Juice WRLD: Emo-rap prosto z Klubu 21

Chłopak z Chicago to przykład jednej z najszybszych karier w branży

2021.12.13

opublikował:


Juice WRLD: Emo-rap prosto z Klubu 21

Chłopak z Chicago to przykład jednej z najszybszych karier w branży. Życie mogło być ceną za to tempo, śmierć jest – miejmy nadzieję – przestrogą. Fenomen nadal trwa.

Kiedy Chance the Rapper żegnał się z nim na Instagramie, zapostował wymowny hasztag #legend. Drake napisał z patosem coś o kolejnej zbyt krótkiej historii „pobłogosławionego talentem”. „Potencjał poza skalą” – chwalił Eminem, który mistrzem kurtuazji nigdy nie był, za to słynie z tego, że od rapujących osób sporo wymaga. „Bardzo wpływa na świat tym, co pozostawił” – dorzucał do puli komplementów G Herbo, nie bez przyczyny używając przy tym trybu teraźniejszego. Dlaczego? Zaraz do tego wrócę.

Life after death

Najpierw truizm: raperów rok w rok ginie wielu, nagłówki celebrują pamięć paru. Tym razem rzeka kondolencji popłynęła na tyle wartko, że rodzina wystosowała dla fanów i fanek oświadczenie: „Z głębi serca pragniemy podziękować Wam za niekończącą się miłość dla Juice’a. Byliście dla niego całym światem, a dzięki słuchaniu jego muzyki, oglądaniu klipów i udostępnianiu historii o nim sprawiacie, że pamięć żyje” (tłumaczenie za Popkiller.pl).

Kłania się Horacy ze swoim pomnikiem trwalszym niż ze spiżu i Juice WRLD żyje poprzez swoja twórczość. Nie tylko w sercu ludzi z Chicago, gdzie wraz z cytowanymi Chance’em i Herbem był muzycznym ambasadorem miasta. Nie tylko w amerykańskich uszach tych, co to docenią dobrą melodię jak Drake, czy porządny warsztat jak Eminem. Mówimy o ważnej postaci globalnej popkultury.

To nie frazes, to liczby. Artysta rok przed przedawkowaniem, pod koniec 2019 roku mógł się pochwalić ponad miliardem streamów, rok po nim uzyskał wynik niemal sześciokrotnie lepszy na samym tylko Spotify. I jest szansa, że jeszcze go poprawi, bowiem właśnie ukazało się czwarte studyjne (drugie pośmiertne) solo „Fighting Demons”. A to tylko wierzchołek góry lodowej, bo pozostawionych utworów jest ponoć… dwa tysiące. Podaż może pójść w parze z popytem dlatego, że oszałamiająca, raptem czteroletnia i jedynie przez połowę tego czasu płynąca głównym nurtem kariera, pozostawiła fanów i fanki cholernie głodnymi. Żadnego 2pacowego przesytu. Umarł przecież zaledwie 21-latek, spełniony i niespełniony zarazem.

Czarny i smutny

Skąd tak ogromna popularność Juice WRLD-a? Warto by było powiązać ją z popularnością emo-rapu, w 2018 roku najszybciej rozwijającego się podgatunku w muzyce. Jeszcze dwadzieścia lat temu termin nie był w powszechnym użyciu i jak już się z kimś wiązał, to z białymi twarzami rapowej awangardy – Sole’em, Sage’em Francisem, Buckiem 65 czy Slugiem z grupy Atmosphere (w facecie płynie krew biała, czarna, a nawet indiańska, ale na oko jest blady, zaś przekonanie o jego białości okazuje się silne jak to, że Szczecin leży nad morzem). A potem Kanye West pokazał za sprawą „808s & Heartbreak”, że czarni bracia mogą się nad sobą rozczulać i monetyzować swój smutek dużo lepiej od białasów. Tamy zaczęły pękać. Dzięki Kidowi Cudiemu i Drake’owi poszły w drzazgi.

Dlaczego tak późno? Nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak silny jest w Stanach rasizm, również ten podskórny. I jakie brzemię zostawia. Durne, stereotypowe „faceci nie płaczą” zostało tylko zwielokrotnione przez rasę, podkreśloną maczystowską konwencją „gangsta”, z gett wychodziło się siłą i stanowczością, przebojowością, pewnością siebie. W przestrzeni publicznej nie toczyła się żadna dyskusja o chorobach psychicznych kolorowych – jeżeli już, to po strzelaninach z ich udziałem. Czarni mieli słuchać przede wszystkim czarnej muzyki (na której bezwstydnie żerowali sobie biali).

Juice WRLD nie jest jednak Millenialsem jak 50 Cent. Jest z Pokolenia Zet, które gniew zamieniło na smutek i przygnębienie, na wszechobecną depresję. Dorastał na przedmieściach Chicago, gdzie nie handlował prochami jak każe hiphopowa klisza (choć szybko pojął siłę dostępnych w aptekach, legalnych prochów). Uczęszczał za to na lekcje pianina, grał na perkusji i gitarze, pobębnić mógł sobie w szkolnym zespole, zaś ponawijać w licealnej rozgłośni radiowej. Konserwatywna matka pilnowała, żeby w domu nie było hip-hopu. Za to pop i rock? Proszę bardzo.

Z jednej strony złamane serce Kanye, jego autotune i brzmienie Rolanda, osławionej „osiemset ósemki”. Z drugiej – białe, smutne granie Fall Out Boy’a i Panic! At the disco. Po środku wrażliwy, muzykalny nastolatek. Tak to się wydarzyło.

Hip-hop mimo wszystko

Oczywiście takich Juice WRLD’ów było na Soundcloudzie na pęczki. I wszyscy brzmieli dość podobnie. Potrzeba chwili? Trend? Owszem, tylko czy da się tak jak wszyscy, ale inaczej? Okazało się, że tak.

„Brzydko to zabrzmi, ale Juice WRLD to gość, który zapełni pustkę pod XXXTenatacionie i udowodnił to właśnie tym albumem. Melodyjne flow, klimat nie do podrobienia. Wierzę w tego chłopaka, bo wydał bardzo ciekawy debiut, teraz tylko powinien piąć się w górę i zgarniać jak najwięcej. Moda na smutnych chłopców trwa i ma się bardzo dobrze, także Juice powinien nadać nieco kolorytu temu nurtowi” – pisał w 2018 r. po debiutanckim „Goodbye & Good Riddance” Łukasz Rawski, biegły w nowej szkole dziennikarz, artysta i aktywista.

I ten cytat doskonale się zestarzał. Szał na punkcie bezceremonialnie samplującego przebój Stinga (spokojnie, Brytyjczyk zgarnia 85 procent) „Lucid Dreams” nie był trafem losu. Każdy singiel wchodził na listę Hot 100, krążek pokrył się potrójną platyną. Juice był tytanem profesjonalnej pracy. Benny Blanco, który wypatrzył chłopaka na Instagramie, mówił, że chwila z bitem wystarczyła, żeby młody artysta miał tekst i melodię. Dar improwizowania godny jazzowego wyjadacza, a do tego umiejętność nagrania naraz. Osiem utworów jednego dnia, wiele wariantów wokali, z których można sobie wybierać, wersy wywołujące emocje. To marzenie każdego producenta.

Ambitny, robotny, do tego jeszcze świadomy, gdyż jego formuła artystycznego wyrażania się nie wynikała u niego z tego, że nie umiał napisać dobrych linijek. Miał na początku etap silenia się na błyskotliwość, gier słów i punchlines, jednak zrozumiał, że chce być muzykiem, nie tekściarzem. Swoją hiphopowość pokazał niedowiarkom w radiowych freestyle’ach, w tym tym londyńskim u Tima Westwooda, gdzie wparował na podkłady m.in. Doktora Dre, Havoca z Mobb Deep i Tylera, the Creatora. To zresztą wolnym stylem a nie mumblem i ładnymi melodiami kupił swojego pierwszego wydawcę, Lil Bibby’ego. Bibby z choinki się nie urwał, z pieca chleb jadł niejednego, za to na jego ucho dzieciak rapował jakby robił to przez dwadzieścia lat.

Zło w dobro zamieniaj

Przyjęta formuła mogła się szybko przejść. 2018 to nie tylko solowy debiut, ale też wspólna płyta z Future’em. W 2019 uderza „Death race for love”. 22 numery, 72 minuty. Za dużo. Ten festiwal promocji środków uzależniających i mizoginii, pełen zlewających się ze sobą utworów na najwyższych rejestrach emocjonalnych nie miał prawa podobać się krytykom. „Szczerość Lil Peepa, przekaz Chief Keefa i tanie akustyczne gitary XXXTentaciona” – pisał nie bez uszczypliwości Pitchfork. „50 procent tekstów to zło, drugie pięćdziesiąt również, za to wbijają się w głowę tak mocno, aż stają się dobre” – dodaje przy tym recenzent. Juice pisze na tyle szczerze, by inni mogli i chcieli się z tym lamentem utożsamiać, bywa też przy tym w piosenkowej formule precyzyjny w korzystaniu ze słów. A przede wszystkim jest zapamiętywalny. To dziś kluczowe.

Wielu imponował niesłabnącą na moment pasją, wyczuwalną zarówno wtedy, kiedy jesteś z A$AP Mob i razem nagrywacie, jak też wtedy, kiedy jesteś anonimowym dla niego dziennikarzem z nieistotnej z punktu widzenia kariery Polski. Inni podkreślali, że był fajnym, bystrym gościem, takim do rany przyłóż. „Żyjący Święty Mikołaj” – mówiono, bo nie kupował samochodów, wydawał pieniądze tak, żeby razem z nim bawiło się całe otoczenie. Karma wracała. Miał szczęście do ludzi, nawet po śmierci. „Legends never die” z 2020 roku w dość zgodnej opinii oceniających uchodzi za lepsze od poprzedniczki. Stroni od producenckiego bałaganu, natłoku niepotrzebnych featuringów, złej selekcji i składankowego charakteru będących plagą pośmiertnych płyt. Udało się to, co nie wychodziło począwszy od Notoriousa B.I.G., na Pop Smoke’u skończywszy.

Walka z demonami trwa

O najnowszej płycie przeczytacie sobie w osobnym tekście, dlatego na koniec trochę o tym, co nie do końca wiąże się z muzyką, ale ma ważny wymiar społeczny. Bohater artykułu pożegnał się z życiem, bo przedawkował. Nie chciał, żeby służby na lotnisku nakryły go z całym posiadanym arsenałem tabletek (w jego odrzutowcu były do tego skromne 32 kilogramy trawki). Matka artysty zdecydowała się nie chować niczego pod dywan, żeby na błędach jej syna mogli uczyć się wszyscy. Nie wybielała pierworodnego, nie zaśmiecała internetu rozważaniami na temat tego, że pilot samolotu był konfidentem (takie głosy się pojawiły z innych źródeł). Mówiła za to sporo o uzależnieniu, depresji i stanach lękowych. I na mówieniu nie poprzestała, założyła fundację Live Free 999 (trzy dziewiątki, co znane z tatuażu Juice’a, odwrócone trzy szóstki).

Przez rapowe Stany przetoczyła się ogromna dyskusja. Juicy J przeprosił za namawianie do kodeiny, wcześniej kajał się Future. Vic Mensa mówił od odpowiedzialności, Trippie Redd zadeklarował chęć bycia czystym. Echa tej debaty dotarły do Polski. „Dbajcie o siebie i swoich bliskich, alkohol i narkotyki w odpowiednich ilościach są dla ludzi, ale nikt nie jest nieśmiertelny i trzeba być tego świadomym” – skomentował Żabson. Całe szczęście, bo to wszystko jakaś równowaga dla przerażających, padających w „Legends” wersów Juice’a: „What’s the 27 Club? / We ain’t making it past 21” (nawiązuje one z jednej strony do zmitologizowanej śmierci 27-latków, m.in. Jimiego Hendriksa, Janis Joplin, Kurta Cobaina czy Amy Winehouse, a z drugiej strony czynią aluzję do wieku nieżyjącego już XXXtenaciona i Lil Peepa). Co dalej? 19 Club? 16 Club?

Największą siłą „Fighting Demons” może być wcale nie to, że dostaliśmy trochę piosenek i Juice WRLD żyje poprzez nie. Żywa zostaje idea, która innym ma szansę pomóc z demonami wygrywać.

Marcin Flint

Polecane

Share This