Chcecie, to macie… wasz.txt


2012.04.28

opublikował:

Chcecie, to macie… wasz.txt

Chcecie, to macie. Nie będzie opublikowane – trudno. Ale gdzieś się wyżalić muszę. A właściwie to powiedzieć jak bardzo wkur… wkurzony jestem. No nie będę tu używać takich słów, ale wiecie jak dorośli faceci rozmawiają ze sobą. No taki dobór słów. Oto pozycja, z której wychodzę – otóż gram sobie w zespole, nie jest istotna jego nazwa tutaj. Nie jest to miejsce na promowanie siebie Coś tam sobie pitolimy, gdzieś czasem uda się zagrać. A potem czasem ktoś coś o tym napisze. No i cholera jasna, napisał. Że gramy w takim a nie innym stylu, tak a nie inaczej. Wszystko fajnie, tylko że na koncercie, na którym okazję mieliśmy zagrać w ogóle „takich a nie innych” dźwięków nie zagraliśmy. Potem ten pan dziennikarz odpisuje chamsko, na zwróconą uwagę, że coś niewyraźnie zagraliśmy. No jeśli mocna sekcja z gitarą na przesterze, hammondem i trąbami jak szpila brzmi niewyraźnie i przypomina Jamajkę, to chyba czas zapalić jointa, włączyć Boba Marleya i się doedukować. A potem dajmy na to Georga Clintona, powtarzając proces kształcenia słuchu. Kumamy? Dobrze, jedziemy dalej.

Tak, trochę jestem hejterem. Trochę się czepiam. Ale nie piszę w necie bzdur o takim czy innym zespole. Czy to by go zniesławić, zmieszać z błotem czy zwyczajnie olać. Jak to się dzieje, że gość, który mieni się „profesjonalnym dziennikarzem”, krytykiem muzycznym, podobno w tym regionie znanym, ekspertem wręcz może popełnić takie faux pas. Przemilczałbym to, gdyby nie dwie rzeczy. Pierwsza – oczywista, dotknęło mnie to osobiście. Jednak druga stała się tu decydującym impulsem – to nie jest odosobniony przypadek. W tej samej gazecie (nie będę podawał jej nazwy ani miejsca, gdzie się ukazuje – niech będzie „Gdzieś w Polsce”) miała ukazać się recenzja koncertu znanego muzyka/zespołu, nie pamiętam już kogo, w tymże dużym mieście gdzieś w Polsce. Recenzja ukazała się, oczywiście opowiadająca o tym jak wspaniale bawiła się publiczność, jakie kawałki zostały zagrane, ile było bisów, jak piękne gitarzysta do spółki z pianistą czy perkusistą solówki wycinali. Problem był w tym, że ten koncert się nie odbył. Panu szanownemu nie chciało się ruszyć tyłka na koncert, oddał gotowy tekst do druku bazując na setlistach krążących po sieci, filmikach z koncertówek będących na różnych serwisach z tego typu rzeczami podglądając wyczyny instrumentalistów. Był lekki kwas. W zasadzie tylko słyszałem o tym na zajęciach, no bo na dziennikarstwie takie rzeczy też się omawia…

Do czego zmierzam? Nie zmierzam do mieszania z błotem tej gazety, o nie. Bardzo dobrze, że działa, że informuje ludzi. Tym bardziej, że ma spore grono odbiorców. Ale na Boga, jeśli ktoś się za coś zabiera, niech to robi porządnie, ok? Fakt, skupiłem się tylko na tym jednym przykładzie, ale tego na prawdę było, jest i niestety będzie sporo! Czasem bzdurę palnie, odnośnie muzyki, jakiś niespełniony szarpidrut, ale to już częściej z własnego niedowartościowania i braku słuchu, no w końcu jakiś powód tego niespełnienia artystycznego być musiał. Ale jest też poważny problem współczesnego dziennikarstwa – ignorancja. Do tego w połączeniu z chamstwem i bezczelnością daje strasznie paskudny obraz profesjonalisty. Bo władać słowem każdy może, mi się też czasem zdarzy. Tylko o ile w sferze polityki mam takie coś najzwyczajniej w świecie gdzieś, o tyle w kwestiach muzyki trzeba choć odrobinę się znać. Albo być przynajmniej obecnym, jeśli nie duchem to chociaż uchem. Nie budujmy warsztatu dziennikarskiego na podłożu ignorancji. Za dużo tych profesjonalnych ignorantów. To jest mój apel, proszę, posłuchajcie. Żeby nie był to głos wołającego na pustyni…

Rysiek Brzezińki, lat 22 (niecałe), Szczecinek*

*wyżej opisane przypadki wydarzyły się w innym mieście.

***

Więcej o wasz.txt znajdziecie po tym linkiem.

Polecane

Share This