Anita Lipnicka: „Nie wchodzę dwa razy do tej samej rzeki”


2017.11.27

opublikował:

Anita Lipnicka: „Nie wchodzę dwa razy do tej samej rzeki”

foto: Jacek Poremba

Wydawało mi się, że „Vena Amoris” była bardzo amerykańską płytą, tymczasem teraz wchodzisz w ten świat jeszcze głębiej, do tego masz piękne indiańsko-hippisowskie logo. Skąd ten kierunek na takim etapie kariery?

Anita Lipnicka: Jestem fanką gatunków alt country i americana od bardzo dawna. Ale to, że jest się fanem, nie oznacza, że od razu można sobie pozwolić na eksperymenty w takich obszarach muzycznych jako wykonawca czy autor. Do tego trzeba dojrzeć, przepracować. Ja sobie eksploruję te post-hippisowskie sytuacje i z coraz większą odwagą się tam zapuszczam, realizując własne piosenki i wizje przy użyciu kolorów, które sama kocham w muzyce. A że mieszam do tego język polski, to wychodzą z tego właśnie takie wędrówki.

Zabrałaś w te wędrówki czwórkę gości. Z twojego fanpage’a możemy dowiedzieć się, dlaczego zdecydowali się przyjąć zaproszenie, ale nie wiemy, z jakiego powodu postawiłaś akurat na te osoby.

Udział gości na płycie był bardzo spontaniczny. Nie zakładałam, że nagram płytę z dodatkowymi głosami. Od początku wiedziałam za to, że chcę zmusić do śpiewania swoich kolegów z zespołu, dlatego pojawili się na niej w chórkach. Ale o tym, że pojawią się także dodatkowe osoby zadecydowały tak naprawdę same piosenki. Kiedy pisałam „Jak Bonnie i Clyde”, wiedziałam, że to musi być duet. Drugą zwrotkę pisałam jako zwrotkę męską i myślałam, kogo zaprosić do duetu, żeby nie „prześpiewać” tej piosenki, żeby ona nie była wymuszona, żeby nie ścigać się z harmoniami i rzeczami tego typu, tylko na spokojnie, z pełną powściągliwością zaśpiewać miłosną balladę opowiadającą o związku dwojga ludzi, którzy są raczej w fazie utraty złudzeń, a nie zauroczenia. I wtedy pomyślałam o Tomku Makowieckim. Jest totalnie cool kolesiem, a jednocześnie na szczęście jego piękna twarz została już delikatnie nagdryziona zębem czasu, więc idealnie pasował mi do tej piosenki. Oprócz tego, że super śpiewa, to jeszcze bardzo lubię rzeczy, które robi muzycznie, dlatego zaprosiłam go na płytę. Tomek od razu się zgodził, jak wysłałam mu demo, stwierdził, że słyszy siebie w tej piosence i od tego się zaczęło.

Do Tomka dołączyła trójka młodszych artystów.

Z Fismollem spotkaliśmy się na planie teledysku. Napisałam tę piosenkę nad jeziorem, kiedy realizowaliśmy klip do utworu „Z miasta”. Fismoll odwiedził nas z kamerą, był autorem zdjeć do tego teledysku. Strasznie lubię jego twórczość. Mam w domu jego płyty, ale pierwszy raz spotkałam go na żywo. Chciałam uwiecznić ten moment, dlatego napisałam piosenkę „Back to the Sea”, która opowiada o tym, że spotykamy się – my, ludzie – po to, by dawać sobie nawzajem, by uczyć się od siebie i bez względu na różnice pokoleniowe czy kulturowe, mamy sobie wiele do zaoferowania. Zaśpiewałam z Fismollem o tym taką krótką formę.

Piosenka „Tęczowa” to jeszcze inna sytuacja i inne okoliczności. Odkąd z Placu Zbawiciela zniknęła tęcza, uznałam, że muszę zawalczyć o inną, stąd ten utwór.

W „Tęczowej” pojawiają się aż dwie osoby – Julia Pietrucha i Ralph Kamiński.

To moje ulubione młode głosy w Polsce, takie moje anioły. Kocham ich rzeczy, noszę ich płyty w telefonie i zasłuchuję się. Już kiedy pisałam tę piosenkę, słyszałam w refrenie Ralpha jako głos tych uciemiężonych zjawisk przyrodniczych czy też ludzi, w których naturę człowiek za bardzo ingeruje. No i Julcię też usłyszałam tam od razu. Chciałam zestawić jej hawajski luz w głosie w kontraście ze słowami, które zaśpiewała.

To są moje osobiste wybory. Zapraszając właśnie te osoby, w żadnym razie nie kierowałam się ich popularnością. Zaprosiłam artystów, których sama lubię i cenię.

Zaprosiłaś całą czwórkę do udziału w koncercie w Stodole. Czy jest szansa, że któraś z tych osób wystąpi z tobą na innych koncertach trasy?

Niestety nie. To nie do udźwignięcia od strony logistycznej. Każdy z nich ma swoje życie, swoje rzeczy. Ralph też rusza jesienią w trasę, Julia nagrywa płytę, jest teraz w studio. Aczkolwiek byłoby to ciekawe doświadczenie i ruszając razem w trasę moglibyśmy przywieźć z niej pomysły na zupełnie nową płytę.

Przed rozpoczęciem trasy „Na osi czasu” deklarowałaś, że chcesz rejestrować występy i wydać je. Co się stało z tym materiałem?

Ukazał się, ale w nietypowej formie. To znaczy jest dostępny na płycie, ale nie ma go w szerokiej dystrybucji, jest natomiast w sklepach internetowych i u nas na koncertach. Nie robiliśmy wokół niego żadnego szumu, ale płyta jak najbardziej istnieje.

Podczas tamtej trasy sięgałaś do zamierzchłej przeszłości, ale zmieniałaś, czasem diametralnie, wszystkie te stare utwory.

Wydaje mi się, że to dla nich jedyna szansa, by mogły pojawiać się dziś na moich koncertach. Nie tylko dlatego, że chcę je jakoś wkomponować w stylistykę, w której się teraz obracam, ale po prostu dlatego, że to – jak zauważyłeś – zamierzchła przeszłość. Te piosenki zestarzały się aranżacyjnie. To jednak były lata 90., więc wiesz – sentymenty sentymentami, ale po latach nie patrzę zbyt łaskawie na to, jak zostały zaaranżowane pierwotnie. Oczywiście nie bez znaczenia jest też to, że zmieniając te piosenki mogę wkomponować je w swój aktualny repertuar zachowując jakąś spójność. Dzięki temu choć część tych utworów może spokojnie wracać na koncertach promujących „Miód i dym”.

Pierwszym singlem promującym „Miód i dym” była piosenka „Ptasiek”. Od jej premiery minęło już prawie półtora roku. Nie bałaś się, że ten utwór może w jakiś sposób nie pasować do reszty zawartości płyty?

Absolutnie nie. Nagrali go ci sami muzycy, z którymi nagrałam „Miód i dym”. Właściwie to jest dokładnie odwrotnie, im bardziej utwór różni się od innych, tym lepiej. Chciałam nagrać zróżnicowaną płytę. Piosenki odbiegają od siebie temperaturą emocjonalną czy dynamiką, bo opowiadają różne historie. „Ptasiek” powstał bardzo spontanicznie. Miałam wtedy jakieś zalążki pomysłów, ale wszystko było w powijakach i raczej nie mogę powiedzieć, że byłam już na etapie pracy nad płytą. Natomiast wszystkim nam bardzo zależało, żeby nagrać ten utwór, ponieważ – ze względu na tekst – jest on klamrą zamykającą przeszłość, a jednocześnie otwierającą dla mnie nowy rozdział,  czyli współpracę z zespołem The Hats, która była dla mnie obietnicą czegoś, co możemy razem stworzyć. Zależało nam, żeby wypuścić „Ptaśka” właśnie wtedy, ponieważ szykowaliśmy się do trasy „Na osi czasu” i ta piosenka po prostu wpasowywała się w te koncerty. Teraz daliśmy ją na płytę, bo wcześniej nie miała szansy pojawić się na fizycznym nośniku.

Nie mogę nie zapytać o Varius Manx. Kasia Stankiewicz po latach wróciła do zespołu. Gdybyś też dostała propozycję, przyjęłabyś ją? Chyba że dostałaś, ale nie mówi się o tym…

Dostałam. Widziałam się nawet z Kasią w tej sprawie. Właściwie nawet nie w tej, po prostu spotkałyśmy się, żeby pogadać o życiu i ona przyznała mi się wtedy, że dostała taką propozycję zagrania trasy z okazji XXV-lecia istnienia grupy. Ona rozważała przyjęcie tej oferty, ja ją odrzuciłam. Każda z nas ma swoje powody. Nawet nie zastanawiałam się nad przyjęciem tej propozycji, bo nie wchodzę dwa razy do tej samej rzeki. To co ma miejsce w przeszłości, w moim przypadku powinno tam pozostać. Zbyt długo i zbyt intensywnie walczyłam o swoją niezależność artystyczną, by teraz wywoływać duchy sprzed lat i świętować z nimi zamierzchłe triumfy. Variusowa przeszłość jest dla mnie ważna, była etapem pewnej drogi, jednak nie chcę być z nią wiecznie utożsamiana. Zależy mi na tym, aby ludzie kojarzyli mnie z tym, co robię tu i teraz. Bo mam wciąż wiele do zaoferowania. W moim odczuciu znacznie więcej niż miałam wtedy.

Rozmawiał: Maciek Kancerek

Polecane

Share This