielki powrót płytą “2001”, bardzo dobre radził sobie Ice Cube, a MC Ren utrzymywał wysoką formę, lecz brakowało mu jakiegoś spektakularnego sukcesu. Wydawało się, że dokoptowanie do tego Snoopa będzie strzałem w sam środek tarczy, szansą na kapitalny poziom muzyczny oraz rekordy sprzedaży. Co by było gdyby…?

Były za to 213 (z Warrenem G i Nate Doggiem), było The Eastsidaz (obok Snoopa rapowali Tray Deee i Goldie Loc – bardzo polecam oba wydawnictwa nakładem TVT), był wspólny materiał z Dâm-Funkiem czy soundtrack “Mac & Devin Go To High School” z Wizem Khalifą. A do tego projekty, którym firmował jako wydawca czy producent wykonawczy, jak chociażby niesłusznie przemilczany i zapomniany żeński Doggy’s Angels. A przecież i Tha Dogg Pound ogromnie zyskali w pewnym momencie na współpracy ze Snoopiem. O JT Tha Bigga Figga mało kto już pamiętał, gdy to nasz bohater pomagał firmować “Mandatory Hyphy”.

Zliczyć wszystkie materiały, w których Snoop zamoczył chociażby jeden palec, położył jedną zwrotkę – syzyfowa praca. Jak żartobliwie powiedział mi kiedyś jeden z polskich raperów (był to chyba Ten Typ Mes, ale nie dam sobie uciąć ręki), zdaje się czasem, że autor “Doggystyle” w studiu spędza minimum 300 dni w roku, nie wychodząc wówczas z niego nawet na moment. I chociaż to oczywista przesada, to w najprostszy sposób pokazuje pracowitość oraz skalę zajawki Snoop Dogga. Ten człowiek nie nagrywa dlatego, że musi.

Aktor

Niesamowita charyzma, poczucie humoru, wyrazistość – tego Snoopowi nikt nie odmówi. Trochę trudniej sprawa się ma z oceną talentu aktorskiego. No nawet do wspomnianego wcześniej Ice Cube’a nie bardzo się go odnieść… Nie pozostało mi więc nic innego, jak poprosić o ocenę eksperta!

W porównaniu z Mos Defem czy 2Pakiem, o Queen Latifah nie wspominając, Snoop jest niestety aktorską miernotą, obecną w mainstreamowym kinie tylko dzięki kulturze celebryckiej i idącą za nią modą na zatrudnianie raperów tudzież innych znanych twarzy. Znamienne, że jedynym aktorskim wyróżnieniem Snoopa pozostaje nominacja do Black Reel Award za dubbing ślimaka w animacji “Turbo”. I nie ma co się dziwić, bo głos, jak wiemy, nie podrobienia, wyrazista osobowość, ale talent aktorski żaden. Dlatego kiedy Snoop odgrywa na ekranie samego siebie – nie ma problemu. W epizodycznych rolach komediowych, np. w “Starskym i Hutchu”, też jeszcze jako tako się sprawdza. Natomiast gdy próbuje się z poważniejszym materiałem, jak choćby rola dilera na wózku inwalidzkim w “Dniu próby”, wypada to niezmierzenie komicznie – powiedział ekspert kinowy, dziennikarz i autor książek Piotr Dobry.

Temat uznajemy za wyczerpany.

Przesłanie z Jamajki

W 2012 roku rozpoczęło się nawracanie pimp-gangstera. Wielce dziwić nie mogło, że jego początkiem była wyprawa na Jamajkę. Tam Snoop poczuł się na tyle – ekhem – natchniony, że aż stwierdził, iż wstąpił w niego duch Boba Marleya. Więcej, Snoop stał się jego reinkarnacją.

Wyrzekł się islamu i wstąpił do Ruchu Rastafari. – Czuję, jakbym narodził się na nowo. To wszystko, co było do tej pory, już mnie nie definiuje. Jestem nowym człowiekiem – powiedział. W związku z tym wszystkim zmienił pseudonim na Snoop Lion i nagrał nawet płytę utrzymaną w jamajskim klimatach “Reaincarnated”. Bardzo, ale to bardzo przeciętną płytę, za którą mocno mu się oberwało.

Całą przemianę pokazał dokument o tym samym tytule, który wyreżyserował Andy Capper. Nie obyło się bez wątpliwości, a uwag nie szczędzili przede wszystkim rodowici Jamajczycy, szczególnie starszej daty. Trudno odmówić racji argumentom mówiącym, że Snoop tak naprawdę wybrał z kultury Rasta pasujące mu elementy i na potrzeby show je sobie tak po prostu zaadaptował.

Na ile Snoop spokorniał, a na ile przesłanie mu się lekko odwidziało, tego nie wiem. Więcej płyt jako Snoop Lion już nie nagrał. I chyba dobrze…

Biznesmen

Pieniądze są po to, by je pomnażać – powiedział kiedyś nasz bohater. Ale z tym akurat wychodziło mu różnie. Działalność jego labelu Doggyhouse Records (obecnie Doggy Style Records) nigdy wielkich milionów nie przyniosła. No ale wiadomo, każdy szanujący się raper musi mieć swoje wydawnictwo, więc i Snoop mieć je musi. Ponadto wspomagał jako dyrektor kreatywny oficynę Priority. O dziwo nie poszedł jednak szeroko w ciuchy, nie inwestował w alkohol.

Postawmy sprawę jasno – Snoop jako biznesmen to zupełnie inna liga niż Jay-Z, Diddy czy nawet dobry znajomy z Kalifornii E-40. Ale to nie znaczy, że w pewnych segmentach sobie nie poradził jak należy. I pewnie będziecie bardzo zdziwieni dowiadując się, iż było to związane z marihuaną? Tak, Snoop ma nieźle prosperujący serwis internetowy o gandzi, startup, który pomagał ludziom znaleźć jak najszybciej punkt z dostępną medyczną marihuaną oraz całą markę Leafs By Snoop z akcesoriami dla palaczy.

Aha, jako jeden z pierwszych w branży rapowej, tak blisko skumał się z pornobiznesnem. Datowana na 2001 produkcja “Doggystyle”, we współpracy z legendarnym “Hustlerem”, nie przeszła może do historii jako ta z najwybitniejszym scenariuszem czy scenografią, ale… o czym my w ogóle mówimy?

Kołcz

O nawróceniu już wspominałem. Snoop nie chce już opowiadać o złych przykładach, chce uczyć młodych, pomagać im. Kolejny tego przykład to tegoroczna produkcja “Coach Snoop”, czyli seria dokumentalna dla Netflixa.

Hiphopowy gwiazdor szkoli nastolatków grających w Snoop Youth Football League. Zaprezentowany trailer przedstawia Snoopa na boisku z młodymi sportowcami. – Zdradzę wam jedną prawdę na temat życia – mówi Snoop Dogg. – W życiu częściej będziecie przegrywać niż wygrywać. Ale czy będziecie się poddawać? – czytaliśmy w serwisie Wirtualnemedia.

Całość wisi od 2 lutego, można sprawdzić, jak w tej roli wypadł Snoop.

Kaznodzieja

A od nawróconego trenera już tylko krok do najnowszego wcielenia naszego ulubieńca – rapera-kaznodziei. Utrzymany w klimatach gospel album “Bible Of Love” ukaże się już w piątek 16 marca i ma liczyć aż 32 nagrania. Wśród gości znajdziemy artystów, którzy w tej stylistyce doskonale sprawdzają się od lat i mieli stanowić dla Snoopa inspirację – B Slade, Rance Allen i Tye Tribbet. A do tego m.in. Faith Evans, która zawsze wplatała w soul i R&B dużo religijnego przekazu.

Oceny pierwszych singli są zaskakująco pozytywne. O ile oczywiście nie dokonują ich osoby, które zamknęły się na etapie Snoopa z pierwszych płyt, nawijającego o rywalizacji gangów, paleniu gandzi, zabawach z paniami, obowiązkowo na bitach Dre, Battlecata, Daza albo DJ-a Pooha.

Dla nich mamy na koniec też dobrą wiadomość. Jakoś trudno jest sobie wyobrazić, by jeszcze kiedyś Dogg nie wydał albumu właśnie w takim klimacie. Bo to jeden z tych ludzi, którzy ewidentnie w życiu potrzebują ciągle mieszać, zmieniać, próbować nowego, by potem z powrotem wracać do korzeni.

Andrzej Cała

Polecane