Lana Del Rey – „Ultraviolence”


2014.06.28

opublikował:

Lana Del Rey – „Ultraviolence”

Gdy słucha się Lany Del Rey, bardzo łatwo odnieść wrażenie, że dziewczyna urodziła się o kilka dekad za późno. Jej ukochaną epoką, o czym wszyscy dobrze wiemy, są lata 60. i 70. Czy wtedy poradziłaby sobie na rynku tak dobrze jak dziś? Trudno tu o odpowiedź, która nie byłaby czczym gdybaniem. Fakty są takie, że w drugim dziesięcioleciu XXI wieku Grant radzi sobie więcej niż nieźle. A przecież dziś nie jest lżej. Jak sprzedać swój retro-produkt, gdy koledzy z branży robią, co mogą, by wypaść bardziej vintage od ciebie? A jednak, na „debiutanckim” „Born to Die” udało się Del Rey wykreować dostatecznie chwytliwy materiał – odpowiednio taneczny i nostalgiczny – by stać się gwiazdą pierwszego formatu. Na wydanym właśnie „Ultraviolence” jeszcze mocniej dokręca śrubę.

Zaczyna się wprost fantastycznie. „Cruel World” definiuje brzmienie, które będzie punktem wyjścia dla całego materiału. Przestrzenne, wibrujące gitary i masywne bębny tworzą wystarczająco dużo miejsca, by wokal głównej bohaterki mógł stopniowo budować napięcie, rozmywać się w kolejnych echach i natychmiast zyskiwać na wyrazistości, wreszcie ostatecznie kumulować cały patos w refrenie. Ten śpiew – tu beznamiętny, senny i uwodzicielski, tam zaraz pełen zaangażowania i desperacji – nie wybrzmiałby właściwie, gdyby nie wciśnięte w wers „fucking” czy efektowne kontrasty w rodzaju: „Got your Bible / Got your gun”.

Brzmi pretensjonalnie? Uwierzcie, że momentami tak jest. Nic dziwnego, że dziennikarzem z Pitchforka  targały sprzeczne uczucia i raz chciał płakać ze wzruszenia, innym razem śmiać się z zażenowaniem. Są teksty, które zachwycają i zastanawiają; ot, chociażby nagranie tytułowe, przez samą Del Rey opisane jako wspomnienie podziemnej nowojorskiej sekty, zaś przez część opinii publicznej aż zanadto dosłownie odczytane jako afirmacja przemocy (względem kobiet). Trudno jednak nie uśmiechnąć się ironicznie, gdy dochodzi do żonglerki motywów sprzed kilku dekad (bitnicy, jazz, Lou Reed), przedstawionych w tendencyjnej historyjce o dziewczynie muzyka. Może jednak o taki uśmiech Del Rey chodziło? Jakby wokalistka sięgała po wypłowiałe rekwizyty z pełną świadomością ich pretensjonalności. Tak samo jak w „Fucked My Way Up To The Top” w zupełności kontroluje stereotyp uległej kobiety.

Rzecz jasna, nie sugeruję, że Del Rey prowadzi tu jakąś cyniczną grę z odbiorcą. Nie potrafiłbym odmówić zaangażowania komuś, kto tatuuje sobie imiona Billie Holiday, Niny Simone oraz nazwiska Vladimira Nabokova i Walta Whitmana. A jednak, ta przygoda z amerykańską popkulturą nabiera sensu dopiero z dystansu, gdy przestaje być epigońską rekonstrukcją w skali 1:1.

Pogmatwane? Cóż, co poradzić, że „Ultraviolence” to album pełen kontrastów. Nie chodzi tu nawet o warstwę tekstową, gdzie co rusz przewija się wątek femme fatale. Mam raczej na myśli wspomniane partie wokalne, cudownie przechodzące od zblazowania do pasji, od rozproszenia do intensywności. Głos niby ginie w tych głębokich aranżacjach, a mimo to potrafi przyciągnąć gęstą zbitką głosek w wersach typu: „Blue hydrangea, cold cash divine / Cashmere, cologne and hot sunshine”. Gdzie to grać właściwie? Niby kameralnie zaśpiewane, a jednak masywne, niemalże stadionowe. W większości rozwlekłe, utrzymane w wolnym lub co najwyżej średnim tempie, często na jedno kopyto; a jednak z tej masy wynurzają się chwytliwe refreny lub wręcz całe numery, zupełnie niepodobne do niczego innego (surferskie, kalifornijskie „West Coast”).

Do „Sad Girl”, bodaj najlepszego utworu w zestawie, album jest bezbłędny. Później melodie nie są już tak równe. Trafiają się utwory w rodzaju „Pretty When You Cry” czy „Old Money”, napisane jakby trochę bez pomysłu, schowane za sztywnymi gitarami i nużącymi smyczkami. Mimo to trudno nie wsiąknąć w ten, znów, letnio-smutny klimat. Co cieszy być może najbardziej, słychać, że Lana Del Rey, Dan Auerbach i spółka mieli pomysł na spójny, przemyślany od początku do końca krążek. To rzecz szczególnie pożądana w świecie popu, kopalni singli. Oczywiście, istnieje rewers takiego posunięcia: ryzyko, że powstanie materiał nużący, monotonny. Wiem, że w przypadku „Ultraviolence” i takie głosy się pojawiają. Są one zupełnie uzasadnione, bo w kilku momentach płyta może sprawiać wrażenie, jakby „siadła”. Z drugiej strony: czy wygodnie jest wstawać?

Polecane

Share This