Cave na Torwarze (relacja)


2017.10.25

opublikował:

Cave na Torwarze (relacja)

foto: P. Tarasewicz

Szaman. Czarownik. Kiedy widzisz go na żywo, na scenie, nie możesz o nim inaczej pomyśleć. O ile w ogóle jesteś w stanie myśleć. Szaman zabiera cię do swojego świata, zamyka w ciemnej jamie i więzi. Przeżyłeś już to z nim? Nie szkodzi. Nie za bardzo podoba ci się ostatnia płyta „Skeleton Tree”? Nie ma to znaczenia. On jest od ciebie większy, silniejszy. I cholernie doświadczony w tych swoich czarach. Nie potrzebuje fajerwerków, pawich piór w dupie i oblewania publiki szampanem. Potrzeba jest mu jedynie scena, Warren Ellis i reszta The Bad Seeds. No i ty.

Ellis to postać kluczowa w otoczeniu Cave’a. Obłąkany muzyk, multiinstrumentalista i kompozytor, który zajął w zespole miejsce po odejściu Blixy Bargleda i w naturalny sposób rozbudował jego rolę do niebotycznych rozmiarów. Tak na scenie, jak i poza nią. Od dawna jest najbliższym, najważniejszym i najbardziej zaufanym współpracownikiem i przyjacielem Cave’a. To ich wspólna kompozycja „Three Seasons in Wyoming” z filmu „Wind River” posłużyła za sygnał do startu misterium. To Ellisowi Cave okazywał najwięcej szacunku i miłości na scenie, aż po rozczulające przytulenie go podczas wietrznego „Tupelo”. Jeśli ktoś mógłby Cave’owi skraść show, to tylko Warren. Co zresztą chwilami się udawało, kiedy jego duszę wysysały skrzypce, mały syntezator Korga, przeróżne elektroniczne zabawki czy zwykła gitara lub fortepian, do którego zasiadali też i inni, w razie potrzeby. Tak, Cave’a bez Ellisa by nie było.

Początek wspomnianego misterium był mroczny, dosłownie i w przenośni. Po pełnych bólu „Jesus Alone” i „Magneto” z ostatniej płyty, ze sceny zaczęły sączyć się leniwe dźwięki „Higgs Boson Blues” i stało się jasne, że karuzela się rozpędza, a Cave będzie częściej w objęciach pierwszych rzędów fanów niż na scenie. Klasyczny już koncertowy chwyt, polegający na pozwalaniu fankom poczucia jak faktycznie bije serce wokalisty, był tym momentem, w którym cała szalona karuzela urywała się ze z trzaskiem z mocowania i z potężnych zgrzytem toczyła się dalej niszcząc smutną okolicę w którym zatrzymało się upiorne wesołe miasteczko The Bad Seeds. „From Her to Eternity” zostało zaprezentowane z jeszcze większą dzikością, niż to znane z płyty, mocno rozciągnięte „Jubilee Street” w swojej drugiej części mogło zrobić krzywdę swą brutalnością nieprzygotowanemu słuchaczowi. To by jeden z mocniejszych momentów tego wieczoru. I lekcja dla wielu muzyków uczestniczących w koncercie w roli słuchaczy, co można zrobić w publicznością. A ta stała się integralną częścią przedstawienia. Sam zaś Cave, będący w rewelacyjnej jak na 60-latka formie zaczepiał, prowokował, przekomarzał się i chwalił warszawską publiczność, bo faktycznie było za co. Czasem też karcił, po swojemu, jak we wściekłym, przebojowym „Red Right Hand”, w którym zmieniając zabawnie tekst pocisnął operatorom smartfonów obserwujących świat przez instagramowe filtry, zamiast uczestniczyć w koncercie pełną parą. Las komórek przerzedził się na trochę, by odrodzić się za chwilę na nowo przy „The Mercy Seat”, wszak przedstawienie właśnie przeżywało swą kulminację. Amok i zatracenie Cave’a, Ellisa i reszty, w tym publiczności było już takie, że można je porównać jedynie z bisami. A te przygotowano, jak na wyjadaczy z trzema dekadami na scenie – koncertowo.

Cave dał się trochę powywoływać publiczności, nakarmił się wrzaskami, piskami i niekończącymi się brawami i pozwolił wreszcie muzykom wdrapać się na scenę ponownie. Rozpoczęło się coś, czego punktem wyjścia było „The Weeping Song”. Tu rozciągnięte, poszarpane wiatrem i podziurawione jak ożaglowanie dawnego okrętu wojennego. Wszystko po to, by Szaman mógł kroczyć po wodzie, by mógł zejść z piedestału sceny i wejść w tłum. W żywą, posłuszną masę, która wiernie i karnie, niczym aportujący pies wykonywała każde polecenie. A potem już tylko spektakularny finał, do którego technika dyskretnie przygotowała scenę pod nieobecność na niej Cave’a. Wszystkie ręce na pokład. Szaman wracając na scenę zabiera ze sobą znaczną część publiki. Wszyscy, który w trakcie koncertu tyle by dali, by choć dotknąć idola, nie mówiąc o położeniu dłoni na torsie, teraz zostali użyci jako żywa scenografia dla kultowego „Stagger Lee”. Karnie wykonali siad, kiedy padła komenda i można było przedstawić jeszcze raz zespół i odepchnąć niebo na zakończenie.

Boję się, że długo będę czekał na koncert, który zrobi na mnie tak duże wrażenie. Obym się mylił, ale trudno mieć złudzenia po spotkaniu z Szamanem.

P.s.: Zdjęcia z wczorajszego koncertu znajdziecie TUTAJ, a tu przeczytacie tekst z przymrużeniem oka – Dlaczego Cave zajebistym artystą jest?

Zapisz

Polecane

Share This