10 najważniejszych płyt: Tomasz Budzyński

Oto autorski wybór Budzego. Tak niezwykły, jak on sam…

2018.10.20

opublikował:


10 najważniejszych płyt: Tomasz Budzyński

foto: archiwum prywatne

Jedna z najważniejszych (również dla mnie, osobiście) postaci rodzimej kontrkultury – wokalista, tekściarz, muzyk, kompozytor, poeta, malarz. Jego muzyczne projekty – Siekiera, Armia, 2TM2,3, a wreszcie Budzy i Trupia Czaszka oraz nagrania solowe – na trwałe zapisały się w historii rodzimej muzyki niezależnej. A już na pewno nagrana przez Armię „Legenda” to jedna z najważniejszych płyt wszech czasów – często zresztą wspominana w moim cyklu „10 najważniejszych płyt” przez jego kolegów z muzycznej sceny. Oto więc autorski wybór Toma Bombadila. Tak niezwykłe, jak on sam…

Tomasz Budzyński: Nie jest łatwo wybrać te 10 ulubionych płyt! Przedstawiłem więc te, które wywarły na mnie największy wpływ. Oto albumy, które słucham ich do dziś – z taką samą przyjemnością jak kiedyś. Jak przecież wszyscy doskonale wiemy – kiedyś podobało nam się wiele płyt, a dziś mówimy: jak ja mogłem się czymś takim zachwycać? Oto więc muzyka, która przetrwała próbę czasu. I dalej żre!

The Allman Brothers Band – „The Allman Brothers Band”, 1969

Pierwszą płytę ABB – nagraną na „szpuli” – usłyszałem u kolegi z Puław gdzieś pod koniec lat 70. Na jednej stronie była „jedynka” ABB, a na drugiej „Days of Future Passed” Moody Blues. Obydwie płyty podobały mi się tak bardzo, że nawet już wiele lat później, kiedy przyszła epoka na „kasetowce”, musiałem to mieć na kasacie – z jednej strony ABB, a z drugiej Moody Blues. I tak zostało do dziś. Powiem wprost – strasznie lubię, jak Duane Allman gra na gitarze. No i ten zachrypnięty głos jego brata. Zresztą na tej płycie znajduje się chyba mój ulubiony utwór „w ogóle”. Ciekawe, czy zgadniecie który?

The Stranglers – „Black and White”, 1978

Płytę (winyl) kupiłem sobie na giełdzie, na warszawskim Wolumenie za małe pieniądze – gdzieś wiosną 1982 roku. Akurat miałem wolną chatę i zaprosiłem kolegów. Słuchaliśmy tej płyty przez całą noc, przekładając ze strony na stronę. Bardzo nam się podobało. Poza tym gadaliśmy i paliliśmy papierosy, ale już na piwo nie było nas chyba stać. Dopiero co ściąłem długie włosy i zacząłem ubierać się w podarte ubrania. O płyty z muzyką punkową było bardzo trudno (w radiu jeszcze jej nie puszczali, a audycje Marka Wiernika w Trójce zaczęły się chyba w 1983 roku?), więc trzeba było polować na giełdzie w Warszawie. Tak sobie myślę, to jest to chyba moja ulubiona płyta „punkowa”. No i ta kapitalna okładka!

PS. Marek Wiernik: Cześć Tomku – w Trójce wystartowałem w 1979 r. z audycją „Wokół Nowej Fali” z Magurą Góralskim, a potem zrobił się z tego „Cały Ten Rock”, we wtorki po 20.00. A „Black and White” owszem – katowałem!

Tangerine Dream – „Stratosfear”, 1976

Jak żem już nadmienił, wielu płyt po latach nie da się słuchać, a u mnie dotyczy to głównie płyt z tzw. muzyką elektroniczną. To była bardzo prosta, żeby nie powiedzieć prymitywna muzyka uprawiana głównie na terenie Niemiec. Później przeniosło się to do innych krain, a szczególnie do Japonii. Ale tu przecie nie o muzykę chodziło, tylko o to kosmiczne pobzykiwanie i plumkanie na syntezatorach. Po raz pierwszy usłyszałem to w liceum, w radiowej Trójce była nawet specjalna audycja, którą prowadził Jerzy Kordowicz. Był to pewien rodzaj szpanu, bo wydawało się, że to jest jakaś muzyka dla wybranych, a to bzyczenie i plumkanie – tudzież wyrafinowane szumy – miały być źródłem ekstazy w wiele większej niż zwykły Genesis z Gabrielem. Muszę tu przyznać, że te stare moogi i mellotrony miały bardzo fajne brzmienie (później nastała era plastiku i było już naprawdę źle). Jeden kolega wyznał mi w szczerej rozmowie na ulicy, że on teraz to tylko słucha zespołów: „Żą piera” i „Ewandżelis”. Ja próbowałem nawet malować obrazy z podkładem „elektronicznym”, ale nic z tego nie wychodziło, bom wpadał w jakiś katatoniczny stupor. Ale parę płyt się jakimś cudem ostało (szczególnie Kraftwerki), a poczciwa „Stratosfera” podoba mi się do dziś i często słucham jej w samochodzie. Dobrze nadaje się zwłaszcza do nocnych powrotów z trasy.

Znam w zasadzie na pamięć każdy dźwięk z tej płyty i – jakby ktoś chciał – mogę ją zanucić chyba w całości. Płyta ma swoją dramaturgię, ale ja najbardziej lubię końcówkę ostatniego utworu, szczególnie te rozszalałe sekwensery, które obsługiwał Chris Franke.

Misty In Roots – „Live At The Counter Eurovision 79”, 1979

Reggae usłyszałem po raz pierwszy w 1984 roku w Jarocinie. Przyjechaliśmy tam jako nieznany nikomu zespół Siekiera z Puław. Nasz występ trwał 20 minut. I w ciągu 20 minut – mogę tak powiedzieć – zmieniło się całe moje życie.

W Jarocinie było słychać dość dużo muzyki reggae i wpadała ona w ucho. Tak, jak wcześniej jakoś nie wpadała, bo w radiu można było usłyszeć tylko „No Woman No Cry” Marleya (a i to od wielkiego dzwonu), tak w tym Jarocinie jakoś wpadała. Genialnej audycji „Reggae – Pieśni wędrowców” Sławka Gołaszewskiego w Trójce jeszcze wtedy nie było…

Jako, że graliśmy w konkursie „Młodych kapel”, to przyjechaliśmy sporo wcześniej i mieliśmy dużo czasu. Często chodziło się na przesłuchania do JOK-u (Jarociński Ośrodek Kultury – przyp. A.Sz), albo na stadion posłuchać prób kapel, które danego dnia grały koncert. I tak zobaczyłem zespół Izrael. Kolorowa załoga szła na próbę razem z psami, które później wałęsały się po scenie. To był piękny widok. Od razu ich pokochałem. Zagrali tego dnia kapitalny koncert. To było jakby coś więcej niż muzyka. Natomiast po koncercie Siekiery podszedł do mnie Robert Brylewski i powiedział, że na jesieni organizują w Warszawie festiwal o nazwie Róbrege i zapytał, czy nie chcielibyśmy może zagrać, bo… bardzo mu się podobał nasz występ! Oczywiście zagraliśmy, a cała impreza to było takie rewelacyjne „PunkyReggaeParty”, które odbywało się już co roku, do końca lat 80., w namiocie cyrkowym Intersalto na Chłodnej. A że zaprzyjaźniłem się z Robertem (założyliśmy nawet wspólny zespół), często bywałem w jego domu na Pańskiej, w którym mieszkał razem z Vivianą. W małym pokoiku miał dużą kolekcję płyt winylowych. To tam poznałem albumy, których słucham do dziś: „Exodus” Boba Marleya, „Love Thy Neighbour” Ras Michaela, „Long Life” Prince Far I, czy „Haile I Hymn” IJahMana… No i przede wszystkim koncertówkę Misty In Roots. To była smutna muzyka, pełna tęsknoty, cierpienia i bólu – jakby ktoś śpiewał psalmy czy biblijne lamentacje. W tych pieśniach wprost odnosili się do Boga. Powiem szczerze, że pierwszy raz spotkałem się z czymś takim. Robi to do dzisiaj na mnie duże wrażenie…

I chyba właśnie ta koncertówka jest moją ulubiona płytą reggae. Tonpress wydał ją na początku lat 80. A Misty In Roots wystapili na Róbrege w 1987 roku. To był taki czad, że myślałem, że namiot się rozwali! A po latach, z Armią, zrobiliśmy nawet cover jednego z ich utworów („Sodoma i Gomora” z albumu „Pocałunek mongolskiego księcia” z 2003 roku – przyp. A.Sz.).

Fryderyk Chopin – „Mazurki” (wyk. Barbara Hesse-Bukowska), 1989

Gdyby mnie ktoś spytał: – Powiedz, gdzie byś chciał zamieszkać, a spełnię twoje marzenie, to od razu, bez wahania odpowiedziałbym, że w Grecji, nad morzem, dokładnie na południu Peloponezu (pogoda idealna, ludzie spokojni i uśmiechnięci, ogólnie – prawie jak w raju)…

Pakując się do wyjazdu, jednej rzeczy na pewno nie mógłbym wziąć ze sobą – płyty z muzyką Chopina. Nie mógłbym jej tam słuchać. Bo gdybym posłuchał, natychmiast bym się popłakał i popadł w taką tęsknicę, że trzeba byłoby mnie w końcu odwieźć z powrotem do Polski. Moja Ojczyzna jest w Niebie, ale… dlaczego jak słucham np. mazurka C-dur Op. 24 to coś mnie aż drze i za każdym razem mam łzy w oczach. O co tu chodzi? Wystarczy parę dźwięków, aby rzucić w cholerę ten południowy ziemski raj i wrócić do… ? Bo – w końcu – co to jest ta Ojczyzna? Wydaje mi się, że każdy krajobraz ma swoją melodię, każdy obyczaj ma swoją melodię, każdy…

Słucham po raz tysięczny tych mazurków i dobrze mi w tych krajobrazach.

Pierwszą płytę z muzyką Chopina kupiłem sobie w liceum. Był to II Koncert fortepianowy f-moll (na winylu) w wykonaniu Artura Rubinsteina (to mój ulubiony pianista). Słuchałem tej płyty tak często (najczęściej do snu), że nieomal ją zdarłem. Znam ten koncert na pamięć i mogę zanucić w całości – jak „Stratosferę”. Kompakt z Mazurkami dostaliśmy od Kaśki (pierwszej żony Stopy – tej, co zginęła w wypadku) z jakiejś okazji… może ślubu? Jest to najczęściej słuchana prze ze mnie płyta i z tego powodu wziąłbym ją ze sobą wszędzie. Byle nie do Grecji!

Ewa Demarczyk – „Śpiewa piosenki Zygmunta Koniecznego”, 1967

Ewa Demarczyk jest dla mnie najlepszą wokalistką na świecie. Czy Nina Simone, Kate Bush albo Diamanda Galas mogą się z nią równać? Jej muzyka towarzyszy mi od wczesnego dzieciństwa – bo kiedyś takie piosenki można było normalnie usłyszeć w radiu. Dziś już ktoś zabrania słuchania prawdziwej sztuki, nie wiedzieć czemu? Ale płyty mam i słucham z takim samym przejęciem jak kiedyś. Miałem też niebywałe szczęście być na jej koncercie! Było to w Puławach – gdzieś w połowie lat 80. Po prostu total! To wszystko oczywiście za mało, ale dodać można jeszcze, że – według mnie – jest to jedna z najlepszych płyt w historii muzyki w ogóle! A na pewno najlepsza płyta nagrana przez kobietę! Ale po kolei…

„Karuzela z Madonnami”. Jeden z najbardziej ekspresyjnych utworów wykonywanych przez kobietę. Niesamowity akompaniament z akcentem werbla i fortepianu. Co za czad! Rzuca się w uszy niebywała wprost wirtuozeria wokalna i ten niezwykły, jedyny w swoim rodzaju „dobrozły” klimat.

„Garbus”. Średniowieczna ballada pielgrzymia zasypywana przez jesienne liście. Garbus brnie w siną dal niepomny na śmiertelne i piwniczne okoliczności.

„Tomaszów”. Piękna kresowa ballada miłosna… Te cudze meble… Ta cisza wrześniowa… Jesień najpiękniejsza pora. Ja też chcę do Tomaszowa.

„Grande Valse Brillante”. Ty wódka za wódką w bufecie… Co za dramaturgia, co za namiętność , co za miłość! Po prostu total! Ile barw, ile odcieni, ile subtelności, ile kontrastów! Brak słów…

„Taki śmieszny”. Delikatna i wzruszająca piosenka o miłości. Na polu jest zimno…

„Taki pejzaż”. Arcydzieło wszechświatowe! Dla mnie najlepszy utwór tej niebywałej artystki i najlepszy utwór wykonywany przez kobietę w ogóle. Nieziemski klimat osiągnięty minimalnymi środkami. Nie widzę konkurencji. Geniusz(ka)!

„Wiersze wojenne”. Następne arcydzieło. Muzyka i tekst rozdziera serce. Totalna ekspresja… Szkło bolesne… Nie można pisać bo chce się… płakać.

„Pocałunki”. To przełamanie: „A zostanie tylko, tylko fotografia. To – to jest bardzo mało…”. Ech… co tu gadać! Tak, tak, tak… taktaktaktaktakatakatak!!!

„Czarne anioły”. Arcydzieło. Trumienna ballada, trupie czaszki i kwiaty śmierci… Na sinym niebie czarny ptak leci… Sceny jak na obrazach Ensora… Fragment tego utworu nawet grała Armia! Moja stodoła… Co za tekst!

„Groszki i róże”. Czyli wieczorny walczyk miłosny, pachnący letnim ogrodem. Słuchałem go w dzieciństwie i wirowałem z moją idealną, niewidzialną dziewczyną.

„Deszcze”. Posępny, minimalistyczny pochód śmierci.

Płyta nagrana została w pamiętnym roku 1967. Chyba najlepszym dla „współczesnej” muzyki!

Bad Brains – „ I Against I”, 1986

Tak zwana muzyka czadowa była dla mnie w okresie młodości bardzo ważna. Jakoś trzeba było się wyładować. A jeżeli o to chodzi, to najlepiej od razu założyć sobie zespół, nazwać go Siekiera i drzeć ryja do upadłego. Ale nie od razu Kraków zbudowano…

Byłem dość dobry w kosza, ale spocić się na parkiecie to nie to samo, co spocić się na koncercie czadowego zespołu. Koncertów czadowych było bardzo mało albo wcale. Ale można było się bawić w zespół – wystarczyło tylko rozkręcić magnetofon na cały regulator! W podstawówce czadową muzyką był dla mnie Black Sabbath i Deep Purple. W liceum – Motörhead (lecę w telegraficznym skrócie). Później był punk rock i Discharge. Aż w końcu usłyszałem Bad Brains! Była połowa lat 80. i to była słynna płyta „Rock for Light”. Ekspresja była tak olbrzymia, że w zasadzie to zwykłe pogo już nie wystarczało – chciało się wręcz biegać po ścianach! To była jakaś dzicz – w ogóle nie znana i nieosiągalna dla europejskich kapel punkowych. Ta dzicz nie była jednak prymitywna, ale wręcz wyrafinowana. No i te odwołania do Boga! Wydawało mi się, że nie można już nagrać nic lepszego w tym względzie. Ale nie… Następna płyta tego zespołu nazywała się „I Against I”. I gdybym miał powiedzieć, jaka jest moja ulubiona płyta czadowa – to właśnie ta. To nie jest zwykły czad! To jest jakiś czad mistyczny!

Arturo Benedetti Michelangeli – „Plays Debussy”, 1978/1995

Debussy jest – obok Chopina – moim ulubionym kompozytorem (jeszcze tylko Bela Bartok i mamy całe podium). Jego muzykę poznałem w liceum dzięki koledze z Puław, który był melomanem i rozszerzał przez wiele lat moje horyzonty muzyczne. Bardzo mu jestem za to wdzięczny…

Z muzyki poważnej, w wieku młodzieńczym, słuchałem – wiadomo – Chopina, Beethovena, czy Mozarta. Ale kumpel pożyczał mi różne dziwne płyty. I tak natknąłem się w końcu na „Popołudnie Fauna” Debussy’ego. To było jakieś olśnienie! Co za magiczna muzyka! Przypominało mi to szum wiatru w drzewach, który przychodzi nie wiadomo skąd i odchodzi też nie wiadomo gdzie… Jakieś czarodziejstwo! Słuchałem tego na okrągło, a potem już poszło – utwory fortepianowe no i te czarodziejskie sonaty. Z twórczości tego kompozytora podoba mi się w zasadzie wszystko (ale chyba najmniej osławione „Morze”).

Na początku lat 80. kupiłem sobie płytę (winyl), na którym było „Popołudnie Fauna”. Znalazłem tam również wspaniały utwór Ravela – „Nagrobek Couperina” i jakiś słaby utwór Dukasa. Słuchałem jej tak często, że doszczętnie ją zdarłem. Jedną z płyt, którą pożyczył mi kolega były utwory fortepianowe Debussy’ego, a wśród nich utwór „Images”. Wykonywał je węgierski pianista Dezso Ranki. Bardzo mi się ten utwór podobał – szczególnie lubiłem go słuchać we wczesnych godzinach rannych i to w zimie. Przegrałem sobie to na kasetę i słuchałem bardzo często, np. kiedy nagrywaliśmy płytę „Legenda” na Mazurach. Niektórzy dobrzy dziennikarze pytają mnie, jakiej muzyki słuchaliście, kiedy nagrywaliście „Legendę”? Co was inspirowało? A ja im wtedy odpowiadam, że słuchaliśmy: Góreckiego, Debussy’ego i Bad Brains!

Jest to jeden z moich ulubionych utworów w ogóle. Wiadomo – jest wiele wykonań, ale ja chyba najbardziej lubię, jak „Images” gra Arturo Benedetti Michelangeli.

Pink Floyd – „The Piper at the Gates of Dawn”, 1967

Wakacje w dzieciństwie spędzałem na zmianę – raz u babci Anieli, a raz u babci Mani. Mania mieszkała w podwarszawskim Rembertowie w małym domku obok rozległego pola. Tych domków było więcej i mieszkały w nich inne dzieci. Bawiliśmy się cały dzień, od rana do nocy, bo nie było jeszcze komputera i smart fonów. Jeden chłopak był starszy i miał magnetofon szpulowy ZK 140. Puścił nam utwór zespołu Deep Purple pod tytułem „Dziecko w czasie” i powiedział, że to jest najlepszy zespół na świecie. Omal nie zemdlałem z wrażenia! Od tej chwili najlepszym zespołem dla mnie było Deep Purple.

Ja nie miałem magnetofonu, bo byłem ubogi, ale zainteresowałem się muzyką i chodziłem do innych kolegów z podstawówki, którzy posiadali te wspaniałe urządzenia. Słuchaliśmy razem muzyki. W następne wakacje chłopak od „Dziecka w czasie” powiedział, że jest już lepszy zespół od Deep Purple i nazywa się Pink Floyd. Spytałem go, gdzie ty słuchasz tego Pink Floyd? A on mi mówi: – To ty nie wiesz, że jest Trójka na „ukaefie”? A ja tego nie wiedziałem – myślałem, że jest tylko jeden program w radiu. A on dalej: – Słucham i sobie nagrywam całe płyty na magnetofon, Piotr Kaczkowski je puszcza!

Jak tylko wróciłem z wakacji do domu to dorwałem nasze tranzystorowe radyjko, żeby włączyć sobie Trójkę na „ukaefie”, ale ku mojej rozpaczy nasze radyjko o nazwie „Estrella” nie miało fal UKF! To był absolutny dramat. Myślałem, że się popłaczę. Miałem tylko fale długie, średnie i krótkie. Ultrakrótkich nie było. Zacząłem jednak kręcić gałką i – proszę sobie wyobrazić – po paru dniach, wśród kosmicznego szumu wyłowiłem na falach krótkich program trzeci – ową kultową Trójkę! Kolega z Rembertowa powiedział, że te audycje są po godz. 17.00. Była już jesień, zaczął się rok szkolny, siódma klasa podstawówki. O 17.00 siadałem więc przy oknie, a na parapecie było radyjko „Estrella”. Kręciłem gałką i udawało mi się wyłowić z tego kosmosu Program 3 Polskiego Radia. Często uciekał, ale byłem cierpliwy. Wystarczył ruch antenką i znów pojawiała się muzyka. Kosmiczna muzyka. Szybko zapadał zmierzch, a ja po ciemku słuchałem „Astronomy Domine”, bo Piotr Kaczkowski akurat postanowił puścić całą dyskografie tego Pink Floyd! Jakiś cud? Co tydzień, albo co dwa, leciała kolejna płyta: „Ummagumma”, „Atom Heart Mother”, „Music from the Film More”, „Meddle”… To była jakaś muzyka w stylu egipskim. Nie miałem magnetofonu, więc nie nagrywałem, ale zapamiętałem na zawsze.

Wszystkie wczesne płyty Pink Floyd bardzo mi się podobają, a szczególnie „jedynka” z Sydem Barrettem. Jest to płyta absolutnie ponadczasowa i posiada jakiś niebywały wdzięk. Jest na niej mój ulubiony riff gitarowy („Interstellar Overdrive”), a na swoich koncertach solowych kilkakrotnie wykonywałem utwór „Gnome”. Syd jest tylko jeden!

Dead Can Dance – „Within The Realm Of A Dying Sun”, 1987

Czyli najpierw jest „dzyń” (trzęsienie ziemi!), a potem napięcie stopniowo rośnie!

To jest bardzo wschodnia i ludowa muzyka – wbrew obiegowym opiniom o jakimś „gotyku”. Akcja dzieje się w księżycowe noce, po zapadłych wsiach i po polach, czasem zahacza o małe miasteczka. Zarośnięte miedze i księżyc – jakiego nigdy nie widziano. Dla mnie to taka muzyczna ilustracja do „Opowieści chasydów” Martina Bubera. Dzięki tym śpiewom wszystkie modlitwy, leżące odłogiem w polu, unoszą się do Nieba!

Dead Can Dance poznałem w połowie lat 80. w radiu przy okazji składanki This Mortail Coil. Wtedy byli jeszcze tacy „nowofalowi”. I taka była też pierwsza ich płyta. Dopiero druga – „Spleen and Ideal” – przyniosła jakiś kompletny przewrót. I to wtedy właśnie zaczęło się to tajemnicze „coś”. Lubię ich wszystkie płyty, a koncert w Sali Kongresowej 31 marca 2005 roku uważam za najlepszy, na jakim byłem…

PS. Oczywiście te 10 płyt nie wyczerpuje moich zainteresowań, gdybym mógł, to dodałbym jeszcze:

Captain Beefheart – „Safe As Milk”,
Nick Drake – „Pink Moon”
Motörhead – „No Sleep ’til Hammersmith”
Jan Sebastian Bach – „Suity wiolonczelowe” (wyk. YoYo Ma)
The Doors – „L.A.Woman”
Killing Joke – „1”
Kabaret Starszych Panów – wszystko
Miles Davis – „In a Silent Way”
New Model Army – „Thunder and Consolation”
Bela Bartok – „Divertimento”.
I jeszcze wiele…

Ale fakt faktem, że najlepiej mi się maluje, jak sobie puszczę V symfonię Beethovena. Jakoś tak sprawnie idzie…

Oprac. Artur Szklarczyk

Polecane


Share This